adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Włochy

Włochy
„TP” nr 26/2003


  Tygodnik Powszechny

  Felietony

  Tematy miesiąca

STAŁE DODATKI

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Jestem samowystarczalny

Z Nannim Morettim rozmawia Jarosław Mikołajewski

„Unia dla Ciebie”
Wersja do druku
Napisz komentarz

Jarosław Mikołajewski: - Prawie wszystko w Twoich filmach jest autobiograficzne. Tylko w "Pokoju syna" opowiadasz całkiem fikcyjną opowieść...

NANNI MORETTI: - Również w "Pokój syna" wpisana jest moja osobista historia, tyle że w negatywie. Przez pewien czas nie mogłem nakręcić filmu o śmierci dziecka, bo urodził mi się własny syn, Pietro.

- Czyli pomysł "Pokoju syna" pochodzi sprzed dobrych kilku lat?

- Nawet sprzed kilkunastu. Temat miałem od dawna, ale kiedy zapisałem jakieś dwadzieścia stron, przyszło mi do głowy, ot tak, że chciałbym pracować z jakimś francuskim scenarzystą. Zabraliśmy się do roboty, i w pewnej chwili mój Francuz zniknął. Dosłownie - powiedział, że przeżywa jakąś historię miłosną, która odbiera mu jasność myślenia. Potem okazało się, że moja żona jest w ciąży, i tu już musiałem się zatrzymać - było mi trudno mówić o śmierci syna czekając na narodziny własnego dziecka. Ale wiedziałem, że kiedyś zrealizuję ten pomysł.

Styl dla uczuć

- I zamiast kręcić film o śmierci dziecka fikcyjnej postaci, nakręciłeś "Aprile" (Kwiecień) - film o narodzinach własnego?

Nanni Moretti jest synem profesora nauk klasycznych. Dorastał w Rzymie, kierując się trzema pasjami: filmową (amatorskie prace wąskotaśmowe - kamerą 8 mm - już w okresie matury), polityczną (aktywista PCI - partii komunistycznej), sportową (należał do pierwszoligowych waterpolistów, czyli do zawodników w jednej z najpopularniejszych we Włoszech dyscyplin, grał w Luzio). Od czasu "Sono un autarchico" (który stał się wielkim przebojem) do "La messa finita" jego filmy oparte są na nim samym - osobie raz gwałtownej i porywczej, raz uprzejmej, rzeczowej, a także łatwo wpadającej w panikę, i na jego kontaktach z bliźnimi.
Pierwsze pełnometrażowe filmy fabularne, właściwie półamatorskie, w najbardziej klasycznej produkcji niezależnej i w dystrybucji pozakomercyjnej, zdobyły tak duże powodzenie, że już "Ecce Bombo" przyniósł mu rozgłos w całym kraju. Nie zmienił jednak statusu i nie przeszedł do kineatografii wielkoprzemysłowej, nadal kręcąc kameralne filmy osobiste według własnych scenariuszy, w których sam występuje jako aktor.
Za jedyny względny wyjątek może być uważany "La messa finita", gdzie opowiada historię rozterek współczesnego włoskiego księdza. W istocie układ tematyczny tego filmu nie odbiega jednak od zasadniczego profilu Morettiego - jest on chyba jedynym współczesnym odpowiednikiem Bustera Keatona (także przez komediowo-liryczną tonację opowiadań). Chodzi tu bowiem o konflikt samotnego bohatera z nieprzyjaznym, nieautentycznym i trudnym do zrozumienia światem.
W 1986 roku założył własną wytwórnię Sacher Films. W kolejnym filmie - "Dzienniku intymnym" powrócił do swobodnej wypowiedzi, często przełamując ograniczenia scenariusza. Film łączy w sobie trzy najważniejsze rzeczy: Rzym, jazdę motorynką Vespa i pracę reżysera. Znakiem rozpoznawczym Morettiego stał się spontaniczny i pełen anegdot styl. Film "Aprile" zgrabnie łączył jego lęk towarzyszący narodzinom syna ze zwycięstwem lewicy w wyborach prezydenckich. Mają one zresztą miejsce w dniu urodzin syna Morettiego. Film w pełni ukazuje zręczność w wyczuciu ironii i zdolność posługiwania się nią jako środkiem stylistycznym.
W 2001 nakręcił (w pełnym tego słowa znaczeniu - jako reżyser, scenarzysta, aktor) "Pokój syna" - film ten przyniósł mu Złotą Palmę w Cannes. (Można go jeszcze zobaczyć w polskich kinach.) Moretti bywa także aktorem w filmach innych czołowych reżyserów włoskich.
(źródło: www.stopklatka.pl)
- Nie tylko o narodzinach dziecka. W tym samym czasie, kiedy urodził się mój syn, w kwietniu 1996 roku, we Włoszech miały miejsce wybory - jedyne, które wygrała lewica. Znasz moją namiętność do polityki, więc możesz sobie wyobrazić, jak poważna była to dla mnie sprawa. Zacząłem więc filmować raz jedno, raz drugie - to nakręciłem jakieś fragmenty z moim synem, to znowu sceny z wyborów. Aż do mnie dotarło, że te sceny, które kręciłem bez żadnego przeznaczenia i porządku, tworzą jądro przyszłego filmu opowiadającego równolegle o tych dwóch wydarzeniach, z których jedno miało charakter prywatny, a drugi polityczny. Więc coś napisałem, zacząłem kręcić kolejne sceny i tak, zamiast "Pokoju syna", najpierw powstał "Aprile".

- Wróćmy do "Pokoju syna". Mówisz, że temat śmierci dziecka nosiłeś w sobie od dawna. Od chwili, kiedy zobaczyłeś pierwszą część "Dekalogu" Kieślowskiego?

- Nie, to całkiem niezależny projekt, choć pamiętałem o jego filmie. Pamiętaj, że od wielu lat chciałem również przedstawić i zagrać psychoanalityka. I całe szczęście, że zrobiłem to dopiero teraz, a nie dziesięć lat temu, bo wtedy napisałbym i zagrałbym postać mniej ludzką, bardziej sztywną, niecierpliwą. Mniej wiarygodną. Bo mnie nie chodziło wyłącznie o temat śmierci. Chciałem przyjrzeć się człowiekowi, który na co dzień, zawodowo, zajmuje się problemami innych ludzi, i nagle staje wobec własnego cierpienia, bardzo osobistego. Wobec największego cierpienia, jakie można sobie tylko wyobrazić. Żeby zobaczyć, co się wydarzy.

- We wszystkich Twoich filmach są ludzie, którzy przeżywają jakąś swoją niewyrażoną prawdę w warunkach cywilizowanego, a jednak wrogiego lub co najmniej chłodnego systemu, idei...

- Bo tym, co interesuje mnie najbardziej, jest świat uczuć, frustracji, gniewów, nadziei. W jakimś okresie mojego życia odczuwam emocje, i poprzez nie staram się opowiedzieć jakąś historię. A równocześnie próbuję nabrać do tych uczuć pewnego dystansu, zamrozić je w styl. Bo uczucie bez stylu nie trwa długo.

- No właśnie - jak powstają Twoje filmy?

- Po zakończeniu jednego filmu następuje okres przechodni, podczas którego uwalniam się od poprzedniej produkcji. W przypadku "Pokoju syna" ten okres trwa długo, również dlatego, że jestem teraz bardzo zaangażowany politycznie, co zabiera mi wiele czasu. Po okresie przejściowym zaczynam robić zapiski, aż powoli kształtuje się we mnie jakiś nowy stosunek do tego, co mnie otacza, do siebie samego, jakieś inne uczucie w relacjach z innymi ludźmi, aż wreszcie, nie tyle systemowo, co magmatycznie, zaczyna kształtować się jądro następnego filmu. Nie mam jakiejś jednej metody. Jeśli chodzi o "Pokój syna", potrzebowałem scenariusza bardzo zdefiniowanego, precyzyjnego. W przypadku innych filmów, jak "Aprile" czy "Caro Diario" (Drogi dzienniku), zdarzało się, że zaczynałem kręcić nie mając ukończonego scenariusza. Nie wystąpiły tutaj te wszystkie etapy, które zazwyczaj obowiązują w pracy reżyserskiej - faza pisania, przygotowania, zdjęć i montażu. Niekiedy najpierw kręciłem, potem pisałem, potem kręciłem raz jeszcze, montowałem, a kiedy widziałem, że jeszcze czegoś brakuje, kręciłem brakujące ujęcia. - W Twoich filmach widać ciekawe zjawisko - z biegiem czasu pokazujesz w nich coraz więcej uczucia. Coraz bardziej przepuszczasz przez ekran emocje. To wynik dojrzewania ludzkiego czy artystycznego?

- Jedno i drugie. W latach 80. jako widz zacząłem oglądać filmy w sposób nieco mniej jałowy. Zacząłem bardziej przejmować się kinem, głębiej się wzruszałem podczas projekcji, więc również jako reżyser chciałem nadać większą rangę opowieści. Jako widz chciałem chodzić do kina bez przygotowania, w sposób dziewiczy, a więc również jako reżyser chciałem bardziej wzruszać.

- A jakie filmy najbardziej Cię poruszyły jako widza?

- Pewnie widać po moich własnych filmach, że jako widz byłem przede wszystkim pod wielkim wrażeniem kina autorskiego lat 60. - pierwszych filmów Marca Bellocchia, Bernarda Bertolucciego, Pier Paolo Pasoliniego, Marca Ferreriego, Ermanno Olmiego, braci Tavianich, francuskiej Nowej Fali, angielskiego Free Cinema, brazylijskiego Cinema Novo. Z Polaków intrygował mnie wówczas Jerzy Skolimowski... Krótko mówiąc, interesowało mnie kino autorskie lat 60., ale przed rokiem '68, czyli w okresie, kiedy filmy były w tym samym stopniu refleksją o kinie, co o społeczeństwie. Dzięki tym filmom i tym autorom zrozumiałem, że można sobie wyobrazić inne kino. I inne społeczeństwo.

Mój najlepszy aktor

- Miałeś ochotę zmieniać filmami świat?

- A skąd! Ani jako widz, ani jako reżyser, nigdy nie byłem zainteresowany filmami, które chciały zmienić poglądy widza albo go uświadamiać. Interesowały mnie filmy, które w tym samym stopniu zwracały uwagę na aspekt ludzki i filmowy. Chodziło raczej o rozbijanie schematów, stereotypów, w sposób w jaki robiła to na przykład Nowa Fala w kontekście tradycyjnego kina francuskiego. Nie interesowało mnie kino wyłącznie polityczne. Dlatego sprecyzowałem, że interesowało mnie kino autorskie przed rokiem 68.

- Nie czujesz się spadkobiercą roku '68?

- Pamiętaj, że skończyłem liceum w '72 roku, moje dojrzewanie przypadło na czas, kiedy pierwotnie spontaniczne ruchy zdążyły się zbiurokratyzować, na lewicy Włoskiej Partii Komunistycznej powstały już nowe ugrupowania. Od początku, już w pierwszych filmach, mocno sobie kpiłem z ideologicznych przymusów, jakim podlegało poprzednie pokolenie. Już wtedy, właściwie od zawsze, lubiłem nie te filmy, które mają jakąś wstępną tezę i chcą ją narzucić widzowi, lecz te, które wzrastają, dojrzewają w oczach i w uczuciach widza. Poza tym lubię kino, które mnie zaskakuje. Są filmy, które widziałem tysiące razy, i które wciąż mnie zaskakują.

- Na przykład?

- Pierwsze filmy Pasoliniego - "Włóczykij", "Mamma Roma", "Twaróg"...

- Dlaczego sam grasz w swoich filmach?

- Przede wszystkim bohaterem moich filmów zawsze byłem ja sam, i wydawało mi się, że jestem najodpowiedniejszą osobą, żeby odgrywać postaci, które przychodziły mi do głowy. W niektórych filmach gram już nawet nie tylko ludzi, którzy są moimi alter ego o nazwisku Michele Apicella, ale dosłownie Nanniego Morettiego, siebie, więc to chyba ma swoje znaczenie, że właśnie moja osoba, moja twarz pojawia się przed obiektywem kamery. Dzięki temu bardziej angażuję się psychologicznie i emocjonalnie. Zresztą zawsze wiele inwestuję w moje filmy. Chcę, żeby to było jasne - nie wydaję się sobie najlepszym aktorem, ale aktorem najwłaściwszym dla moich filmów.

- Również Kieślowski proponował Ci rolę w "Podwójnym życiu Weroniki". Dlaczego odmówiłeś?

- Kieślowski był mi bardzo bliski, bardzo go lubiłem jako twórcę i jako człowieka, więc bardzo mnie zaskoczyła i zaszczyciła jego propozycja. I na początku się zgodziłem. Wycofałem się dopiero potem, kiedy zacząłem się źle czuć... Myślałem, że to depresja, a okazało się, że to rak. Miałem raka, który pod pewnym względem jest prostszą chorobą.

- Biorąc pod uwagę Twoje zaangażowanie w politykę oraz równoległość wątku politycznego i osobistego w "Aprile", można odnieść wrażenie, że udział w historii był dla Ciebie równie ważny co narodziny syna?

- Nie (śmiech), nie można porównywać tak ważnego wydarzenia osobistego, jakim są narodziny syna, z jakimś wydarzeniem politycznym, nawet takim jak zwycięstwo centrolewicy. Zapewniam Cię, że te dwa wydarzenia nie mają dla mnie tej samej rangi, nie niosą ze sobą tej samej intensywności uczuć.

Rocznik 1953

Życie jako materiał dla sztuki - co to za program?! Niedzisiejszy, upozowany. W kulturze włoskiej skojarzony nierozerwalnie z "arcywłoskim" Gabrielem D'Annunzio (1863 - 1938), patetycznym w każdym wersie i geście, inspirującym dla późniejszych stylistów tej miary, co Luchino Visconti.
W całkiem już naszych latach 70. pojawił się artysta, który program życia związanego ze sztuką zaczął wypełniać bez emfazy, prawie mimochodem. Tropem Pier Paolo Pasoliniego i Marca Bellocchia, lecz bez ich demaskatorskiej pasji i przejaskrawień. Jak gdyby filmowa rejestracja własnych przypadków była dla niego aktem całkiem naturalnym i świeżym.
Jak gdyby osobisty bunt, prywatne rozczarowanie pokoleniowymi ideałami, narodziny dziecka czy własna walka z nowotworem były akurat tym tematem, na który czeka publiczność. W naszym czasie - w którym równie trudno o porozumienie, co o rozumienie - sztuka nie jest wdzięczną realizatorką tematu, lecz bywa skutecznym narzędziem poznania. Twórca mówi nie po to, żeby coś wyrazić, lecz po to, żeby się czegoś dowiedzieć. Moretti opowiada o swoim życiu, ponieważ własne doświadczenie jest jego jedynym językiem. Znakiem rozpoznawczym, który ułatwia to spotkanie, jest ironiczny dystans, w lot przyswajany zwłaszcza przez świadków tej samej historii - konformizacji buntu roku '68 i zrodzonych z niej ruchów protestu. Moretii nie jest ich głosem sumienia - jest ich alter ego, który ze świata skompromitowanych idei ocala podstawowe instynkty, emocje i przeżycia. Uniwersalna prywatność - to ona stanowi o klasie Morettiego, twórcy kina artystycznego dla wszystkich.

JM
A, B, C demokracji


- To o polityce będę z Tobą rozmawiał z ulgą. Od kiedy jesteś tak bardzo zaangażowany?

- Od ponad roku.

- Jesteś współtwórcą ruchu, który nazywa się "girotondi". Co to za ruch?

- To ruch, który zrodził się poza partiami politycznymi i który zwalcza politykę barbarzyńskiej prawicy Berlusconiego, ale równocześnie jest niezależny od partii lewicowych. A więc kiedy mamy coś do zarzucenia lewicy, to krytykujemy ją bez oporów. Ruch "girotondi" chce bronić pewnych podstawowych zasad demokracji, jak wolność, pluralizm informacji, prawo równe dla wszystkich, szkoła publiczna, wydolny system opieki zdrowotnej.

- Wymieniłeś jednym tchem wiele rzeczy. W każdym państwie we wszystkich tych dziedzinach występują niedostatki. O co więc chodzi naprawdę?

- O to, co powiedziałem. Przede wszystkim rząd wydał ustawy do prywatnego użytku i na korzyść premiera Berlusconiego, np. prawa dotyczące wymiaru sprawiedliwości. Poza tym doprowadził do ewidentnego konfliktu interesów - to ogromny problem, w żadnej innej demokracji premier nie ma trzech stacji telewizyjnych, gazet, rozgłośni radiowych i wielu innych przedsiębiorstw.

- Ale ludzie na niego głosują...

- Bo wyraźnie udaje mu się przemówić do połowy Włochów. Ale tylko podczas kampanii wyborczej, bo potem, kiedy zaczyna rządzić, okazuje się, że obietnice były robieniem w konia.

- Czy ta prawica stwarza realne zagrożenie dla norm życia społecznego? Przyznam, że bojówkarze, którzy podczas programu publicystycznego transmitowanego na żywo z Werony weszli do studia telewizyjnego i pobili lidera mniejszości muzułmańskiej, zrobili na mnie straszne wrażenie. Niektórym mogły przypomnieć się lata 30.

- Tym, co na mnie zrobiło w tym epizodzie największe wrażenie, było zachowanie ekipy telewizyjnej. Nikt nie zareagował - kilkunastu pałkarzy weszło do studia, pobiło człowieka i wyszło bez przeszkód. Niektórzy z nich nawet nie zasłaniali sobie twarzy... Choć są to na szczęście zjawiska marginalne, to fakt, że musieliśmy zorganizować manifestację pod hasłem "Prawo równe dla wszystkich", już powinien dać do zrozumienia, że we Włoszech zaczynamy na nowo elementarz demokracji. Dosłownie - jesteśmy przy literach a, b i c. Ponieważ takie postulaty, jak przeciwdziałanie monopolowi informacji i prawo równe dla wszystkich nie powinny w ogóle być podnoszone w przyzwoitym społeczeństwie. To powinno być dziedzictwo dane raz na zawsze. W odróżnieniu od innych demokracji europejskich nie istnieje już u nas wspólne dziedzictwo wartości dla sił postępowych i konserwatystów. Od 1994 roku, czyli od kiedy Berlusconi zaangażował się w politykę, elektorat włoski przełamał się na dwoje i już się ze sobą nie porozumiewa. We Francji, w Anglii, w innych krajach istnieje dziedzictwo wartości demokratycznych, które uznaje zarówno centroprawica, jak centrolewica. We Włoszech nie. Dla centrolewicy konstytucja jest wciąż cenną kopalnią, z której można czerpać bogactwa dla demokracji. Dla centroprawicy niektóre części konstytucji mogłyby zostać zmienione.

- Tym, co należy jednak oddać włoskiej prawicy, jest jedność. W lewicy panuje wręcz wzajemna nienawiść. Spotkałem niedawno guru lewicy włoskiej, Goffredo Fofiego...

- On w ogóle nienawidzi wszystkich.

- Ale nie tylko on. Na przykład partie zrodzone z Włoskiej Partii Komunistycznej nie mogą na siebie patrzeć...

- To już należy do DNA lewicy - geny samozniszczenia, autodestrukcji. Spójrzmy na Francję, gdzie zgłoszono wiele list lewicowych w wyborach prezydenckich. Dlatego Jospin nie przeszedł do drugiej tury - bo lewica była podzielona na socjalistów, komunistów, trockistów i kogo tam jeszcze. Na lewicy jest zarodek autodestrukcji.

- A czy w ogóle ma sens podział na lewicę i prawicę?

- W tej chwili we Włoszech to nie jest kwestia opozycji prawica - lewica, ponieważ prawica jest tak bezczelna, arogancka i nieudolna, że nie stanowi dla nas żadnej przeciwwagi. Weźmy na przykład Bossiego, czyli współrządzącą Ligę Północną. W wyborach w 2001 roku uzyskali 3,9 %, a w tym rządzie niektóre sprawy zależą całkowicie od niego. Lewica powinna być nośnikiem innego modelu społeczeństwa, lecz również innych relacji międzyludzkich.

- Innych niż jakie?

- Niż te, które propagują Forza Italia i Liga Północna. Które cechuje egoizm społeczny, brak poczucia dobra wspólnego, brak szacunku dla instytucji publicznych, brak zmysłu obywatelskiego.

Klucz polityczny

- Do wyborców włoskich nie trafia argument monopolu informacji? Wydaje im się w porządku, że Berlusconi, który ma trzy największe telewizje prywatne, jako premier kontroluje również trzy kanały publiczne?

- Wielu z tych, którzy głosują na Berlusconiego, uważa, że nie jest to żaden problem. Ze swoimi telewizjami prywatnymi może robić co mu się podoba, bo należą do niego - choć należy zwrócić uwagę na zjawisko socjologiczne, które zaistniało za sprawą tych stacji. W ostatnich latach w elektoracie Berlusconiego nastąpiło bardzo dziwne zjawisko identyfikacji z jego telewizją - i to u osób, które mają całkiem inne życie, inną historię, inną sytuację socjalną i finansową niż on sam i lansowani przez niego idole. Mimo to, kiedy Berlusconi mówi, że jest prześladowany przez czerwonych sędziów, ludzie w to wierzą. Kiedy Berlusconi mówi, że jego telewizja jest wolna i niezależna, a niektóre jego stacje są wręcz lewicowe, wierzą w to również. Utożsamiają się z jego przesłaniami. Wiele osób, które na niego głosuje, nie uważa, że monopol mediów to jakiś problem.

- W Polsce dość powszechnie uważa się, że włoska telewizja państwowa należy do najgorszych.

- I słusznie. Przede wszystkim nie ma różnicy pomiędzy telewizją komercyjną a publiczną. Wczoraj widziałem w telewizji program nadawany o północy, a więc bez obsesji oglądalności. Był to program typu talk show, a wydawał się programem o jakimś błękitnym księciu, wyglądał jak czkawka drobnomieszczańskich Włoch lat 50. i 60. Pozbawiony energii, która charakteryzowała początki telewizji, dzielił z tamtymi programami konformizm, dorzucając do niego całkiem dzisiejszą wulgarność, dzisiejszy cynizm. I to było w RAI, we włoskiej telewizji publicznej. Taki stan rzeczy wynika z mieszanki partactwa i prywatnego gustu tych, którzy robią RAI. Z jednej strony są to po prostu osoby nieudolne, z drugiej - ci partacze identyfikują się z gównem, którym nas raczą.

- A skąd w telewizji się biorą partacze?

- Z klucza politycznego. Trzeba przyznać, że nie tylko prawica, lecz również centrolewica wstawia swoich ludzi gdzie tylko można. Może ludzie lewicy są trochę bardziej kompetentni, ale podział łupów jako zasada obowiązuje po jednej i drugiej stronie. Z powodów politycznych są więc tam ludzie, którzy nie dość, że nie znają się na telewizji, to jeszcze pokazują swój własny gust. To ich własne życie, ich własna kultura przegląda się w tych ohydnych programach. W każdym razie, siłą rzeczy, jeśli źle działają stacje publiczne, to faworyzują tym samym jedynego konkurenta, czyli prywatne telewizje premiera. Bardziej wyrazistego konfliktu interesów być chyba nie może - siły rządowe wsadzają do RAI własnych ludzi, ci ludzie chcąc czy nie chcąc sprawiają, że spada oglądalność i jakość RAI, z czego korzyści czerpie wyłącznie premier rządu. Nieźle, nie?

- Czy jest to działanie rozmyślne?

- Nie sądzę, ale to mnie nie obchodzi. Ja obywatel, ja widz, nie mogę być stawiany w sytuacji, kiedy myślę: ach, popatrz, spada oglądalność RAI, więc premier będzie się cieszył. To sytuacja, której być nie może.

- A czy ty współpracujesz z telewizją Berlusconiego?

- Nie. W przeciwieństwie do wielu moich kolegów, którzy nie mają takich skrupułów.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny