"Tygodnik Powszechny", Nr 26 (2816), 29 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/unia/wlochy/wlochy02.php

Włoski Kościół szuka drogi
Adam Boniecki

Wygłaszanie twierdzeń o religijności jakiegoś kraju może być dowodem arogancji, bo religijne są nie narody czy kraje - religijni są konkretni ludzie. Jak ma się liczenie "dominicantes" (chodzących do kościoła w niedzielę) i "comunicantes" - (przystępujacych do komunii) do liczby uczestników lednickich nabożeństw, letnich turnusów w Taizé, Światowych Dni Młodzieży czy pielgrzymek?

Coś jednak wiadomo. Według danych ogłoszonych przez European Values Study (www.europenvalues.nl), pod względem liczby mieszkańców przyznających się do jakiegoś wyznania religijnego Włochy zajmują w Europie 13. miejsce: wierzący stanowią tu 82,2 proc obywateli (w Rumunii - 97, 6; Grecji - 96 proc.; Polsce - 95,7; Irlandii - 90,7 proc; Danii - 90 proc. Wielkiej Brytanii - 83,4). Ostatnie miejsce w tej kategorii zajmują Czechy - 33,6 i Estonia - 24,9. Natomiast jeśli chodzi o udział w praktykach religijnych Włosi zajmują miejsce czwarte - 53,7 proc., po Polsce (78,3 proc.), Irlandii i Irlandii Północnej (67,5 i 63,3 proc.).

Ale to za mało, by wiedzieć, jaka jest religijność Włochów i kondycja włoskiego Kościoła. Postanowiłem więc zapytać samych Włochów: Jaki jest wasz Kościół? Dokąd zmierza? Czy procesy sekularyzacji są podobne do tych, które można obserwować w innych krajach Europy? Jaka jest włoska religijność? Moimi rozmówcami byli: biskup pomocniczy Mediolanu, mediolański ksiądz (kiedyś wyróżniający się duszpasterz, obecnie pracujący w Watykanie), związany z Opus Dei dziennikarz-historyk, ojciec rodziny, dwaj polscy księża filipini, jeden proboszcz z parafii w centrum Rzymu i drugi z parafii na Garbatelli (to peryferie stolicy), oraz wytrawny włoski dziennikarz, watykanista, od wielu lat zajmujący się sprawami włoskiego Kościoła.

Laicyzacja

Wystarczy pobyć we Włoszech kilka tygodni, by zdać sobie sprawę ze zróżnicowania tamtejszej religijności. Rzym jest inny niż Mediolan, północ inna niż południe. Podział Episkopatu na Regionalne Konferencje zdaje się to potwierdzać. Z drugiej jednak strony intensywne przemieszczanie się ludzi z biedniejszego południa na północ, centralizacja duszpasterskiej strategii przez CEI (Konferencję Episkopatu Włoch) oraz wszechobecna telewizja przyspieszają proces ujednolicenia.

Pytam o laicyzację.Oto opinia biskupa: "Fenomen laicyzacji czy materializmu pojawił się w latach 70., gdy Włochy stały się krajem gospodarczego dobrobytu, który w sposób nieunikniony rodzi zjawisko egoizmu, przywiązania do własnych dóbr, tendencję do zamykania się na innych. Także w wierze. Gdy ktoś ma wszystko, czego w tym życiu potrzebuje, z trudem otwiera się na transcendencję".

Zdaniem księdza: "Do końca wojny dominowała tu społeczność rolnicza, wiejska. Kościół był obecny w sposób kapilarny, tradycjonalny. Po zakończeniu wojny przyszedł dobrobyt, początki rozwoju gospodarczego. W latach 60. ludzie przestali głodować. Zaczęli kupować samochody, które wcześniej były luksusem. Jednocześnie panowało usypiające przekonanie, że pozycja Kościoła jest tak silna, że nie należy obawiać się wpływów lewicy. Docierały one jednak do szkół, wpajały przekonanie, że dawne pokolenia nic nie rozumieją, że stary porządek nie pasuje do nowej rzeczywistości. Kościół tymczasem koncentrował się na budowaniu nowych świątyń. Były one potrzebne, wszak miasta się rozbudowały. Budowano, budowano, ale modlitwa, życie religijne i formacja na tym cierpiały". Mój przyjaciel-historyk z Opus Dei początków końca katolickiej Italii dopatruje się znacznie wcześniej. Ostatni raz Włosi walczyli o wartości chrześcijańskie w czasach inwazji Napoleona. "Całe Włochy się zbuntowały przeciw tej inwazji. Było to heroiczne przywiązanie do wiary, do zwyczajów, do hierarchii - także hierarchii kościelnej - do papiestwa. Nie była to rewolta przeciwko obcym. Obcy zawsze przybywali do Włoch i byli tu mile widziani. Ale nie wtedy, kiedy obcy chciał zniszczyć tradycję i zamiast włączyć się w nasze życie, zamierzał uczynić z Włoch prowincję Francji. Opór, czasem ukryty, trwał aż do upadku Napoleona. Potem - w 1848 - nastąpiło tzw. Risorgimento Italiano. To była inwazja sił intelektualnych, wewnątrz Włoch. Wydawało się to patriotyczne, ale było też antykatolickie. Wrogiem był Kościół, który sprzeciwiał się interesom mieszczańskim i masońskim. Papież Grzegorz XVI powiedział im "non possumus" - nie będziemy współpracować. Potem nastąpił kompromis. Dla uniknięcia większego zła i jeszcze większych szkód, Pius X zaakceptował udział katolików w życiu politycznym. I od tej pory Kościół - na płaszczyźnie prawnej - istnieje jako państwo, zawierające konkordat itd., ale w gruncie rzeczy polityka Kościoła jest obliczona na przeżycie. Jeszcze w czasie II wojny światowej włoscy katolicy mieli w swej zbiorowej biografii wspaniałą kartę. Ale po wojnie... Demokracja Chrześcijańska - to był po prostu sposób zapobieżenia komunizmowi. Chadecja była zdolna ożywić katolicyzm społeczny, ale jako "partia przeżycia" szybko zaczęła się zajmować swoimi interesami i niewiele było trzeba, by się zawaliła jak olbrzym na glinianych nogach. To nie był okres promocji wiary. Jej miejsce zajął postulat pokoju społecznego.

Kościół bez Demokracji Chrześcijanskiej

Kościół włoski bardzo się zmienił od kiedy przestała istnieć Demokracja Chrześcijańska (1994 r.). Choć Sobór Watykański II w konstytucji "Gaudium et Spes" podkreślał autonomiczność polityki, za którą odpowiedzialni są sami świeccy, nie zaś biskupi, to we Włoszech za rządów Demokracji Chrześcijańskiej wyglądało to zgoła inaczej. Mówiło się wtedy żartobliwie, że chadecja jest "ramieniem zbrojnym" Kościoła. Co gorsza, po trochu wiara zaczynała być identyfikowana z Demokracją Chrześcijańską. Dla katolików stawało się problemem sumienia, czy rzeczywiście bycie chrześcijaninem implikuje głosowanie na Demokrację Chrześcijańską.

Zmiana nastąpiła po zniknięciu chadecji z politycznej sceny, bynajmniej nie z woli Kościoła. Zabrakło mediatora, który przez 40 lat reprezentował interesy Kościoła. Inną kwestią pozostaje fakt, że chadecja - jako partia polityczna, posiadająca własne, ściśle polityczne interesy - nigdy w pełni nie reprezentowała "etycznych interesów" Kościoła. W tym względzie do dzisiejszego dnia za największą kompromitację tej partii uważa się w kręgach kościelnych przeprowadzenie ustaw o rozwodach i przerywaniu ciąży. Okazało się, że w nowej sytuacji, Kościół, który wziął na siebie odpowiedzialność za stosunki z władzą i pertraktacje z nią ( niezależnie od orientacji danego rządu), musi "spuścić z tonu" i zaakceptować kompromisy. W środowiskach katolickich we Włoszech dość powszechne jest przekonanie, że hierarchia mogłaby bardziej stanowczo zabierać głos w sytuacjach, gdy decyzje dotyczące życia publicznego są sprzeczne z wartościami chrześcijańskimi. Znamienne jest, że np. w sprawie wojny irackiej episkopat włoski ograniczył swoją reakcję do wyrażenia solidarności z głosem Papieża.

Jest faktem, że angażowanie się Kościoła w sprawy polityczne spotyka się we Włoszech ze złym odbiorem. Mój rozmówca, ksiądz biskup, widzi to następująco: "jeśli duszpasterz, czy biskup wiąże się z jedną partią, wtedy ci, którzy są po drugiej stronie, czują się natychmiast poza wspólnotą Kościoła. Kiedy biskup wypowie się przeciwko partii, jej zwolennicy czują się poza wspólnotą Kościoła. Trzeba być dla wszystkich i umieć rozdzielić opcję polityczną od jedności wiary".

Zdaniem księży filipinów religia "na pewno nie jest siłą polityczną, choć wielu katolików, jak np. Prodi czy Rutelli, bierze udział w życiu politycznym. Dominuje tendencja rozdzielania działalności Kościoła od polityki. Biskupi boją się zajmować wyraźne stanowisko. Pionierem w tej dziedzinie okazał się dopiero obecny Biskup Rzymu - Jan Paweł II.

Nie jesteśmy mniejszością

Profesor teologii pastoralnej na północy Włoch Don Luca Bressan uważa, że Kościół włoski ogarnęło przerażenie, że może się okazać mniejszością. Większość populacji i tak stanowią dziś ludzie religijnie obojętni (65 proc.), reszta Włochów reprezentuje religijność powierzchowną, ograniczając swój kontakt z Kościołem do poszukiwania punktu odniesienia np. w sferze moralnej. Stąd eksplozja aktywizmu, który ma być dowodem na obecność katolików w dziedzinach, w których brakuje aktywności państwa. Takie przedsięwzięcia, jak akcja Caritas są potrzebna, ale w kontekście głośnych pochwał Kościoła pod adresem organizacji charytatywnych, ruchów czy wolontariatu, rodzi się pytanie, co jest ważniejsze w Kościele:działalność wtręczająca państwo, czy człowiek, który wierzy? Nasuwa się podejrzenie, że ogromny nacisk kładziony na zaangażowanie społeczne wynika z lęku, by Kościół nie zaczął być postrzegany jako marginalna grupa mniejszościowa.

Wolontariat - mówi dziennikarz-historyk - należy do elementów budowania "chrześcijańskiego spokoju". Daje błogie poczucie, że pielęgnujemy nasze tradycje solidarności, miłosierdzia wobec ciała, wobec ducha. Ale nasz wpływ na społeczeństwo jest niemal żaden. Katolicy w życiu politycznym są w zasadzie nieobecni. Obecność w kulturze, to jakby koncesja udzielona przez świat laicki, który pozwala zaistnieć kulturze katolickiej jako jeden z głosów w chórze. Ojcowie Kościoła, teologowie średniowiecza, poeci i artyści, budując kiedyś świat chrześcijański, tolerowali istnienie kultury nie -chrześcijańskiej. Avicenna, Averroes i inni decydowali się na dialog, który wzbogacał kulturę chrześcijańską. Dziś role się odwróciły: kultura laicka toleruje kulturę chrześcijańską, nawet coś z niej czerpie. Jest jednak zasadnicza różnica - akceptacja trwa tak długo, jak długo katolik nie podniesie głosu.

Religijność ludowa

Sobór nie twierdził, że należy wyeliminować ludową religijność, mówił tylko o jej oczyszczeniu. Tymczasem dzisiaj widać, że religijność ludowa południa stała się wielkim rezerwuarem sił włoskiego katolicyzmu. Oczywiście, istniało we Włoszech nastawienie negatywne wobec niej. Jak opowiada mój rozmówca, dziennikarz: "W 1975 roku zbierałem na peryferiach Rzymu materiały do książki. W parafii, prowadzonej przez bardzo otwartych księży z Werony, dowiedziałem się, że zlikwidowali oni przyniesione przez emigrantów z południa ludowe zwyczaje: odwiedziny domów przez księdza w okresie wielkanocnym, procesje, różaniec, inne nabożeństwa. Duszpasterze uzasadniali zmiany decyzją Soboru, który chciał by wszystko było nakierowane ku Chrystusowi i przestrzegał przed przesadnym nabożeństwem do świętych. Księża ci jakoś nie brali pod uwagę, że ich parafianie - przybysze z Molise, Abuzzo itd. wciąż pozostają związani ze swoimi rodzinnymi korzeniami. Każdy powrót w rodzinne strony, np. na święta, był spotkaniem ze starą, bliską im pobożnością ludową. Kiedy po dziesięciu latach powtórzyłem badania, dowiedziałem się, że biedni księża musieli zaczynać wszystko od początku. Teraz duszpasterze znowu chodzą po domach, odbywają się procesje, nabożeństwa".

Na północy Włoch pozornie wszystko jest lepsze: proboszczowie dobrze przygotowani, parafie świetnie zorganizowane. Jednak na południu jest kreatywność, wola zmian, której zdaje się brakować na północy. Na południu Kościół podejmuje wysiłki, by wyjść z sytuacji katolicyzmu "klasy B", czego wyrazem był chocby fakt, że przez całe lata do pracy w południowych diecezjach przysyłano biskupów pochodzących z północy. Tylko na południu są dziś organizowane tak liczne konferencje, gdzie się mówi o prawdziwych problemach laikatu, o jego odpowiedzialności, o tym, że kobiety mają być uznane za pełnoprawnych członków Kościoła itd. Jeden z księży filipinów, pracującch w zaludnionej przez przybyszów z południa peryferyjnej parafii Garbatella tak opisał mi swoje wrażenia: "Kiedy zostaliśmy tam przeniesieni z centrum Rzymu, poczuliśmy się jak w raju, albo jak w Polsce. Ludzie, przeważnie starsi, bo parafia się starzeje, manifestują serdeczność, uczestniczą we Mszy św. podobnie jak nasi górale, gromko odpowiadają na wezwania, zapraszają na błogosławieństwo domów i przyjmują księdza z entuzjazmem. Jest duży procent ludzi poważnie wierzących. Organizujemy wystawienia, procesje rzadziej, bo nie ma takiej tradycji. W centrum Rzymu uczestnictwo we Mszy św. oblicza się średnio na 10 procent, a na Garbatelli mamy mniej więcej 20. Jest tam religijność ludowa, prosta, spontaniczna, ale i świadomy laikat. Mamy swoją radę parafialną. Ludzie uczęszczają na kursy teologiczne".

Z Sycylii wyjechały setki tysięcy ludzi. Emigrowali do Australii, Argentyny i Stanów Zjednoczonych, po wojnie zaś do Niemiec, Szwajcarii i Iranu. Albo Sardynia - obszar taki jak Lombardia, z 9 milionami mieszkańców - ma dziś zaledwie koło 2 milionów mieszkańców. Kościół na południu stracił mnóstwo wiernych. Tymczasem emigranci wchodzili w inne kultury. W Mediolanie - wspomina dawny duszpasterz - w okresie rządów kardynała Montiniego (późniejszego papieża Paweła VI) podjęto ciekawy eksperyment. Dla ogromnej masy imigrantów z południa arcybiskup powołał do życia "Misję Mediolańską", której celem było przyjmowanie przybyszów, troska o stałą integrację, stwarzania poczucia, że są w ojczyźnie, choć kultury południa i północy są inne.

Duszpasterskie poczynania Kościoła

Odnosi się wrażenie, że we Włoszech istnieją dwa Kościoły, z których każdy idzie swoją drogą, każdy działa na własny rachunek. Oba wzajemnie się ignorują. Jeden jest nostalgiczny, tęskniący za "christianitas" (światem chrześcijańskim) - jeśli nie typu konstantyńskiego, czy nawet czasów Demokracji Chrześcijańskiej, to przynajmniej za takim, w którym więcej jest aktywnego sprzeciwu Kościoła wobec świata i wobec zła. Drugi, to Kościół ubogi i ubogich, oparty - jak mówi Jan Paweł II w "Novo Millenio ineunte" - na modlitwie i na duchowości. Jego filozofią nie jest ucieczka od świata, ale nawiązanie na nowo łączności między światem a tajemnicą. Nie zostały dotąd we Włoszech wypełnione najważniejsze wskazania soborowej konstytucji "Lumen gentium": Kościół nie jest rozumiany jako lud Boży, w którym zaakcentowana jest odpowiedzialność świeckich i wezwanie do kolegialności. Wciąż jest to raczej Kościół hierarchiczny. Trzeci - bodajże najważniejszy punkt - to wciąż zbyt małe zrozumienie "Kościoła - tajemnicy". Będąc organizacją widzialną Kościół jest jednocześnie tajemnicą Chrystusa. Kościół we Włoszech jest bardzo zaangażowany w problemy polityczne, społeczne, mniej w duchowe. Dzieje się tak być może dlatego, że po Soborze nie było tu takich napięć ikontestacji, jak w innych krajach. To spowodowało uśpienie włoskiego Kościoła.

Moich rozmówców dopytuję o duszpasterstwa specjalne, np. odpowiednik naszego duszpasterstwa akademickiego. To tam w końcu powstają żywotne środowiska katolickie. Okazuje się, że istnieją jakieś małe grupy, np. sekretarz kardynała Ruiniego pracuje z grupą studentów.Inicjatywy ta jest stosunkowo świeża ipochodzi od papieża - Polaka, który w pierwszym roku pontyfikatu, w Wielkim Poście, zaprosił studentów na Msze św. do bazyliki watykańskiej. Niczego takiego wcześniej nie znano. Studentami zajmują się przede wszystkim ruchy, takie jak znane w Polsce Communione e Liberazione. Dużą rolę odegrał ustanowiony przez Papieża Światowy Dzień Młodzieży, jak w ogóle stosunek Jana PawLa II do młodych. Wcześniej biskupi, słysząc o jakiejś Mszy dla młodzieży z reguły byli przekonani, że nikt nie przyjdzie. Jest to przełom w stosunku do tego, co było 30 lat temu - kiedy uznano, że młode pokolenie jest całkowicie oderwane od Kościoła.

Dokumenty Episkopatu zarówno dotyczące młodzieży, jak i inne, zwykle doskonale opracowane, są zbyt teoretyczne. Nie mają one niestety żadnego przełożenia na poziom pracy parafialnej. Jest mnóstwo dokumentów, "okrągłych stołów" , konferencji, wykładów itd., ale bez żadnego przełożenia na codzienne życie. Kościół nie nauczył się jeszcze mówić o sobie, o Chrystusie, o nowości Ewangelii.

Problemem jest walka między ruchami religijnymi i parafialnymi. Ruchy angażują się w działalność misyjną, w pracę w środowiskach uniwersyteckich. Episkopat wciąż jeszcze, mimo podejmowanych usiłowań, nie jest w stanie koordynować tej działalności. Odnosi się wrażenie, ze wystarcza mu sam fakt uznanej obecności Kościoła na terenach zaniedbanych przez państwo. Komentarz pytanego przeze mnie o ten problem biskupa jest następujący: "Moja katecheza dla ruchów jest właśnie taka: musisz uformować swoje sumienie, swoją mentalność, by ze swoją wewnętrzną, bardzo ważną auto-formacją, siłą, duchowością przyjść do wspólnoty, która jest znacznie mniej uduchowiona, mniej wyrobiona, ale jest Kościołem. Sądzę, że teraz zaczyna się w ten właśnie sposób myśleć".

Seminaria

W diecezji, określanej jako "lokomotywa Kościoła włoskiego", w Mediolanie, załamanie w dziedzinie powołań jest dramatyczne. Kiedy kardynał Martini obejmował biskupstwo w 1979 r., istniało tam 5 seminariów z tysiącem seminarzystów. Kiedy odchodził w 2002 roku - zostały dwa i 200 seminarzystów. I nikt nie twierdzi, że Mediolan jest zdechrystianizowany. Ludzie chodzą do kościoła, modlą się, przyjmują sakramenty. Wydaje mi się - mówi mój watykański rozmówca - że dziś powołanie kapłańskie jako sposób odpowiedzi na wezwanie Boga nie odpowiada oczekiwaniu wszystkich. Ksiądz pracuje dla jakiejś małej grupy, po co więc zostawać księdzem, jeśli lepiej można spełniać misję jako np. profesor uniwersytecki. Wielu młodych księży odeszło od kapłaństwa, ponieważ nie było dla nich jasne, kim właściwie są. W formacji wciąż kładzie się nacisk na przygotowanie intelektualne, co na pewno jest ważne, ale przecież nie wystarczające.

Perspektywy

Włosi uznają, że niektóre słowa i gesty Biskupa Rzymu mają wymiar profetyczny i dodają, że tylko prorok rozumie proroka, a oni narodem proroków nie są. Jednak ogłoszony w 2000 roku przez Konfeerencję Episkopatu Włoch dokument zatytułowany: "Przekazywać Ewangelię w świecie, który się zmienia" - wzywający do "nawrócenia duszpasterstwa" - budzi nadzieje.

Mój rozmówca - dziennikarz watykanista mówi: "Czytając ten program na najbliższe dziesięciolecie trudno powiedzieć, czy istotnie jest on zapowiedzią Kościoła zdolnego głosić Ewangelię tak, żeby rzeczywiście był słuchany, który mówi o Bogu, o życiu wiecznym, a nie tylko o etyce i problemach społecznych, który jest misyjny, a nie zniewolony roztropnością i lękiem o zachowania stanu posiadania. Nie jestem pewien, czy ten program oznacza odejście od mentalności klerykalnej, realizm bez nostalgii za epoką, kiedy to całe społeczeństwo było chrześcijańskie. Czy oznacza pozbycie się lęku, że Kościół może się okazać mniejszością w społeczeństwie naznaczonym zjawiskiem niewiary (ale nie tyle ateizmu, co subiektywizmu, agnostycyzmu i relatywizmu moralnego). Czytając wskazania duszpasterskie Episkopatu Włoskiego na najbliższe dziesięciolecie księża zaangażowani w duszpasterstwo, a także ludzie świeccy byli zaskoczeni, znajdując tam problemy doskonale od dawna im znane. Można się dziwić, czemu najwyższe władze Kościoła potrzebują tyle czasu, by odcyfrować rzeczywistość i zachodzące zmiany. Mimo wszystko zasługuje na uznanie odwaga włoskich biskupów, że zechcieli odczytać złożoną włoską rzeczywistość bez złagodzeń i jednocześnie nie budowali granicy - jak bywało w przeszłości - między wierzącymi i niewierzącymi, jakby nie żyli w tym samym świecie i nie byli dotknięci tymi samymi wątpliwościami i pokusami. Jest to wielki i ambitny plan, który nadaje wymiar misyjny całemu codziennemu życiu Kościoła. Jeśli będzie trzeba Kościół rozpocznie od początku ewangelizację".

Konkluzje

W tym szkicu nie wspomniałem o wielu ważnych sprawach: św. Ojcu Pio, niezliczonych i obleganych sanktuariach, płaczących Madonnach na południu, wspaniale funkcjonujących oratoriach na północy... Nie napisałem o Akcji Katolickiej i wspólnocie San Egido. Może dlatego obraz włoskiej religijności nie wypadł tu zbyt optymistycznie. A może powód jest inny: niedawno Ośrodek "Censis" badał w 40. krajach stopień niezadowolenia obywateli z jakości ich życia. Najbardziej zadowolonym narodem okazali się Szwajcarzy, a jednymi z najmniej zadowolonych - Włosi. Pocieszam się, żę jeżeli moi rozmówcy byli typowymi Włochami, to może i swoją religijność widzą przez ciemne okulary.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl