"Tygodnik Powszechny", Nr 21 (2811), 25 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/wydarzenia/dni-tischner/dni04.php

Mowa budująca religijnie

Żyć w Kościele Jezusa Chrystusa
Ks. Henryk Seweryniak

"Mój kolega, który był zastępcą "Ognia", powiedział mi: "wiesz, Kościół to jest jedyne miejsce, gdzie ludzie się nie zdradzają"... Kościół był odkryciem jako miejsce wierności... Czułem się w Kościele na swoim miejscu i do dziś jestem przekonany, że to jest moje miejsce... Gdybym był na innym miejscu, nigdy bym z siebie nie dał tego, co dałem, zaszczepiając Dobrą Nowinę".
ks. Józef Tischner

Mocne wyznanie. Mocne tym bardziej, że Tischner pozostaje w pamięci wielu jako ksiądz niepokorny i przekorny. Nieraz prowokował (jak wtedy w Castel Gandolfo: "Panie Leszku, z tego, że się uczestniczy w papieskich Mszach, nie musi wiele wynikać. Gdy się natomiast bierze udział w Mszach odprawianych przez własnego proboszcza, ma to zupełnie inną wymowę"), nieraz prorokował ("staram się - podpalając czasem słomiane strzechy nad polskimi głowami - by moi bracia w wierze nie podnosili własnych iluzji do godności prawdy"). Niekiedy stawał na "eklezjalnej krawędzi" ("troszczyłem się, żeby moja wiara była raczej ewangeliczna niż kościelna"), czuł się tam jednak zawsze bliżej Erazma niż Lutra. Co oznacza, że choć czerpał swoją mądrość "z wnętrza metafory", to źródłem największych metafor było dla niego "wnętrze Kościoła", nawet jeśli temu Kościołowi mówił niekiedy słowa gorzkie.

Eklezjologia życia

"Hermeneutykę podejrzenia" - rozbijania iluzji "braci w wierze" i unieważniania "sarmackiego wkładu do integryzmu" wyprzedza jednak u ks. Tischnera "hermeneutyka rekolekcji" (Ricoeur) - nabożnego wchodzenia w rozległą panoramę człowieczeństwa. Ks. Tischner czynił to zazwyczaj za pomocą mowy, którą określał mianem odnoszącej się do "religijnego budowania człowieka". Religia, twierdził, zrodziła się w dniu, w którym Abraham usłyszał na pustyni Głos i odpowiedział: Oto jestem... W tym dniu Abraham wybrał Tego, który go wybrał - istotą autentycznej religii jest świadomość łaski ("wybrał") i świadomość wolności ("wybieram"). Słowu wybrania towarzyszy przykazanie - "kochaj, bo ja kocham". Przykazaniu zaś błogosławieństwo, czyli słowo, które nie mówi, co być powinno, a co nie, lecz co naprawdę jest - przestrzenie Bożego człowieczeństwa, ukryte pod warstwą pozorów, zdających się mu zaprzeczać: cichość, ubóstwo w duchu, łaknienie...
"Mowa budująca religijnie", w której dochodzi do głosu jedyny w swoim rodzaju związek między propozycją Ewangelii a świadectwem, dialogiem i argumentacją, stanowi przedłużenie tamtego słowa. Nie złorzeczy zatem, lecz błogosławi; nie straszy, lecz dodaje odwagi; nie oskarża, lecz broni. Jej siłą jest "siła bezsiły", powtarzał za Havlem Tischner; jej orientacją - dialog ("scholastycy, racjonaliści mówią wiele o człowieku, ale nie mówią z człowiekiem"). Przenika ją modlitwa wstawiennictwa za grzeszników. Chce ona samego Pana Boga zbudować, aby nie stracił wiary w człowieka. Chce "przekonać Pana Boga"...
Ten styl mowy Kościoła jest niezwykle ważną propozycją dla księży w Polsce, a treści w niej zawarte - dla wszystkich wierzących i poszukujących. I właśnie w niej ks. Tischner jawi mi się najbardziej jako mistrz życia w Kościele Jezusa Chrystusa, nauczyciel "eklezjologii życia". Chociaż sam palmę pierwszeństwa oddawał biskupowi Janowi Pietraszce, należał do największych jej twórców w polskich dziejach współczesnych. Oczywiście, eklezjologia ta pozostawała w ścisłym związku z jednoznacznym opowiedzeniem się za filozofią dobra, wolności, nadziei, wartości, dramatu, dialogu i rozumienia. Nie odnosiła się natomiast do klasycznych tematów eklezjologicznych - ks. Tischner zachęcał wręcz, aby nie mówić zbyt dużo o Kościele, bowiem celem Kościoła nie jest eklezjologia, lecz ewangelizacja.

Żyć poważnie

Medard Kehl w książce "Wohin geht die Kirche?", ważnej diagnozie sytuacji Kościoła przełomu wieków, opisuje stan duchowy współczesności europejskiej za pomocą słów "radykalny pluralizm" i "powierzchowna wielobarwność". Takich słów-opisów społeczeństwa postmoderny tworzy się dziś dużo - jednym z większych problemów eklezjalnych, także w Polsce, staje się "banalizacja sensu", brak powagi w "zawierzeniu siebie".
Wprowadzając moralizatorski tytuł "Żyć poważnie", chcę powiedzieć, że "eklezjologia życia" ks. Tischnera bierze początek ze świadomości, iż życie ludzkie jest dramatyczną grą i idzie nie tylko o to, co mamy robić, aby nie przegrać swojego losu, ale przede wszystkim o to, w jakim dramacie mamy udział. Chrześcijaństwo, mówił, to propozycja takiego dramatu - nie musisz jej podjąć, warto jednak, byś poczuł, że jest ona propozycją niezwykłą. Dlaczego? Bo Kościół świadczy o heroicznym wymiarze ludzkiej egzystencji i każdy, kto w głębi duszy czuje, że sobą można stać się jedynie na drodze mądrego poświęcenia życia, musi rozważyć propozycję Kościoła.
Ta propozycja da się streścić w przesłaniu: "bądź wdzięczny" i "bądź wierny". Oto jak rozpoczyna mistrz mowy budującej "Pomoc w rachunku sumienia", jeden z ostatnich swoich tekstów: rachunek sumienia robi chrześcijanin... Nawet uświadamiając sobie własny grzech, nie zapomina on o tym, że jest chrześcijaninem. A być chrześcijaninem, znaczy umieć być wdzięcznym Bogu za wszystko, co nas spotyka, i za wszystkich, których spotykamy. Św. Paweł pisze: "Wdzięcznymi bądźcie". Pokuta jest także wyrazem wdzięczności... Ostatnie zaś słowa tego niezwykłego rachunku dotyczą wierności: wiele w życiu "musimy". Ale nie musimy czynić zła. A jeśli nawet jakaś siła, jakiś strach zmusza nas do czynienia zła, to nie zmusi nas do tego, byśmy tego zła chcieli. Tym bardziej nie zmusi nas do tego, abyśmy trwali w tym chceniu. W każdej chwili możemy wznieść się ponad siebie i zacząć wszystko od nowa. Bez tego wezwania do dostrzeżenia we wdzięczności i wierności dwu podstawowych wymiarów ludzkiego heroizmu i określenia ich miejsca w wierze nie można zrozumieć ani mowy, ani wymowy życia ks. Tischnera.

Brać udział w dramacie odkupienia

Chrześcijaństwo dojrzałe kształtuje się wokół krzyża i nawrócenia. Ks. Tischner wchodzi na ten teren z niezwykle interesującą próbą reinterpretacji idei odkupienia zadośćczynnego. Obraza Istoty Nieskończonej - mówiono od św. Anzelma aż po czasy całkiem niedawne - jest nieskończoną obrazą i może być wymazana jedynie przez zadośćczynną ofiarę innej Istoty Nieskończonej, która zarazem musi być człowiekiem, bo to przecież człowiek obraził Boga. Syn Boży stał się człowiekiem, aby zadośćczynić Ojcu za grzech ludzi. Dużo w tym ekonomii, stwierdzi w "Drogach i bezdrożach miłosierdzia" ks. Tischner. A przecież zasadą interpretacji Krzyża nie może być ekonomia, lecz miłość; osobowego Boga można rozumieć tylko w miłości. I daje własną propozycję. Najpierw pyta: "Czy znieważonemu Ojcu - znieważonej przez grzech ojcowskiej miłości - nie "należy się" jakieś "zadośćuczynienie"? Bóg umiłował, a człowiek wzgardził. Wyobraź sobie, Czytelniku, że chodzi o ciebie. Pokochałeś i ktoś odrzucił twoją miłość. Wyobraźmy sobie, że Ty "wszystko rozumiesz", że nie szukasz odwetu, usiłujesz być wspaniałomyślny? Czy jednak mimo to wszystko jest "w porządku"? (...) Zło człowieka - zło "grzechem" zwane - ugodziło w Miłość. Czy nie "wypadałoby" zatem, ażeby Miłości tej dać jakieś możliwie doskonałe zadośćuczynienie?". Syn Boży staje się człowiekiem, "aby stało się to, co stać się powinno. (...) Toczy się jakaś gra o wartości, jakiś dramat wartości. Oczywiście, to Bóg ustanawia wartości. Ale ustanawia w ten sposób, że się im w wolny sposób poddaje".
Nasze uczestnictwo w tym dramacie wartości - powtarzał Tischner - nazywa się nawróceniem. Grzesznik nie rozmawia z Chrystusem jako z wcieleniem dobra; rozmawia z Kimś, kto nosi jego winę, z Bratem w winie... To braterstwo w winie okazuje się braterstwem w miłości. Dlatego Charles Peguy powiedział, że nikt nie jest tak bliski chrześcijaństwu jak grzesznik. Grzesznik albo święty - doda przekornie ks. Tischner.
W procesie nawrócenia "zderzają się" dwa rodzaje "duszpasterstwa odwagi": pierwsze, które ma odwagę wytykania człowiekowi jego grzechu, i zdaje się być przekonane, że najlepiej oddaje chwałę Stwórcy, gdy przeprowadzi "pryncypialną krytykę dzieła stworzenia". I drugie, które pokazuje grzesznikowi wielkość miłości Boga. Jak? Przez nasączanie procesu nawrócenia ewangelicznym słowem życia: "Czemu mnie prześladujesz?"; "Cenniejsi jesteście niż wiele wróbli"; "A jeśli obwinia cię twoje serce, wiedz, że Bóg jest większy niż serce twoje"; "Darmo otrzymaliście, dawno dawajcie"... Przez uświadamianie, że dla mistrzów życia wewnętrznego złem zła była melancholia, czyli brak nadziei i wdzięczności - zapomnienie, że życie jest darem. Przez wskazywanie, że religia nie polega na samej moralności; bohaterem w religii jest przede wszystkim święty. A jakbyś mu powiedział, że jest moralny, bezgrzeszny, to by cię wyśmiał - dorzuci po swojemu ks. Tischner. Tu tkwi tajemnica: święty, który nie boi się przyznać do grzechu, jest święty przez to, że niesie winy - swoje, świata - i czeka, by Bóg je obmył.

Odpowiadać na zawierzenie się Boga

Kościół - mawiał ks. Tischner - istnieje głównie po to, by podtrzymywać istnienie Eucharystii. "Czytając Katechizm" nie bał się nawet stwierdzić, że w Eucharystii najpełniej widać, iż Bóg wchodzi w historię poprzez ludzi. Nie będzie Go sakramentalnie w historii, jeśli nie będziemy sprawować Eucharystii, jeśli Go nie będziemy zapraszać i przyjmować. Wielkość Eucharystii polega także na tym, że przez dwa tysiące lat znajdują się na ziemi ludzie dobrej woli, którzy podtrzymują jej trwanie. Eucharystia uświadamia zarazem godność ludzkiej cielesności. Podczas gdy myśl starożytną przenikała ucieczka od ciała, Chrystus podczas Ostatniej Wieczerzy nie mówi: "Oto Ja", ale "Oto Ciało moje" - nasze odkupienie ma przyjść przez ciało.
W jednej z konferencji "eucharystycznych", nawiązując do wspomnień Sartre'a z dzieciństwa, ks. Tischner zauważa, że człowiekowi wciąż łatwiej utożsamiać Boga z istotą, która patrzy groźnie i surowo, niż z Bogiem Ewangelii. W rzeczywistości zaś proces dojrzewania obecności Boga w sercu człowieka polega na tym, aby w pewnym momencie móc powiedzieć: Pan mój i Bóg mój! - w Ewangelii szczytem wiary jest wypowiedzenie słówka "mój". Czy nie do tego zmierza Eucharystia? Czy Bóg przyjęty w Komunii Świętej nie przenika nas tak głęboko, że jest w nas, a my w Nim? Biskup Pietraszko mówił nawet, że o ile bogowie pogańscy patrzyli na człowieka z góry, to w Ewangelii Bóg klęka przy człowieku, ociera mu stopy z pyłu dróg, aby człowiek mógł powiedzieć: "Mój Bóg".
Tischner przywołuje też słowa Mistrza Eckharta o tym, że Bóg żadnemu stworzeniu, nawet Matce, nigdy nic nie dał w posiadanie. Tego, co mamy, nie powinniśmy traktować jako własności; winniśmy w tym widzieć dobra bardziej nam wypożyczone niż dane. Do czego zatem zmierza Bóg w swojej "zachłanności"? Chce być naszą jedyną i niepodzielną własnością. Co ks. Tischner komentuje z odrobiną patosu: w oddaniu Boga odnajdujemy naszą niezwykłą godność, ale i zadanie odkrywania Boga Ewangelii, który przychodzi do nas z naczyniem czystej wody, aby obmywać nam nogi. Spór pomiędzy tym Bogiem a bóstwem pogańskim przechodzi przez duszę każdego z nas. Od jego rozstrzygnięcia zależy kształt polskiej wiary.

Żyć w Kościele na sposób mistyczny

Ks. Tischner od lat uczył, jak czerpać z doświadczeń mistyków. Może widział w nich sposób odejścia od religijności autorytarnej. Może odnajdywał gwarancję wolności - mistyk jest na swój sposób wolny w widzeniu Boga, wolny wobec instytucji. Może czuł, że mistyk się sprawdził: i Franciszek z Asyżu, i Jan od Krzyża, i Mistrz Eckhart, i Norwid, i siostra Faustyna. Właśnie na jej przykładzie ks. Tischner wykazuje, jak chrześcijaństwo mistyczne broni się wobec Nietzschego, najczęściej powracającego dzisiaj mistrza podejrzenia. Ale bodaj jeszcze bardziej, odwołując się do "Dzienniczka", dotyka niedojrzałości naszego bycia w Kościele. U siostry Faustyny jej bycie "miserable" przekształciło się w miłość. Udzielił mi Pan poznania łask... Wylewałam łzy wdzięczności... Jako dziecko czułam, że wszystko, co posiada Ojciec niebieski, moim jest, a ja nie miałam do tego wszystkiego żadnych pragnień, bo mi wystarcza sam Bóg... Nie ma tu nic z nietzscheańskiego "żebraczego spektaklu", jest natomiast wspólnota z Chrystusem, oparta na współodczuwaniu cierpień: mój ból jest pomostem do twojego bólu; mogę dokonać istotnego aktu ofiary: mogę ofiarować swój ból Bogu za zbawienie świata...
W tym momencie Tischner powraca do myśli sprzed lat: człowiek zbawia się nie na zasadzie ilości przeżytego bólu, ale na zasadzie miłości, która uszczęśliwia i pozwala znieść ból. Wiara Faustyny nie jest wiarą "źle uszczęśliwionych" - tych, którzy swym nieszczęściem "kokietują Boga". Jest religią szczęśliwych, którzy dzięki współ-odczuwaniu z Chrystusem potrafią odkryć sens cierpienia. W ten sposób s. Faustyna osiąga moc uczestnictwa w dziele zbawienia. Pragnie przy tym dzielić się Umiłowanym. Pomóż jej... - modli się za współsiostrę. - Otwórz jej oczy i serce... szkoda wybrania... szkoda Boga.

Pamiętać, że chrześcijaństwo jest ciągle przed nami

W konferencji "Wolność i posłuszeństwo" ks. Tischner wyjaśnia istotę relacji: Kościół--państwo. Władza ziemska, mówi, wydaje rozkazy, a logiką rozkazu jest: "musisz". Władza Boga posługuje się innym językiem: "jeśli chcesz, możesz"... Jeśli zechcesz, otworzy się przed tobą przestrzeń wolności w łasce... Władza ziemska obiecuje chleb, zaszczyty, niekiedy czyste sumienie. Chrystus natomiast nie obiecuje uczniom, że aniołowie będą ich nosić na rękach, że kamienie usuną im się spod nóg. Więcej, zapowiada, że będą czuć się odpowiedzialni za każdą głodującą istotę, za każdego pobitego przez zbójców. Państwo, mówi Tischner, jest oparte na zasadzie sprawiedliwości wymiennej: nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe; ogranicz swoją wolność, abyś mógł doświadczać ograniczenia mojej wolności. W Kościele słyszymy natomiast: "miłuj nieprzyjaciela"; "zło dobrem zwyciężaj". Dlaczego zasada sprawiedliwości zostaje przezwyciężona? Bo nieprzezwyciężona wkręca ludzkość w tryby koła odwetu - zawsze osiągnie się tylko częściową sprawiedliwość, a częściowa sprawiedliwość zawsze będzie częściową niesprawiedliwością... Ktoś musi powiedzieć "dość", nadstawić drugi policzek, przebaczyć, zacząć tworzyć na nowo historię świata. Tym Kimś jest Chrystus, tym kimś ma być Jego uczeń... Kościół jest zatem miejscem dla ludzi rozumiejących, że zło trzeba dobrem zwyciężać, miejscem realizacji logiki łaski, daru i przebaczenia...
To ze względu na te różnice nie może być czegoś takiego jak państwo katolickie. I głównie ze względu na te różnice chrześcijaństwo jest ciągle przed nami. Wciąż szukamy tożsamości przez podkreślanie różnic, a tylko chrześcijaństwo wyzwolone z polityki i z konieczności ostrego przeciwstawiania się innym religiom może głębiej zrozumieć siebie. Trzeba oduczyć się podejrzliwości w stosunku do każdego dobra, jakie dzieje się poza widzialnym Kościołem. Pamiętać, że bliźni jest tym bardziej bliźnim, im bardziej ty, właśnie ty, możesz mu pomóc. Pokazywać, że spełnianie obowiązków wyzwala. Przemyśleć pojęcie cnót obywatelskich, a więc najpierw to, że obejmują one pewien typ odpowiedzialności za dobro wspólne; następnie - dotrzymywanie zobowiązań, co jest fundamentem demokracji; wreszcie - dojrzałość obywatelską, orientację w funkcjonowaniu demokracji.

Nie ulegać ani relatywizmowi, ani fundamentalizmowi

Właściwie cała "eklezjologia życia" ks. Tischnera była mierzeniem się z relatywizmem. Nie wszystko w życiu jest grą - tworząc wyrazistą koniunkcję "Kołyma - Auschwitz", odkrywając i współkształtując dziejowy charakter "Solidarności", ks. Tischner stał się najbardziej wiarygodnym wśród współczesnych filozofów świadkiem miałkości relatywizmu. Walka z totalitaryzmem dowiodła w jego przekonaniu, że oprócz wartości relatywnych istnieją również wartości absolutne, za które można i należy oddać życie: aby absolutyzm przestał być absolutyzmem (totalitaryzmem), potrzeba spotkania z tym, co autentycznie absolutne.
Gdy z kolei ks. Tischner mówi o integryzmie i fundamentalizmie, najpierw pokazuje ich wewnętrzne sprzeczności, potem zaś nieewangeliczny charakter: integryzm podsuwa widok jakiejś zwartej całości, a przecież nie niesie z sobą spojrzenia całościowego, raczej skrajnościowe. Także fundamentalizm nie wskazuje na fundament: faryzeusze, którzy byli fundamentalistami, nie dostrzegali tego, co jest fundamentem religii i nakładali na ludzi zbyteczne ciężary. Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie pokazuje najlepiej, co w chrześcijaństwie jest fundamentem, a co fundamentalizmem.
Koniec końców, ani na relatywiście, ani na fundamentaliście nie można polegać. Obaj, mówi ks. Tischner, są gotowi do zdrady, choć każdy z innego powodu. Pierwszy będzie trwał przy spotkanym człowieku dopóty, dopóki ów człowiek go nie znudzi i tym samym nie da mu okazji do wykazania się jeszcze jednym "autentyzmem"; drugi nie spocznie dopóty, dopóki w człowieku nie znajdzie źdźbła i nie uczyni z niego belki. Tischner uważał, że drogi wyjścia należy szukać w mądrym rozumieniu sekularyzacji. Przez sekularyzację radykalną rozumie budowanie świeckiego świata bez świętości - nurt ten poddaje krytyce, przestrzegając przed myśleniem, że świat doprowadzony do radykalnej świeckości jest światem godnym nazwy świata wolnych synów Bożych. Sekularyzacja relatywna, którą akceptuje, polega na poważnym i dojrzałym postawieniu sprawy, co jest, a co nie autentycznym wyrazem obecności Boga wśród nas.

Glosa w sprawie recepcji

Mowa budująca nie jest "mową dla maluczkich". To mowa odkrywania godności "człowieka każdego". Dlaczego zatem jeden z najwybitniejszych jej przykładów w Kościele współczesnym tak słabo przenika do świadomości Polaków, ba, spotyka się w niektórych środowiskach z niechęcią? Dużo tłumaczy los proroków i "stańczyków" w naszych dziejach. Ale nie wszystko. A może jest tak, że i ks. Tischner czegoś nie zauważył? Mówił wielokrotnie o wierze prostych górali podhalańskich. Czuł się jednym z nich. Wielokrotnie przywoływał na przykład gazdę, który w czasach PRL-u odświętnie ubrany udaje się na miejsce zbiórki banderii konnej, witającej biskupa. Zatrzymany przez milicjanta, na pytanie, dokąd jedzie, odpowiada: "Co ci, chłopce, do tego? Koń mój, dusa moja, a jade ka kcem". Ks. Tischner zbyt szybko chyba uznał, że Polak lat 90. stał się zaprzeczeniem tej odpowiedzi; że upowszechnił się nam z jednej strony homo sovieticus, z drugiej - fundamentalista. Było i jest inaczej. Ten prosty, mądry człowiek żyje nadal nie tylko na Podhalu, ale również na Mazowszu, i na Kujawach, i na Pomorzu. Także w okolicach Torunia. Zachował i konia, i ukształtowaną przez Kościół duszę, i - dzięki swojej wierze - kierunek jazdy. Uważne wsłuchiwanie się w jego troski i aspiracje, solidarność w poczuciu krzywdy, która go wciąż spotyka, dostrzeganie jego niebanalnej religijności, jest ważnym wyzwaniem dla elit w Polsce. Zwłaszcza elit katolickich.

Ks. HENRYK SEWERYNIAK jest profesorem teologii na warszawskim UKSW. Współpracuje z miesięcznikiem "Więź". Opublikował m.in. "Święty Kościół powszedni" i "Tajemnicę Jezusa". Tekst jest skróconą wersją wykładu wygłoszonego podczas sesji "Myślenie religijne ks. Józefa Tischnera".

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl