adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Dni Tischnerowskie

Dni Tischnerowskie
„TP” nr 21/2003



  Tygodnik Powszechny


  Felietony

  Tematy miesiąca


STAŁE DODATKI

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

JAZZ W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.tygodnik.onet.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Tischner, Schaller i traktory

Chłopcy Austryjoki

Bartek Dobroch

Wersja do druku
Napisz komentarz

Istnieje wiele przekazów na temat pierwszego spotkania ks. Tischnera z Schallerami. - Wydaje mi się, że Józiu był w Grazu z referatem i tam poznał Schallera - mówi brat księdza, Marian Tischner. Z kolei Jan Antoł, który znał Tischnera od 1968 r., wspomina: - Józek mi raz opowiadał, że jadąc z Rzymu zawadził o Graz, i że tam na placu przemawiał publicznie i śpiewał po góralsku. Mówił, że Austriacy gęby pootwierali, gdy opowiadał przygody swego dziadka w ich wojsku.

Tych anegdot nie potwierdza ich główny bohater, Hermann Schaller: - Z ówczesnym wiceburmistrzem Wiednia Erhardem Buskiem byłem pierwszy raz w Polsce. Ogromne wrażenie zrobiły na nas spotkania z kierownictwem "Solidarności" w Warszawie i Gdańsku. Tam właśnie spotkałem Józefa Tischnera.

"Nadzieje stawały się rzeczywistością"

Uczestników rekonesansowej podróży Austriackiej Partii Ludowej (ÖVP) do Polski, tuż przed Wielkanocą 1981 r., zainteresowała postać duchowego przewodnika "Solidarności". 15 lat później Erhard Busek, wówczas już wicekanclerz Austrii, napisze w książce "Mitteleuropa - Eine Spurensicherung" ("Europa Środkowa - zabezpieczanie śladów"): "Uśmiechniętej, krzepkiej twarzy ponad koloratką nie może łatwo zapomnieć ten, kto choć raz spotkał wesołego księdza o światowym umyśle i darze rozróżniania dusz - Józefa Tischnera, który ma zrozumienie dla doczesności, a mimo to wie, że życie ludzkie wyrasta ponad codzienność".
Jednak osoba Księdza Profesora najbardziej zaciekawiła polityka i działacza katolickiego, radnego parlamentu Styrii i radcę szkolnictwa zawodowego w rządzie tego austriackiego kraju związkowego - Hermana Schallera. W 2000 r., z okazji 20. rocznicy powstania "Solidarności", Schaller pisał na łamach "Znaku": "Nie zapomnę spotkania - które miało ogromne znaczenie dla mego późniejszego życia - z fascynującą osobą ks. Józefa Tischnera, spiritus rector "Solidarności" w Krakowie".

Austriacy podczas jednego z pobytów na Podhalu. Z prawej Jan Antoł i Ilse Schaller
- To był marzec, przed Wielkanocą, słońce dość przygrzewało, ale gdzieniegdzie leżały płaty śniegu - Jan Antoł ma ciągle tamtą wizytę przed oczami. - Przyjechali takim mikrobusem. - Volkswagenem z Józiem - dodaje bratanek księdza, Marek. - Przywieźli maślaki w zalewie. No, wtedy to był rarytas.
Goście pytali o to, co dzieje się w kraju, o nastroje, sytuację na wsi i "Solidarność". Pytania były konkretne, a ich rzeczowość wręcz niewiarygodna.
Skąd u Austriaków z ÖVP takie zainteresowanie Polską? - Dużo rozmyślaliśmy nad wydarzeniami 1956 r. na Węgrzech, 1968 w Pradze i 1970 w Polsce - tłumaczy Schaller. - Współczuliśmy, nawet współcierpieliśmy z pokrzywdzonymi. Chcieliśmy zobaczyć i przeżyć to, co się działo. Schaller poznał także ówczesnego redaktora naczelnego tygodnika "Solidarność" - Tadeusza Mazowieckiego oraz Władysława Bartoszewskiego, który otwarcie krytykował komunistów w wypełnionej po brzegi warszawskiej restauracji. - Powiedziałem do niego: "Na Boga, Panie Profesorze, przecież wszyscy słyszą, może Pan mieć przez to kłopoty". Odpowiedział: "Oni wiedzą, co myślę".
Schaller podsumował wypowiedź w "Znaku": "Te poruszające dni (...) w wielkim stopniu wpłynęły na moje życie. To fascynujące, z jak niewiarygodnym zaangażowaniem, z jakim entuzjazmem i optymizmem, z jaką determinacją rozpoczęto i kontynuowano projekt pod nazwą "Solidarność" - cały kraj ogarnął i odmienił nastrój przełomu. Nadzieje stawały się rzeczywistością".

Za pięć dwunasta

Tuż przed wyjazdem Schaller zapytał Antoła, jak pomóc "Solidarności Wiejskiej" na Podhalu. - Jak mi to Józek przetłumaczył, zastanowiłem się moment, i mówię: "Powiedz im, że najcenniejszą pomocą byłaby możliwość wyjazdu szkoleniowego do Styrii, bo wcześniej mówili, że to kraj podobny do naszego" - opowiada Antoł. - Schaller uścisnął mnie i mówi: "Wszystko zrobię, żeby się to spełniło". Zebrano grupę 22 działaczy gminnej "Solidarności". Antoł wymienia z pamięci: - Z Bukowiny był Franek Hodorowicz, ze Skawy Marysia Konieczna, z Kościeliska Marysia Karpiel, z Pyzówki byli Janka Fic i Jasiu Hajnos, z Białki - Władek Dziubas...
- To było za pięć dwunasta przed stanem wojennym - mówi jeden z uczestników wyjazdu Władysław Gonciarczyk, szwagier bpa Stanisława Dziwisza. Wyjazd nastąpił 6 grudnia, niestety bez Tischnera, którego zatrzymały w kraju obowiązki. Zastąpiła go Katarzyna Marek, tłumaczka działająca w "Solidarności Nauczycielskiej" w Zakopanem. Program był zaplanowany przez Austriaków. Podczas 11-dniowego pobytu mieli m.in. spotkać się z posłami do parlamentu Styrii, z organizacjami - jak choćby młodzieżową Landjugend, zwiedzać szkoły rolnicze, mleczarnie, kółka maszynowe, banki spółdzielcze, gospodarstwa, kościoły i muzea.
- Po wiedeńskim spotkaniu z Buskiem do Styrii pilotował nas obecny minister spraw wewnętrznych Austrii, Ernst Strasser - przypomina pani Marek.
Austriacki porządek, gospodarność i organizacja zrobiły wrażenie na Podhalanach. - Jakeśmy przejechali Czechy, to zaroz mnie uderzyło, że to jest już inny gospodarz - wspomina Gonciarczyk. - U nas to w młynie nie ma takiego szacunku do mąki, do ziarna, jak u nich był w kamieniołomie porządek.
- To spotkanie z nowym było niesamowite - dodaje Jan Pawlikowski z Małego Cichego. - Myśmy mogli zrewanżować się tylko szeroko otwartymi oczyma.
12 grudnia dotarli do Sankt Martin pod Grazem. Następnego dnia rano, po wieczornym przyjęciu, spadła na nich wiadomość o stanie wojennym.
Byli wstrząśnięci, nie wiedzieli, co robić. W Wiedniu zaproponowano im azyl. Niektórzy zaczęli się łamać. Gonciarczyk przekonywał: - Jak by to wyglądało, że przywódcy "Solidarności" uciekli?!
Antoł też się wahał. Pomyślał, że mógłby być pierwszym z rolniczej "Solidarności" w wolnym świecie. Kartkował "Etykę solidarności", gdy zobaczył fragment z rozdziału o wychowaniu: "Gdy dzieci z sierocińca Janusza Korczaka szły do gazu, Korczak szedł razem z nimi. Płaszczyzny wierności są rozmaite, stąd rozmaite też mogą być zdrady. (…) Tam, gdzie zdrada jest zdradą ukrytą, tworzy się iluzja wierności. Iluzja wierności jest czasem cięższa do przeżycia niż jawna zdrada".
Antoł już wiedział, że nie zostanie. Podszedł do reszty i krzyknął, że wraca: - Raz w życiu warto takie coś przeżyć. Ludziom puściło, rzucali mi się na szyję, całowali. Podjęli momentalnie tę samą decyzję. Nikt nie został, jedynie Kasia, ale Kasia planowała.
- Ja od początku parłem do kraju - wspomina Gonciarczyk. - Pojechali my z panią Schallerową do Wolnej Europy i puścili wiadomość, że wycieczka z Podhala wróci do Polski. No i kto słuchoł, to wiedzioł.

Braterstwo dla porażonych

Łukasz Tischner opisuje zawiązanie się akcji pomocy dla ogarniętej stanem wojennym Polski: - Kluczową rolę odgrywali z jednej strony Schaller i Busek, Schaller jako taki spiritus movens, a z drugiej Józiu, który kontaktował go z odpowiednimi ludźmi; z Antołem, a potem z "Solidarnością Wiejską".
Po powrocie uczestnikom wyjazdu kazano zdać paszporty. Komendant Miejski Stanu Wojennego w Zakopanem krzyczał na Antoła: - Narobiliście! Ludzi w maliny wprowadziliście! Krew się polała i jeszcze się poleje! Austriacy i pani Katarzyna, której rodzina Schallerów zapewniła pracę w Wiedniu, na ponad miesiąc stracili kontakt z grupą. Nie było pewności, czy górale nie zostali internowani. Schaller jednak nie rezygnował: - Gdy tylko nadarzyła się okazja i uzyskaliśmy wizę, pojechaliśmy z żoną do Polski. Odszukaliśmy Tischnera i znajomych rolników.
- Wtedy po raz drugi Hermann spytał, jak mogą pomóc - wspomina Antoł. - Po namyśle powiedziałem: "Jeść i ubrać się mamy w co. Jednak gdybyście mogli przysłać trochę maszyn rolniczych, może nawet wyeksploatowanych, ale wyremontowanych..."
Niebawem Antoła odwiedził ks. Tischner donosząc, że wiosną 1982 r. będzie akcja maszynowa. Przyjęto zasadę, że sprzęt zostanie rozdysponowany między rolników. Bezpłatnie. Podarowane przez austriackich bauerów ciągniki, kosiarki i inne maszyny wyremontowała młodzież ze szkół rolniczych w Styrii. - W ten sposób uczniowie doświadczali solidarności w praktyce - mówi Schaller.
W "Etyce solidarności" Tischner pisze: "Miłosierny Samarytanin nawet nie biegnie, by pochwycić zbójców. Najpierw trzeba opatrzyć rany chorego. Zbójcami zajmą się ci, którzy stoją w pobliżu polityki. Solidarność to bliskość - to braterstwo dla porażonych".
Akcja, choć organizowana przez polityków, starała się omijać meandry polityki. Postawa ÖVP była jednak aktem odwagi i sprzeciwu wobec rządzącej wówczas Partii Socjalistycznej. Stojący na jej czele kanclerz Bruno Kreisky po wprowadzeniu stanu wojennego wygłosił namaszczoną przemowę, tłumacząc Polakom, jak szczęśliwi powinni być pod rządami gen. Jaruzelskiego. Tymczasem Ludowcy nie zrażali się, mimo szykan: Erhard Busek, z paszportem dyplomatycznym w ręku, został rozebrany na granicy.
Na wiosnę 1983 r. przybył pierwszy transport. Choć nad rozdziałem 600 maszyn czuwał Caritas i Komisja Charytatywna Episkopatu, a akcji patronowali cieszący się autorytetem na Podhalu księża Władysław Curzydło i Franciszek Juraszek, nie obyło się bez kłótni. Podobnie przy drugim transporcie, w maju 1984 r., kiedy oprócz maszyn rolnicy dostali nawozy, a do kół gospodyń trafił sprzęt kuchenny.
- Szarpanina była o te maszyny. To Pan Bóg broni dzielić! - mówi Gonciarczyk.
Austriacy zwracali uwagę, że rolnicy powinni organizować się w koła maszynowe. Wójt gminy Nowy Targ, Jan Smarduch:
- Niestety, w krótkim czasie nie da się takich rzeczy zrobić.
- W Austrii już co najmniej od tysiąca lat wszystko jest zorganizowane, a u nas przez te tysiąc lat każdy kombinował, żeby przeżyć - tłumaczy niepowodzenie Marian Tischner.
Obok akcji maszynowych, organizowano wyjazdy do Styrii na praktyki i szkolenia w zakresie gospodarki i administracji. Odbywali je w latach 80. m.in. obecny burmistrz Nowego Targu Marek Fryźlewicz, wójt Smarduch, a także Marek Tischner, który był w Austrii na praktyce weterynaryjnej. W tych wyjazdach można upatrywać odprysk Tischnerowskiej idei "pracy nad pracą".
W 1989 r. miała miejsce jeszcze jedna akcja maszynowa, ale formę rozdawnictwa zastąpiono licytacją. Pieniądze zasiliły konto powstałej Fundacji Podhalańskiej im. Mirosława Dzielskiego. Organizowano dzięki nim dalsze wyjazdy młodych ludzi na szkolenia i praktyki, naukę niemieckiego, próbowano - bez powodzenia - wykreować ideę rolniczych kółek maszynowych.
Trochę maszyn dotarło też do Krakowa. Pracują do dziś w stacji doświadczalnej Akademii Rolniczej. - Dostaliśmy traktor Ferguson i jeszcze jakąś grabiarkę. - mówi Marian Tischner. - Ursusy padły, a Ferguson cały czas chodzi - dodaje jego syn Marek.

Prywatna święta

W cieniu wielkich akcji maszynowych trwała cicha, prawie niewidoczna działalność charytatywna Ilse Schaller.
- To była dzielna kobieta - wspomina Antoł. - Mam ją za swoją prywatną świętą.
Po pierwszej wizycie w Polsce w 1982 r. chciała zorganizować grupę znajomych kobiet z Grazu, żon polityków i dziennikarzy, które miały poznać grupę Polek. Chodziło o pomoc, ale nieco inną niż ta, którą zajmował się mąż. Chciała po prostu spotykać się z ludźmi i pomagać im. Fascynowała ją polska mentalność, sposób, w jaki ludzie znosili stan wojenny.
Stanisław Dzida, germanista, poznał żonę Schallera, gdy w pierwszej połowie lat 80. przyjechała do Krakowa z grupą Austriaczek. Ksiądz Profesor poprosił go o opiekę nad nimi: - Pani Schaller była niezbyt wylewna, skupiona. Uważnie słuchała, niewiele mówiła, ale zadawała celne pytania.
Od tego czasu zaczęła się regularna pomoc organizowana przez Ilse. Dwa razy w roku, zwykle przed Wielkanocą i Bożym Narodzeniem, przyjeżdżała z transportem leków i innych potrzebnych rzeczy. Pieniądze ze zbiórek podczas Katholikentagów, z kiermaszów świątecznych, od znajomych, a często z własnej kieszeni, zasilały głodowe budżety potrzebujących rodzin, często wielodzietnych, dotkniętych chorobą i alkoholizmem.
Ilse, aby lepiej rozumieć spotykanych ludzi, nauczyła się polskiego. W domu wprowadziła polski zwyczaj łamania się opłatkiem.
- Myśmy się tak zaprzyjaźniły, że chyba nie miałam bliższej przyjaciółki - wyznaje pani Barbara Tischnerowa, bratowa księdza.
W 1992 r. Ilse zachorowała na raka piersi. Nie przerwała jednak działalności. Dzięki niej w 1994 r. otwarto w Chorzowie hospicjum "Styria".
- Cokolwiek robiła, było to niesłychanie dyskretne. Nie pamiętam kamer, prasy, szumu wokół niej. Wielokrotnie organizowała pomoc przez osoby trzecie, nalegając, żeby nie było wiadomo, że źródłem pomocy jest właśnie ona - zaznacza Dzida.
Zmarła po długiej walce z chorobą 10 maja 1997 r. Polska delegacja złożyła jej u stóp, jak mówił ks. Tischner w mowie pogrzebowej, "kawałek Polski w postaci polskich kwiatów". Kanonik Willibald Rodler mówił nad grobem: "Była drzewem, które wydaje dobry owoc. Rozłożyste konary sięgnęły daleko, zdumiewająco daleko. Aż do Polski. Gałęzie nie przejmują się granicami, nie zatrzymują się przed żadną przeszkodą".
Dzieło Ilse Schaller jest w Polsce kontynuowane. Zajmuje się nim jej siostra, Elfi, a także współpracownica, Gertraud Rohr.

"Coz po wos zostanie"

Jakie ślady pomocy Schallerów są widoczne w południowej Polsce?
- Niedługo będzie 22 lata, jak wyjazd miał miejsce. Człowiek się postarzał, ale mimo wszystko wspominając to wydarzenie, wracają jakieś radosne młodzieńcze siły, jakiś zapał - mówi Jan Pawlikowski.
- Na Podhalu rolnicy potrafią dbać o te maszyny - opowiada Barbara Tischnerowa. - Poza tym, jak pierwszy raz byłam w Austrii, nie mogłam się nadziwić, że w każdej oborze w oknach wiszą pelargonie. Teraz można je często spotkać na Podhalu.
Wójt Smarduch: - Na pewno obraz dobrze funkcjonującej wsi austriackiej był mi potrzebny, pokazywał kierunek. Burmistrz Nowego Targu, Marek Fryźlewicz przypomina, że kontakty trwają do dzisiaj. Ostatnie spotkanie na temat: "Austria jako członek Unii Europejskiej. Doświadczenia w zakresie rolnictwa i gospodarki rolnej" odbyło się pod koniec marca w Nowym Targu. Pojawił się Hermann Schaller z doktorem Kopetzem.
- Ślady są głębokie, ale nieuchwytne. Gdyby to był dwudziestopiętrowy budynek, to każdy by podszedł i powiedział: oto budynek. Natomiast budynek się rozwali, a te ślady są, myślę, tropem ku przyszłości - uważa Dzida. Jego zdaniem, najważniejsze jest przełamanie barier między dwoma narodami.
Na początku lat 90. Schallerowie zostali odznaczeni przez prezydenta Wałęsę orderami Polonia Restituta. W imieniu prezydenta odznaczenia wręczał ówczesny ambasador w Austrii - prof. Bartoszewski, który wspomina dziś inną inicjatywę Schallerów: - Z biskupem Weberem oraz ks. Schnuderlem zorganizowali zbiórkę pieniędzy na organy do kościoła św. Anny w Warszawie. Stąd Sobieski wyruszał pod Wiedeń; dlatego wybrali ten kościół.
Trójkę dzieci: Michaela, Andreę i Kati Schallerowie wychowali w duchu solidarności i życzliwości dla Polski. - Syn jest zaangażowany w dialog z krajami Europy Środkowo-Wschodniej - mówi minister Bartoszewski.
- Andrea interesowała się polską literaturą, a także związkami galicyjskimi, Musilem, Brochem, Rothem, Wittlinem - wspomina młodszy z bratanków ks. Tischnera, Łukasz.
- Najmłodsza Kati gra na skrzypcach, skończyła też kierunek terapii muzyką - opowiada Barbara Tischnerowa. W połowie lat 80. Hermann i Michael Schallerowie zaangażowali się w pomoc dla Ameryki Łacińskiej, zakładając organizację "Solidarität mit Südamerika", która niesie wsparcie m.in. dla Gwatemali, Nikaragui, Salwadoru, Brazylii. Pomagali też ogarniętej wojną Jugosławii.
Zostały jeszcze polsko-austriackie przyjaźnie i wspomnienia. Busek wspomina w książce redakcję "Tygodnika": "Swoistą mieszaninę zakurzonej atmosfery bohemy, gdzie obok obowiązkowego obrazu Papieża, Franciszek Józef w małym formacie spoglądał z dołu na byłego poddanego". Schaller opowiada o wyjeździe z ks. Tischnerem na narty do Schladming. Katarzyna Marek przypomina wizyty księdza w domu Schallerów z niezapowiedzianymi gośćmi, np. Danielem Olbrychskim. Jan Antoł cytuje zasłyszaną niegdyś przez Tischnera przyśpiewkę, którą lubił chwalić się przed austriackimi przyjaciółmi: "Powiadali Niemce, ze my cudzoziemce, a my som Poloki, chłopcy Austryjoki". Schallerowie pamiętają pogrzeb ks. Tischnera - jakiego "nawet cesarz austriacki nie miał".
W jednym z listów do Barbary Tischnerowej Ilse Schaller pisała: "Niestety było za mało czasu, który mogliśmy spędzić z Twoim szwagrem, on zawsze spada jak gwiazdka z nieba i leci znowu dalej, zanim można pomyśleć. Ale myśmy tę gwiazdę zobaczyli, a inni nie!".


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny