"Tygodnik Powszechny", Nr 22 (2812), 1 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/unia/brytania/brytania11.php

Powrót beatlemanii: "Antologia" na DVD, McCartney na koncertach

Płonący pasztecik
Grzegorz Turnau

Człowiek na płonącym paszteciku* z pewnością zaglądnął 14 maja do wiedeńskiej Stadthalle i był z siebie dumny. Beatlesi, ubrązowieni legendą, zatomizowani w milionach życiorysów, których stali się częścią, mogli być tego wieczoru znów razem. Dwudziesty ósmy bodaj koncert na europejskiej trasie Paula McCartneya wywołał wszystkie dobre duchy.

Jeden z dwóch żyjących Beatlesów, 61-letni McCartney, jest w fenomenalnej formie. Seria 56 koncertów, jakie złożyły się w 2002 roku na amerykańską trasę o przewrotnym tytule "Back in the U.S.", zwieńczona została edycją multimedialną: dwupłytowy album zawiera 35 piosenek (z czego 19 to utwory z okresu beatlesowskiego), a DVD jest pełnym zapisem koncertu w Los Angeles, poszerzonym o materiały "zakulisowe". Można farbować włosy, ale nie głos. Ja, jedna z ofiar pogrobowej beatlemanii (jako rówieśnik "Sgt. Peppera" - 1967 - zająłem się twórczością liverpoolczyków dopiero w 10 lat po rozpadzie grupy), ze zdumieniem słuchałem tych nagrań po raz pierwszy. Nie przypuszczałem, podziwiając młodzieńczą siłę wokalną Sir Paula, że już miesiąc później Macca z zespołem zaatakują stary kontynent, a ja wystąpię w znanym sobie (z DVD) filmie w roli tego pana, którego oczy - zapatrzone w estradę - stanowią antologię najpiękniejszych chwil życia.

Enigmat ciemny jak grób

Paul McCartney, z legendarnej czwórki zdecydowanie najaktywniejszy i najbardziej spełniony w solowej karierze artysta, musiał zdawać sobie sprawę z rozbudzonych płytowym wydaniem (w 1997) beatlesowskiej "Antologii" sentymentów. Jego triumfalna trasa zbiega się chyba nieprzypadkowo z edycją "Antologii" w wersji DVD - trudno wyobrazić sobie lepszą wzajemną promocję. 11-godzinny, nienagannie brytyjski w połączeniu humoru z powściągliwością film, jest dla mojego pokolenia jak kojąca defragmentacja dla komputerowego dysku. W czasach licealnych dostęp do fachowej literatury był żaden, język znaliśmy słabo, a wszystko, czego zdołaliśmy się o naszych ulubieńcach dowiedzieć, wyglądało jak biuro rzeczy znalezionych po uderzeniu pioruna. Hamburg, Maharishi, Filipiny, Yoko Ono, Ed Sullivan Show, Abbey Road - postaci, miejsca i fakty bez precyzyjnego ułożenia w czasie. Dzięki "Antologii" historia "Beatlesów", ich zdumiewającej drogi od rock'n'rollowego kwartetu dansingowego do awangardowej grupy studyjnej, ich rozwoju - od wycieczek na drugi koniec Liverpoolu w poszukiwaniu kolesia, który znał gitarowy chwyt B7, do wielopiętrowych kompozycji w aranżacjach George'a Martina - zyskuje ramy, jednocześnie nie stygnąc. Pasztecik nadal płonie. "Antologia" porządkuje i prostuje, ale nie stara się wszystkiego wyjaśnić. "Byliśmy pretekstem do zbiorowego szału" - trafnie konkluduje George Harrison, nie znajdując jednak odpowiedzi na pytanie, skąd ów szał brał się naprawdę. Czterech utalentowanych, ambitnych i obdarzonych wyjątkowym poczuciem humoru chłopców musiało w pewnym momencie skapitulować wobec obłąkanych rzesz, całkowicie zagłuszających muzyczną produkcję, i poniechać koncertowania. Ten akt samozachowawczy dał (szczęśliwie) początek ich rozwojowi w pracy studyjnej i otworzył drogę do powstania najlepszych albumów ("Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band", The White Album, "Abbey Road"), ale enigmat zbiorowego szaleństwa, jakie ogarnęło świat w związku z Beatlesami, pozostał ciemny jak grób.
Dzięki "Antologii" można prześledzić historię tego fenomenu i przekonać się po raz kolejny, jak łatwo sterowalny jest tłum: po niefortunnej wypowiedzi Johna Lennona o popularności, przewyższającej w kręgach młodzieży autorytet Jezusa, w Stanach Zjednoczonych masowo organizowano seanse nienawiści do Beatlesów, połączone z paleniem na stosach ich płyt. Brały w nich udział te same młode osoby, które wcześniej szlochały ze szczęścia, słuchając "Love Me Do". Jest w "Antologii" porażający wywiad z członkiem Ku-Klux-Klanu, który grozi rozruchami przed ponownym koncertem zespołu na Shea Stadium. Jest też kuriozalny epizod z Filipin, gdzie zmęczeni koncertami Beatlesi nie pojawili się na przyjęciu u Imeldy Marcos. Nie zdając sobie sprawy z rangi uroczystości, w osłupieniu obejrzeli w hotelowym telewizorze - jak opowiada Ringo Starr - "bezpośrednią transmisję z nieprzybycia na bankiet". Wściekłość "dworu" miała katastrofalne następstwa i po traumatycznej przeprawie na lotnisko, cudem unikając linczu, Beatlesi (pozbawieni honorariów za wykonany dzień wcześniej koncert) uciekli do domu. Ich decyzja o zaniechaniu koncertowania miała pewnie i ten aspekt: zaczęli obawiać się o swoje bezpieczeństwo wobec nieprzewidywalności ludzkiego żywiołu. Wiele lat później, wobec jednego z nich, te obawy znalazły tragiczne potwierdzenie. A przecież, jak mówi Paul McCartney w jednej z końcowych sekwencji "Antologii", w ich dziele zawsze triumfowała miłość, zwyciężał optymizm i pragnienie harmonii... Sam fakt, że Beatlesi przetrwali dekadę, miał mocny fundament w głębokiej przyjaźni. "Byliśmy sobie niewiarygodnie bliscy" - wspomina wyraźnie wzruszony Ringo, dając być może jedyną możliwą odpowiedź na pytanie, jak udało im się nie załamać i nie zwariować pod presją, jakiej nie był poddany żaden inny ansambl w historii świata.

Sir Paul i strażnicy ordnungu

Koncert McCartneya na DVD otwiera szuflady wspomnień i sentymentów, ale - w przeciwieństwie do płyt, które jak owady w bursztynie są na zawsze zaklęte w swoim czasie - dzięki energii, pracowitości i talentowi autora "Yesterday" ma temperaturę dzisiejszego dnia. Show wiedeński był jednym z trzydziestu czterech na europejskiej trasie artysty, co razem z tournée po USA daje imponującą liczbę dziewięćdziesięciu występów w największych halach widowiskowych. Byłem w przepięknej Stadthalle jednym z 15 tysięcy widzów i widziałem z bardzo bliskiej odległości lidera i jego fantastyczny, czteroosobowy zespół. Okazało się, że Paul McCartney istnieje naprawdę. Nie jest postacią literacką, bohaterem komiksu ani kosmitą. Jego sylwetka z uniesioną w geście zwycięstwa basową gitarą nie jest wypożyczona z Gabinetu Madame Tussaud. Gdyby nie nadgorliwość, a wręcz brutalność austriackich służb porządkowych na początku koncertu, opuścilibyśmy z rodziną i przyjaciółmi nasz dziewiąty rząd już przy pierwszej piosence ("Hello Goodbye"), by jak najbliżej dzielącej publiczność od sceny "fosy" skakać i klaskać w radosnym uniesieniu. Strażnicy ordnungu skapitulowali dopiero koło szóstego numeru. McCartney, zmieniając gitary i krążąc między fortepianem a elektrycznym keyboardem śpiewał, i to rewelacyjnie, przez równe dwie godziny, po czym dał się namówić na trzy bisy, w każdym wykonując po trzy (!) piosenki. Kiedy usłyszałem "...and / in the end / the love you take / is equal to the love you make...", wiedziałem, że żegna się na serio. Tak kończy się płyta. Tak skończyła się moja wiedeńska Magical Mystery Tour. Człowiek na płonącym paszteciku pomachał nam na dobranoc gdzieś znad Prateru i wrócił na noc do Liverpoolu. Właśnie tam, u źródeł, 1 czerwca, Paul McCartney zagra ostatni, dziewięćdziesiąty koncert.
Z internetu dowiedziałem się, że największy brytyjski portal nominował Sir Paula McCartneya na kandydata do prezydentury Zjednoczonej Europy. Jaka fantazyjna koncepcja: prezydent wychodzi na trybunę, dajmy na to w Brukseli, i zamiast ględzić, bierze gitarę. Już po chwili wszyscy (nasi przedstawiciele w Parlamencie Europejskim bardzo niemrawo) nucą: "But the fool on the hill / sees the sun going down / and the eyes in his head / see the world spinning 'round...". Jestem za.

* "Ukazał mi się człowiek na płonącym paszteciku (flaming pie) i powiedział: Będziecie Beatlesami. Przez "a"!" (John Lennon, na pytanie dziennikarzy o genezę nazwy zespołu).

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl