adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Włochy

Włochy
„TP” nr 26/2003


  Tygodnik Powszechny

  Felietony

  Tematy miesiąca

STAŁE DODATKI

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Siódmego dnia Bóg grał w piłkę

Jacek Celiński

„Unia dla Ciebie”
Wersja do druku
Napisz komentarz

Gdy w połowie lat osiemdziesiątych mój przyjaciel trafił do Neapolu - owładniętego bezgranicznym uwielbieniem dla genialnego argentyńskiego piłkarza Diego Maradony - uderzył go podział społeczeństwa tego miasta. Otóż neapolitańczycy dzielili się wówczas na trzy grupy: tych, którzy zdjęcie Argentyńczyka wieszali po prawej stronie wizerunku św. Januarego, tych, którzy umieszczali je po lewicy patrona miasta oraz najliczniejszą grupę wynoszącą podobizny Maradony ponad wizerunek męczennika z 305 roku...

Włoska piłka klubowa przeżywa właśnie najpiękniejsze chwile od lat. W finale najważniejszych europejskich rozgrywek - Ligi Mistrzów - zmierzyły się AC Milan z Juventusem Turyn. Ten pierwszy zespół pokonał w półfinale bezpośredniego rywala ze stolicy Lombardii - Inter Mediolan. Wszystko to zaledwie rok po tym, jak ani jeden klub Serie A nie doszedł nawet do ćwierćfinału LM! Dla rozpieszczonych sukcesami z początku lat dziewięćdziesiątych fanów calcio, pół dekady bez włoskich klubów w finałach europejskich pucharów ciągnęło się równie długo jak nasze oczekiwania na awans reprezentacji do finałów Mistrzostw Świata po 1986 r. Przerwa ta była tym bardziej bolesna, że pozbawiona jakiegokolwiek racjonalnego wytłumaczenia. Słabszej postawy w ostatnich sezonach nie można wytłumaczyć ani exodusem najlepszych zawodników (bo takiego nie było), ani załamaniem myśli szkoleniowej (nadal pracują tu najlepsi taktycy z Lippim, Capello i Cuperem na czele), ani nawet problemami finansowymi klubów (bo te tak naprawdę pojawiły się dopiero przed sezonem 2002/03). "Chudsze" lata włoskiej piłki - zarówno tej w wydaniu klubowym, jak i słabsze występy reprezentacji na Mistrzostwach Świata w Korei i Japonii - nie spowodowały zmniejszenia zainteresowania tymi rozgrywkami.
Kibice nie odwrócili się od swoich idoli, trybuny nie opustoszały. Gdzie zatem tkwi siła włoskiej piłki?

Najoczywistsza odpowiedź zakładałaby, że nie pozwala na to atrakcyjność widowiska, jakim jest każdy ligowy mecz rozgrywany - powiedzmy - pomiędzy Turynem a Reggio di Calabria. Niestety, każdy, kto oglądał choćby włoski finał Ligi Mistrzów, doskonale wie, że powyższego twierdzenia nie da się obronić. Pojedynki klubów Serie A już przed czterdziestu laty wyzbyte zostały z piękna na rzecz efektywności. Wówczas to szkoleniowcy mediolańskich drużyn - Helenio Herrera (Inter) i Nero Rocca (Milan) - działając równolegle, ale bynajmniej nie w porozumieniu, rozpoczęli przeorientowanie stylu gry swoich drużyn ze skrajnie ofensywnego na skrajnie defensywny. Imperatyw: "strzelcie jedną bramkę więcej niż przeciwnik" zastąpiono "przede wszystkim nie straćcie gola". Osławione catenaccio (dosłownie: rygiel) jeśli nawet nie znajduje już ślepych wyznawców, wciąż odciska swoje piętno na grze tamtejszych drużyn. Żelazna dyscyplina taktyczna sprawiła, że Włosi wygrali już niejedną konfrontację, w której nic za nimi nie przemawiało. Równocześnie jednak zraziła ona wielu postronnych (czytaj: nie włoskich) kibiców. Jeśli więc nie piękno gry, to co sprawia, że Włosi wciąż zakochani są w swojej lidze? Czy nie przeszkadza im zachowawczy futbol prezentowany przez większość tamtejszych drużyn, dewaluacja znaczenia przywiązania zawodników do klubu, zdominowanie rozgrywek przez grupę kilku największych klubów z północy kraju (warto zauważyć, że w zakończonym właśnie sezonie grał tylko jeden klub usytuowany na południe od Rzymu - Reggina) oraz liczne afery, jak chociażby ubiegłoroczne: związane z dopingiem oraz ze sfałszowanymi paszportami?

Otóż nie przeszkadza! Kolejne kryzysy, nawet tak poważne jak słynna afera tottonero z początku lat osiemdziesiątych (gdy wyszło na jaw, że bez mała pół ligi "ustawiało" wyniki spotkań, by zarabiać na zakładach bukmacherskich), nie są w stanie osłabić pozycji włoskiej piłki. Dzieje się tak, gdyż jest ona integralnym elementem tamtejszego życia publicznego. Jeden z badaczy współczesnej historii Włoch - Paul Ginsbourg z uniwersytetu we Florencji - postawił wręcz tezę, że piłka nożna stała się jednym z ważniejszych czynników konstytuujących włoskie poczucie patriotyzmu. Trzeba przyznać, że chwilami opacznie rozumianego: po ostatnich finałach Mistrzostw Świata prezes Perugii wyrzucił ze swojego zespołu Koreańczyka Ahn Jung Hwana tylko dlatego, że ten ośmielił się strzelić bramkę eliminującą squadra azzurra z dalszych gier!

Depesza KAI z 10 marca 1997 roku

Kardynał Giordano:

Piłka nożna nie może stać się religią.
Arcybiskup Neapolu, kardynał Michele Giordano, przestrzegł kibiców i sportowców przed traktowaniem piłka nożnej jako religii. Kardynał Giordano wezwał też kibiców piłki nożnej, aby wraz z Kościołem podjęli walkę z wielkimi gospodarczymi lobbies o przywrócenie niedzieli jej charakteru Dnia Pańskiego. Zdaniem kard. Giordano istnieje tendencja do traktowania piłki nożnej jako opium dla ludu, aby zapomnieć o innych rzeczywistych problemach życia społecznego. W pierwszej reakcji przewodniczący włoskiej federacji piłkarskiej Luciano Nizzola oświadczył, iż piłka nożna nie jest żadnym opium dla ludu, ale po prostu sportem, nadto najbardziej ulubionym sportem we Włoszech. Jego zdaniem, piłka nożna nie przesłania problemów społecznych. Powiedział jednak, że można dyskutować nad sprawą przeniesienia meczów na inne dni tygodnia.
O piłce rozmawia się nie tylko na stadionach, ale także na ulicach, w sklepach, w kręgu przyjaciół, jak i wśród rodziny. Najświeższe boiskowe wydarzenia komentują zarówno mężczyźni, jak i kobiety (które na trybunach stadionów wcale nie są w mniejszości). W efekcie na piłkarzy i trenerów wywierana jest ogromna presja. Najdotkliwiej przekonał się o tym w 2000 roku Dino Zoff. Trenowana przez niego drużyna narodowa, choć nie była wymieniana wśród faworytów rozgrywanych wówczas Mistrzostw Europy, zdołała dojść aż do finału. Co więcej, w decydującym meczu prowadziła do ostatniej minuty! Francuzi zdołali jednak wyrównać, a w dogrywce przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Wówczas bezpardonowy atak na Zoffa przypuścił premier Włoch - Silvio Berlusconi. Premier nie tylko zakwestionował sensowność zmian dokonanych w czasie meczu przez selekcjonera. Berlusconi zdumiał słuchających go dziennikarzy wypowiedzią podważającą trenerskie kwalifikacje Zoffa! Ten tuż po powrocie do kraju oświadczył, że nie ma zamiaru wysłuchiwać obraźliwych uwag z ust dyletanta i podał się do dymisji. Czy wyobrażają sobie Państwo podobną sytuację w polskich realiach? Albo gdziekolwiek w Europie? Czy można znaleźć lepszy dowód na opisanie rangi futbolu we włoskim życiu publicznym?

Publiczna stacja Rai Duo w niedzielne popołudnie emituje dwugodzinny program poświęcony w całości rozgrywkom ligowym. Przed telewizorami miliony widzów, w studiu dziesiątki gości, a gwóźdź programu stanowią połączenia "na żywo" z dziennikarzami będącymi na wszystkich stadionach. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie jeden szczegół - Rai Duo nie ma praw do pokazywania "na żywo" nawet wybranych fragmentów meczów. W związku z tym wraz z milionami Włochów niedzielne popołudnia spędzam na oglądaniu twarzy rozentuzjazmowanych komentatorów opowiadających o tym, co widzą na boisku - a czego my oczywiście zobaczyć nie możemy! A potem przychodzi poniedziałek, kiedy to sportowe dzienniki podwajają swój nakład. Przykładowo "Gazetta dello Sport" wychodzi w poniedziałek w 800 tys. egzemplarzy, a w pozostałe dni drukuje 500 tys.

Przy całym szaleństwie wytworzonym wokół piłki nożnej, Włosi z reguły dalecy są od fanatyzmu, jakim charakteryzują się kibice chociażby w Grecji czy w Turcji. Chociaż w ubiegłych latach dochodziło do aktów agresji pomiędzy wrogimi sobie grupami kibiców, to jednak nie udało im się zastraszyć i zdominować spokojnej większości. Podczas derbowych pojedynków kibice jadą na stadion tymi samymi autobusami, po spotkaniach siedzą obok siebie w kawiarniach. Jedynie na stadionie z reguły zajmują oddzielne sektory. O ich zachowaniu najlepiej świadczy chyba fakt, że wśród służb porządkowych zawsze jest dużo kobiet (rzecz nie do pomyślenia dla bywalców polskich stadionów).

Wokół włoskiego futbolu krążą wielkie pieniądze. Dość powiedzieć, że rzymskie kluby AS Roma i Lazio, a także Juventus Turyn notowane są na giełdzie. W tym ostatnim od lat pakiet większościowy ma rodzina Agnellich, właścicieli Fiata. Z kolei AC Milan - przeciwnik Juventusu w finale Ligi Mistrzów - należy do magnata telewizyjnego (a zarazem szefa rządu) Berlusconiego. W tym zaangażowaniu w piłkę nożną nie ma żadnego przypadku: jest to logiczna konsekwencja zapotrzebowania rynku. W efekcie we Włoszech mamy do czynienia z komercjalizacją piłki posuniętą do rozmiarów znanych chyba wyłącznie na wyspach brytyjskich. Przykładem może być stołeczna sieć sklepów sprzedających oficjalne gadżety AS Romy. Można w nich kupić dosłownie wszystko: nawet wyprawki dla noworodków w klubowych barwach (wiem, gdyż moja córka taką dostała).

Wyjątkiem od tej reguły nie jest nawet polityka transferowa klubów. W znacznej mierze prowadzona jest ona z myślą o korzyściach marketingowych. Potwierdza tę tezę chociażby kariera, jaką robi we Włoszech Japończyk Hidetoshi Nakata. Jego zarobki, sięgające niemal 10 milionów dolarów rocznie (plasuje go to na szóstym miejscu wśród wszystkich piłkarzy na świecie wg "France Football"), nie są prostym odzwierciedleniem jego umiejętności, lecz zapotrzebowania rynku na piłkarską gwiazdę rodem z Japonii. Najpierw Perugia, potem Roma, obecnie zaś Parma zarabiają krocie na japońskich turystach pragnących zobaczyć swojego rodaka w pojedynkach z najlepszymi piłkarzami świata. Ostatnio zaś zaczęto mówić o transferze syna pułkownika Muammara Kadafiego do Perugii.

Pisząc kilka tygodni temu w "Tygodniku Powszechnym" o piłce w Hiszpanii, Tomasz Wołek - aby oddać stopień fascynacji Hiszpanów piłką nożną - użył sformułowania "świecka religia". We włoskim wydaniu jest to "wyznanie" charakteryzujące się wysublimowanym obrządkiem (catenaccio!), niewielkim stopniem zacietrzewienia i fanatyzmu, niemal perfekcyjną organizacją i dużą dozą autoironii.

JACEK CELIŃSKI - ur. w 1978 roku, jest absolwentem socjologii na Uniwersytecie Warszawskim, pracuje w firmie Media Direction.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny