"Tygodnik Powszechny", Nr 21 (2811), 25 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/wydarzenia/dni-tischner/dni10.php

Rekolekcje z Antonim Kępińskim
Ks. Józef Tischner

"Ojcze nasz..." Odmawiamy tę modlitwę codziennie i nie dziwi nas, że na jej początku stoi słowo: "Ojcze...". Ale kiedy apostołowie usłyszeli to po raz pierwszy, było to dla nich coś niezwykłego. Dotychczas mówiło się do Boga najwyżej: "Panie nasz", ale nawet to mówiło się rzadko, bo słowo "Bóg" było słowem zakazanym. Nie wolno go było wypowiadać zwykłemu człowiekowi; wypowiadał je tylko raz na jakiś czas najwyższy kapłan. Tymczasem Chrystus mówi do apostołów: Wy będziecie się modlić "Ojcze nasz".

Moi drodzy, to słowo "Ojciec" jest tu niezwykle ważne. Zwrócimy dziś na nie szczególną uwagę. Co znaczy to słowo "Ojciec"?

Ufaj, synu...

Przypomnijmy sobie inną scenę z Ewangelii. Jest człowiek sparaliżowany. Drogami Palestyny idzie Jezus Chrystus, a poprzedza go sława uzdrowiciela. Więc gdziekolwiek się ruszy, niosą mu na spotkanie chorych, całą nędzę ludzką, sparaliżowanych, a zwłaszcza trędowatych, także ślepych, głuchoniemych. Wtedy nie było szpitali, nie było przytułków dla chorych, dla sierot. Cała ta ludzka nędza żyła albo na ulicy, wyciągając rękę po jałmużnę, albo w domu u kogoś dobrego serca, kto biedaka przygarnął. Więc było tej nędzy ludzkiej w Palestynie bardzo dużo.
Ale do Chrystusa nie było łatwo się dostać, bo tłum otaczał go ciasno ze wszystkich stron. Jezus znajduje się w domu. Jak się tam dopchać? Jak wejść z tym sparaliżowanym? Niosą go na noszach. Wpadli na pomysł, żeby rozebrać dach. Domy były wtedy bardziej delikatne niż dzisiaj (zbudowane z trzciny i z gliny), więc ludzie ci bez wielkiego trudu rozebrali dach i spuścili sparaliżowanego przed Jezusa. I wtedy Jezus wypowiada słowa, które mógł przypłacić życiem. Są słowa, moi drodzy, za które można płacić życiem. I takie słowa wypowiada wtedy Jezus:
- Ufaj, synu, odpuszczają ci się grzechy twoje.
Jakże człowiek może odpuszczać grzechy? Żydzi, którzy to usłyszeli, byli oburzeni. Uważali, że Chrystus zbluźnił. To tak, jakby dzisiaj ktoś wszedł tutaj do kościoła, wtargnął do tabernakulum i rozsypał komunikanty. Ręce chwyciły za kamienie, żeby kamienować Jezusa za bluźnierstwo. Bo za bluźnierstwo była wtedy taka sama kara jak za cudzołóstwo, to znaczy kamienowanie.
A Jezus mówi:
- Abyście wiedzieli, że syn człowieczy ma moc na ziemi odpuszczać grzechy.
I zwraca się do tego sparaliżowanego:
- Weź łoże swoje, wstań i chodź.
I wtedy kamienie wypadają z rąk tych Żydów, bo każdy sobie pomyślał, że sprawa jest ryzykowna. Jak on potrafi ze sparaliżowanego zrobić zdrowego, to on może ze zdrowego zrobić sparaliżowanego, więc lepiej nie zaczynać. Ale ważne jest tutaj co innego. Słowo "Ufaj", "Ufaj, synu". Jakżeż to piękne, jakżeż to wielkie słowa. Mamy bardzo wiele słów w naszym języku, ale nie mamy wielu tak pięknych słów, jak "Ufaj". Kiedy przychodzimy do kogoś strapieni, znudzeni, zmęczeni, a ten ktoś nam powie: "Ufaj", wtedy jak gdyby w nas życie wstąpiło.
Chrystus używa tych słów: "Ufaj, synu", "Ufaj". I ważne jest tutaj, że powiedział: "synu"... To znaczy, jak gdyby się jego ojcem czynił. "Ufaj, synu..."

Ten, który daje ufność

Chrystus jest jak gdyby ojcem tego sparaliżowanego. Jak to możliwe? Przecież kto inny był jego matką, kto inny jego ojcem. Tak, to prawda. Ale pamiętajmy o tym, że każdy człowiek, który w nas budzi ufność, może być nazwany ojcem naszym. Ojciec to nie tylko ten, który daje życie, chroni życie, który karmi, ale także ten, który daje ufność. I prawdę powiedziawszy, ten jest prawdziwym, rzetelnym ojcem, komu można ufać. Ufa mu dziecko, ufa mu żona i choćby różnie było w tej rodzinie - bo w rodzinie bywa rozmaicie, czasem lepiej, czasem gorzej - to tam, gdzie jest ufność, tam wiadomo - jest ojciec. I Bóg Ojciec to jest ten, kto daje ufność. Ten, kto zapala w sercu człowieka ten dar ufności, że mamy komu zaufać.
Nie wiem, jak to jest w życiu ludzkim... Myślę, że starsi mieli więcej okazji, żeby to przeżyć. Młodsi na ogół jeszcze ufają sobie, ufają kolegom, znajomym. Ufają - "pewno jakoś sobie poradzę". Ale starsi już mają tej ufności w samego siebie mniej i dlatego głębiej rozumieją, co to znaczy ufność.
Często mówi się, że ktoś posiada Boga w sercu albo mówi się o kimś: "ty Boga w sercu nie masz". Co to znaczy? Co takiego jest w duszy człowieka, że możemy powiedzieć: ten człowiek ma Boga w sercu? Ufność, moi drodzy, ufność. To, że ten człowiek ufa Bogu. Nie pieniądzom, nie protekcjom, nie swojej sile - popatrz, jaki jestem silny, jaki wygadany. Nie to: "a ja ci pokażę", tylko "ufam Bogu". I ten człowiek może siebie nazwać dzieckiem Boga. Mówiłem wam wczoraj o godności człowieka. Człowiekowi jest ogromnie potrzebne poczucie godności, zwłaszcza dziś. Żeby człowiek wiedział, że jest człowiekiem, żeby wiedział, kim jest. Mówiłem wczoraj o tym, że wybór kardynała Karola Wojtyły na papieża wzbudził w nas poczucie godności. Jak gdyby coś się w nas wyprostowało, prawda? Jakbyśmy się stali mocniejsi, prostsi. Jakbyśmy zaufali komuś, prawda?
Jest coś takiego: nagle my, poniewierani przez historię, przez sąsiadów, mamy prawo do tego zaufania i to, moi drodzy, bierze się stąd, że jesteśmy dziećmi Boga. Tutaj jest ten ślad dziecięctwa Bożego w nas. Możemy powiedzieć: "Ojcze nasz", bo mamy w sobie ufność. Jeżeli będziemy mieć tej ufności więcej, będziemy mogli mówić do Boga: "Ojcze nasz" częściej, głębiej, lepiej. Nie ma, moi drodzy, takich sytuacji w życiu, które by człowieka tej ufności miały prawo pozbawić. Różnie bywa w życiu, różne są przypadki, ale ufność musi być, i w tej ufności tkwi nasza godność. I dlatego, moi drodzy, tak sobie myślę, że to jest bardzo ważna sprawa, żeby rozumieć dobrze słowo "ojciec".
Moi drodzy, bo to jest tak: wyobraźmy sobie, że przychodzi do was dziecko, które nigdy nie słyszało słowa lis (na wsi na ogół je słyszą, w miastach rzadziej). Nie wie, co to jest lis i ty mu chcesz wytłumaczyć, co to takiego. I mówisz mu tak:
- Wiesz, to jest takie zwierzę.
Jeżeli dziecko wie, co to jest zwierzę, to będzie rozumieć, co to jest lis. Podobnie tłumaczylibyśmy dziecku, co to jest brzoza. Jeżeli wie, co to jest drzewo, to powiesz mu:
- No wiesz, to jest takie drzewo, które tak i tak wygląda.
Kiedy z kolei dziecko pyta, kim jest Bóg, to musi ono wiedzieć, co to znaczy "ojciec". Bo jeżeli dziecko nie będzie wiedzieć, co to znaczy "ojciec", to nie zrozumie tego, co to znaczy, że jest synem Bożym. Trzeba najpierw rozumieć słowo "ojciec", żeby rozumieć, co to znaczy, że Bóg jest Ojcem.
A skąd dziecko czerpie to rozumienie słowa "ojciec"? Czerpie z codziennych rozmów, ze spotkań ze swoim własnym ojcem.
Moi drodzy, jesteście tutaj, matki, ojcowie, są tu także ludzie młodzi, którzy jeszcze ojcami nie są. Ja tak specjalnie zrobiłem, żeby was nie dzielić. Na ogół ci, co mają rekolekcje, dzielą; najpierw starsi, potem młodsi, a ja postanowiłem mówić jakoś tak do wszystkich razem. Nie tylko do ojców, ale i do synów, nie tylko do synów, ale i do ojców. Bo to są w gruncie rzeczy sprawy wspólne i nie ma takich tajemnic, które miałyby być ukryte przed jedną lub drugą grupą. Moi drodzy, widzicie, jaka to jest ważna sprawa. Dziecko albo zrozumie, kim jest Bóg, albo nie zrozumie, w zależności od tego, z jakim styka się ojcem.

Kim był Kępiński?

Moi drodzy, można być rozmaicie ojcem. Chcę Wam opowiedzieć historię pewnego człowieka. Tak sobie wymyśliłem, żeby podczas każdego naszego spotkania przytoczyć jakąś historię ludzką, w której brałem udział. Właśnie dzisiaj, kiedy mowa o ojcostwie, opowiem o człowieku, który nigdy nie był ojcem w sensie dosłownym. Tak się ułożyło jego życie. Ożenił się, ale w jego małżeństwie nie było dzieci. A przecież był ojcem wielu ludzi. Mam na myśli, moi drodzy, w tej chwili słynnego w Polsce człowieka, już nieżyjącego, profesora, lekarza - Antoniego Kępińskiego. Kim był Antoni Kępiński? Antoni Kępiński był lekarzem, ale lekarzem od specjalnych chorób, od chorób psychicznych. Wiemy, jakie to są trudne choroby. Nie bardzo wiadomo, gdzie choruje ciało, a gdzie zaczyna się choroba duszy, i nie bardzo wiadomo, od czego zacząć: czy od uleczenia duszy, czy od uleczenia ciała. Historia życia Antoniego Kępińskiego była bardzo ciekawa. Kiedy wybucha wojna, młody student staje w obronie Polski. Potem ucieczka na Węgry. Z Węgier ucieczka dalej. Na granicy francusko-hiszpańskiej dostaje się w ręce hiszpańskiej policji i trafia do obozu Miranda de Ebro. Po dwóch latach ucieka, trafia na Gibraltar. Znamienna historia, ginie wtedy generał Sikorski. Antoni Kępiński jest jednym z tych, którzy podczas pogrzebu w Gibraltarze niosą jego trumnę. Stamtąd podąża do Anglii, do szkoły lotniczej. Uczy się bardzo dobrze, ale pilotem być nie może. Okazuje się, że ma jakąś dziwną przypadłość - potrafi kierować samolotem, ale nie potrafi poradzić sobie z jednym drobiazgiem: nie umie wrócić na właściwe lotnisko. Oczywiście przełożeni decydują, że pilotem być nie może. Wtedy odbywa w Edynburgu studia medyczne.
Wraca do Polski, jest profesorem w Akademii Medycznej w Krakowie, zostaje kierownikiem Kliniki Psychiatrycznej i w tej klinice dzieje się coś dziwnego. Można go było zobaczyć na ulicach Krakowa bardzo wcześnie rano, około szóstej... Widziałem go raz w maju - słońce wschodziło, ja gdzieś biegłem na dworzec, a on niedbale ubrany, w jakimś zmiętym płaszczu, w sandałach o dwa numery za dużych, na bosych nogach, długimi, ciężkimi krokami niedźwiedzia szedł jako pierwszy na swoją klinikę, żeby rozmawiać z chorymi.
Twierdził, że aby człowieka wyciągnąć z tego stanu, trzeba co najmniej trzystu godzin osobistej rozmowy. Kępiński te rozmowy prowadził - cierpliwie, spokojnie. Znam ludzi, których wyciągnął z tego stanu skutecznie, że po chorobie nie został nawet ślad. Klinika była dla niego domem. Dla chorych była miejscem rodzinnym. Traktowało się Kępińskiego jak ojca - ojca, który budził ufność, budził zaufanie. Śmiało można powiedzieć, że on tych ludzi jak gdyby drugi raz rodził dla świata, dla zdrowia.

Choroba i książki

Pod koniec życia tragedia, nieuleczalna choroba, choroba krwi. Żeby go utrzymać przy życiu, trzeba go było dwa razy w tygodniu podłączać do sztucznej nerki. Sztuczna nerka kosztuje sporo milionów dolarów. W Krakowie jest tylko jedna. W ogóle wszystkiego nam w tym socjalizmie brakuje: mięsa, masła, sztucznych nerek też. Chorych, kandydatów do sztucznej nerki było oczywiście bardzo dużo. I wtedy dyrektor kliniki, profesor Zygmunt Hanicki, musiał podjąć trudną decyzję, decyzję sumienia, bo skoro dwa razy w tygodniu Kępiński blokował sztuczną nerkę, to znaczy, że tym samym innych chorych skazywano na śmierć, bo nie mogli z niej korzystać. Zdecydowano, by dać nerkę Kępińskiemu.
Kępiński wiedział o tym, że jego życie jest okupione śmiercią innych pacjentów, innych chorych. Zaczął się dla niego dramatyczny okres - nie opuszczał praktycznie pokoju w klinice. Cały czas tam był i cały czas przyjmował chorych. Ciągle leczył, a przede wszystkim pisał książki. W ciągu dwóch lat napisał kilka książek - wspaniałych, które się dziś dostaje spod lady... Te książki mówią o ludziach chorych, o sposobie ich leczenia. Przedstawił w nich bardzo ciekawą teorię. Stwierdził, że na te ciężkie choroby zapadają przede wszystkim ci, którzy są wrażliwi. Ktoś, kto jest twardy, kto jest taki, jakby to powiedzieć... chamowaty, to przejdzie przez życie, stratuje, rozepcha się łokciami, nie będą go gnębić wyrzuty sumienia. Natomiast ci wrażliwi, delikatni nie wytrzymują. I dlatego jego książki są także wielkim oskarżeniem zdrowia, wielkim oskarżeniem świata, w którym żyjemy, wielkim oskarżeniem tych warunków, tego jakiegoś... no, trudno tutaj używać takich słów, ale przecież nie da się tego inaczej nazwać: chamstwa, z którym się spotykamy na każdym kroku, tej walki człowieka z człowiekiem. Piękne, głębokie, mądre książki.
To było, moi drodzy, ojcostwo. To jest ojcostwo. "Ufaj, synu". To był człowiek niezwykle głęboko religijny. Ale zdarzało się, że i on bywał ofiarą... Pewnego razu jechałem autobusem szczawnickim przez Nowy Targ. Był czwartek, wiadomo, jak to wtedy jest w Nowym Targu na dworcu Pekaesu. Autobus z Krakowa miał parę wolnych miejsc, zatrzymał się na rynku, bo wtedy tam był przystanek. Zrobił się ogromny szturm do wejścia. Szturm tak okropny i tak wielki, sami wiecie, jak to wygląda. Nagle przez okno widzę, że do tego samego autobusu, tam z tyłu, chce wejść kto? Antek Kępiński ze swoją żoną. Wybrał się na jednodniowy odpoczynek. Ja doskonale wiedziałem, jak on rzadko wyjeżdżał na jakiś odpoczynek. Siłą go trzeba było wypychać, żeby sobie raz na jakiś czas zrobił dzień wolnego, żeby wyrwał się na świeże powietrze. I teraz widzę, że on także chce się dostać do tego autobusu. Widząc to, mówię do konduktora:
- Panie konduktorze, to jest ktoś bardzo ceniony, bardzo ważny. Niechże Pan zrobi grzeczność i go weźmie. I rzeczywiście konduktor posłuchał i jakoś tak delikatnie wylawirował, że Antoni Kępiński z żoną przedostali się do środka. Tłum jednak połapał się, co się stało. Zrobił się taki krzyk, taki ryk, coś tak nieprzyjemnego. Mnie było głupio, jemu było głupio, konduktor się podenerwował. No, nie wiedzieli, co czynią. Ręczę, że gdybym każdemu z tych krzyczących ludzi powiedział, o kogo chodzi, na pewno by z pocałowaniem ręki odstąpił miejsca w autobusie. Ale tak właśnie było, moi drodzy.
To był więc człowiek, który stał się ojcem dla wielu. Wielu ludzi, jeżeli mówią albo słyszą wypowiadane do Boga słowa: "Ojcze nasz", wyobraża sobie postać Antoniego Kępińskiego - lekarza, wielkiego człowieka.

Pol Pot i Sartre

Moi drodzy, słyszeliście zapewne, co się działo ostatnio w Kambodży. To jest naród, w którym było szesnaście milionów ludzi. I słyszeliście zapewne, że kiedy doszli tam do władzy tak zwani Czerwoni Khmerowie, z zimną krwią wymordowali dwa miliony ludzi. Wymordowali całą inteligencję, lekarzy, urzędników, wszystkich nauczycieli. Wypędzili ludzi z miast, zmusili do pracy na roli. Podzielili rodziny - dzieci gdzie indziej, ojcowie gdzie indziej, matki gdzie indziej.
Skąd się to wszystko wzięło? Otóż, moi drodzy, ciekawa jest sprawa, bo przywódcą tych Czerwonych Khmerów jest pewien pan, który się nazywa Pol Pot. Otóż ten pan studiował w Paryżu na Sorbonie w latach mniej więcej 1963-68. W '68 roku, jeżeli ktoś z was pamięta, były na Zachodzie wielkie studenckie rozruchy, a i u nas w tym czasie trwały na uniwersytetach rozmaite spory o "Dziady" Mickiewicza. To było jeszcze w czasach miłościwie nam panującego towarzysza Wiesława - Władysława Gomułki, który w tej chwili jest na zasłużonym urlopie. Otóż tenże Pol Pot jest uczniem pewnego myśliciela i profesora, który nazywa się Jean Paul Sartre. Kim jest Sartre? Otóż Sartre wymyślił taką teorię, której główne zdanie mówi, że drugi człowiek to jest piekło. Chcesz wiedzieć, czym jest piekło, to się spotkaj z drugim człowiekiem. Te poglądy były wówczas upowszechniane: świat jest zły, człowiek jest zły, trzeba rozbić cały świat. Co ciekawe, moi drodzy, Sartre był człowiekiem, który nie znał swojego ojca...
Ja nie wiem, czy istnieje tu jakiś związek, ale przecież jest jakieś podobieństwo. Ten profesor, który znienawidził cały świat, dla którego drugi człowiek był piekłem, i jego uczeń Pol Pot, który znalazł się w Kambodży. Pol Pot zdobył w swoim kraju zaufanie ludzi, którzy, co tu dużo mówić, sami niewiele o świecie wiedzieli, byli po prostu ciemni, głupi i sami siebie wyrżnęli - dwa miliony zupełnie bezsensownych śmierci, bezsensownych cmentarzy...
Czy ludzie wychowani w Kambodży mogą powiedzieć do Boga: "Ojcze nasz"?

Jak jest u nas?

Ale zastanówmy się dzisiaj, jak jest w naszym kraju. Czy wiele jest takich dzieci, które będą rozumiały słowa: "Ojcze nasz" skierowane do Boga? Zastanówmy się, moi drodzy, nad nami, nad naszymi rodzinami, tymi, które już mamy, a młodzi niech się zastanowią także nad rodzinami, które chcą zakładać. Czy ich dzieci będą mogły powiedzieć do Boga: "Ojcze nasz", czy będą rozumieć te słowa?
Moi drodzy, jesteśmy tu po to, żeby przeżyć rekolekcje, prawda? Chcemy zrobić rachunek sumienia, chcemy stanąć przed Bogiem. Nikt nas tu przemocą nie pchał. Przyszliśmy po to, żeby zrozumieć trochę siebie, żeby ile możności wyjść z tego kościoła, no... trochę lepszymi, trochę innymi. Zastanówmy się zatem nad tym naszym synostwem Bożym, nad tą naszą ufnością do Boga. Rzućmy okiem na nasze życie od ostatniej spowiedzi, od ostatnich rekolekcji. Nasza ufność w stosunku do Boga... Myślę, że ona w nas jest, na pewno jest. Tylko czy ona nie ujawnia się przede wszystkim wtedy, kiedy nam jest ciężko, kiedy przychodzi choroba, kryzys? Wtedy mówimy: "Boże ratuj", ale kiedy wszystko idzie dobrze, czy o tej ufności nie zapominamy?
Zwróćmy uwagę na nasze uczestnictwo niedzielne we Mszach świętych. Idąc tutaj do kościoła, moi drodzy, dajemy świadectwo temu, że ufamy: "Ufaj, synu". Przychodzi niedziela, wstaję z łóżka, idę..., dlaczego idę? Bo ufam. Ale czy zawsze idę? Czy zbyt łatwo się nie wykręcam? W swoim sumieniu daję odpowiedź na to pytanie. Jak wygląda nasza modlitwa? Czy oprócz Mszy świętej pojawia się w moim życiu modlitwa? Moi drodzy, sprawa modlitwy to ważna rzecz. Mamy tutaj dwie rzeczy do rozważenia. Mianowicie, są tacy, którzy chronią się przed innymi obowiązkami w modlitwie. Mają inne obowiązki, ale uciekają do modlitwy. Czy myśmy tak przypadkiem nie robili? Pamiętajmy o tym, że spełnianie obowiązków to jest nasza podstawowa modlitwa. Niedzielny obowiązek - to jest modlitwa. Kiedy są inne obowiązki, nie wolno ich zaniedbywać.
Ale jest także drugie niebezpieczeństwo, że będziemy się wymawiać innymi obowiązkami, usprawiedliwiając brak modlitwy. Zawsze mamy co innego na głowie, zawsze się gdzieś spieszymy, patrzymy na zegarek, czy już nie czas, bo ciągle jest coś do roboty, coś w domu zostało... Mówimy więc: może jutro, może pojutrze, może jak będę starszy. Nie, moi drodzy. Codziennie jemy chleb, codziennie pijemy wodę, codziennie ufamy. Codziennie powinniśmy mówić o tym Bogu, że ufamy, ufamy bez przerwy. Dlatego trzeba tu mądrze postanowić, żeby było rozumnie i harmonijnie, żeby nie było ucieczki od innych obowiązków do modlitwy i odwrotnie, żeby nie było ucieczki od modlitwy do innych pozornych obowiązków.

W zdrowiu i w chorobie

Moi drodzy, ale muszę wspomnieć o jeszcze innej rzeczy, okropnie ważnej i bardzo wewnętrznej. W modlitwie "Ojcze nasz" są słowa: "Bądź wola twoja"... To znaczy: nie moja wola, ale Twoja wola. Ufność to jest umiejętność powiedzenia: "Bądź wola Twoja"... Moi drodzy, zawsze do tych słów trzeba wracać, bo tutaj jest - powiedziałbym - nasz podstawowy konflikt, nasze nieporozumienia z Bogiem, kiedy nie umiemy powiedzieć: "Bądź wola Twoja", ale chcemy narzucić Bogu swoją wolę. Tak jak ten Piotr.
- Kiedy wreszcie? - Piotr się pyta - zrobisz tak, żebym siedział w Królestwie Bożym po Twojej prawej stronie, a kolega mój po lewej?
- Piotrze, nie wiesz, o co pytasz - mówi do niego Chrystus. Kiedy Chrystus mówi, że pójdzie na śmierć i musi cierpieć, Piotr znowu mówi: - Nigdy to na ciebie nie przyjdzie. A my jesteśmy jak Piotr i do końca życia będziemy tacy jak on. Oczywiście zawsze tak będzie, ale do tego ciągle trzeba wracać. Moi drodzy, zwłaszcza wtedy, kiedy przyjdą bóle, przyjdą nieszczęścia, trzeba wiedzieć, że ma się dziać "wola Twoja". Jeżeli "Ojciec", to "wola" jego jest dobra i nie trzeba się tej woli bać, trzeba jej zaufać. "Bądź wola Twoja" w rodzinie, "Bądź wola Twoja" między sąsiadami, "Bądź wola Twoja" w moim życiu, w zdrowiu i w chorobie. Bardzo, moi drodzy, bardzo to sobie bierzcie do serca, bo tu jest rdzeń naszego kontaktu z Bogiem. Tutaj wszyscy jesteśmy jednakowo mądrzy i jednakowo głupi - i ten, co przeczytał wiele książek, i ten, kto nie przeczytał ani jednej książki.

Chcę odejść...

Z Antonim Kępińskim spotkałem się jeszcze raz. Było to na dwa albo trzy dni przed jego śmiercią. Był na klinice, w swoim szpitalu i muszę przyznać, że mi pomógł w pewnej sprawie, bardzo prostej.
Ja się po prostu bałem chodzić do chorych. Bałem się, bo mi się wydawało, że ja nie umiem im nic powiedzieć. No, ja jestem na ogół człowiek zdrowy, największe moje choroby to katar i grypa, i nie mogę ścierpieć, jak dwa albo trzy dni w łóżku leżę. Co ja mogę powiedzieć choremu? Jak ktoś nie przeżył, to lepiej niech nie gada. Jak trzeba było do chorego, to chętniej wysyłałem kolegów niż szedłem sam. Trochę się wymigiwałem. I do Kępińskiego też się tak troszeczkę bałem, bo sobie myślę: no, wyjdę na głupiego, bo co ja mu powiem? To jest przecież taki ogrom cierpienia. No, cokolwiek bym mu powiedział, to przecież on i tak jest mądrzejszy od nas wszystkich. Ale kiedy wszedłem do niego, on się tak ogromnie ucieszył - jeszcze nic nie powiedziałem, a on się już cieszył... - i powiedział:
- Bo wiesz co... Bo ty masz taką uzdrawiającą gębę.
I to mnie podbudowało na duchu, bo pomyślałem sobie, że już teraz nie muszę nic mówić, bylebym gębę pokazał, to już jakoś będzie.
I muszę powiedzieć, że po tym przypadku z Kępińskim jakoś mam większą odwagę pójść do chorego. Zrozumiałem, że nie potrzebuję mówić, że temu choremu nie słów potrzeba, ale obecności. Ważne było, że przyszedłem, wziąłem za rękę, zamieniłem dwa słowa. No i Kępiński tak się ucieszył, że dodał mi tym otuchy, ale rozmowa, którą zaczęliśmy, rwała się. To były strzępy rozmowy... Chory był, słaniał się na łóżku, podłączony do tych maszyn... i mówi:
- Wiesz, ja już mam dość, ja chcę odejść.
Był już po napisaniu swojej ostatniej książki - "O poznaniu chorego". Skończył ją chyba trzy tygodnie wcześniej. Bardzo piękna praca, w ogóle nie znać choroby w tych jego ostatnich książkach. Są takie pogodne, radosne. Myśl tak jasna, że aż podziw bierze. Ale mówi: - Ja już mam dość, ja chcę odejść.
Widzicie, moi drodzy, to nie jest prawda, że człowiek trzyma się życia za wszelką cenę. Wcale nie... Przychodzą czasem na człowieka takie trudy, że człowiek chce odejść.
I nagle zaczęliśmy mówić o Ewangelii i tak się jakoś złożyło, że zatrzymaliśmy się przy scenie w Ogrojcu. Chrystus jest w Ogrojcu, apostołowie śpią, anioł i Chrystus się modli:
- Ojcze, Ojcze - mówi Chrystus - niechaj odejdzie ode mnie ten kielich, ale nie jako ja chcę, ale jako Ty.
I Kępiński mówi:
- Jakie to wielkie, jakie to wspaniałe, że człowiek nie wkracza na tę drogę pierwszy.
Rozumiecie, co to znaczy nie wkroczyć na jakąś drogę pierwszy? Idziecie czasem w górach, jest śnieg, nie wiecie, czy droga dobra, czy zła, ale jest ślad. Ktoś przeszedł tą drogą, a jeżeli ktoś szedł, to znaczy, że się dojdzie do jakiegoś domu. Nie wkroczyć na tę drogę pierwszy...
Kępiński był ojcem dla wielu, miał Boga w sercu. I w tym jednym z ostatnich dni jego życia, wydawało się, że jak gdyby odwróciła się cała sytuacja. Kępiński miał Boga w sercu, ale nagle tak jakoś się stało, jakby Bóg miał w sercu Kępińskiego...
Moi drodzy, rozważmy zatem teraz, w czasie Mszy świętej sprawę naszej ufności. "Ufaj, synu". Czy ufam? Rozważmy sprawę modlitwy, Mszy świętej, modlitwy pozamszalnej, a ojcowie i młodzi mężczyźni niechaj rozważą słowa: "Ojcze nasz" i w duchu zapytają sami siebie, jaki obraz Boga będą miały ich dzieci. Amen.

Nie ustalono daty, ani miejsca wygłoszenia powyższej homilii. Jej nagranie udostępnił dr Stanisław Kłodziński [jr] przewodniczącemu komitetu naukowego spotkania "Antoni Kępiński - w trzydziestolecie śmierci", zorganizowanego 12 czerwca 2002 r. przez Towarzystwo Lekarskie Krakowskie przy współpracy Katedry Psychiatrii CM UJ oraz Krakowskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Dziękujemy Zdzisławowi Janowi Rynowi za pomoc w dotarciu do tekstu.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl