"Tygodnik Powszechny", Nr 22 (2812), 1 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/unia/brytania/brytania10.php

Peter Ackroyd: angielskie centrum kontratakuje

Czy Anglia istnieje
Jerzy Jarniewicz

Od pewnego czasu Wielka Brytania coraz chętniej odsłania nam swój mozaikowy świat. Co jeszcze kilkadziesiąt lat temu dało się opisać jednym językiem, dziś domaga się wielogłosowości. Kraj, który pojawiał się czasami w karykaturalnej formule dyżurnych haseł wywoławczych (Szekspir, Big Ben, Wimbledon i Beatlesi), stał się, mówiąc słowami (irlandzkiego) poety, Louisa MacNeice: "bardziej niż sądzimy / niepoprawnie mnogi".

Wyłoniły się bogate obszary świata nieanglojęzycznego, gdy o swoją odrębność upomniały się głośno i skutecznie Szkocja, Walia, Irlandia. To wiemy nie od dzisiaj, ale wynikiem przywołanego tu procesu decentralizacji, lub "dewolucji", bo tak się ten proces w piśmiennictwie anglojęzycznym określa, były także próby nowego spojrzenia na angielską tożsamość kulturową.
Angielskość, czyli dominująca, czy wręcz hegemonistyczna kultura Wysp, w wyniku pojawienia się tendencji odśrodkowych nie mogła - jako kontestowane centrum - po prostu zaniknąć. Przeciwnie, ruszyła do tej swoistej walki o samostanowienie równie ofensywnie, co kultura szkocka i walijska. Próba wykreowania narodu brytyjskiego nie powiodła się, a tym samym Anglia, dotychczas utożsamiana z brytyjskością, znalazła się paradoksalnie w trudniejszej sytuacji niż kultury celtyckie. Czy nie okaże się, że - po demontażu pojęcia brytyjskości, po spektakularnym wyłonieniu się dawnych kultur nieangielskich z ulegającego stopniowej erozji brytyjskiego melanżu - Anglia jest już tylko fikcją?

Dotykalny świat przeszłości

Wydaje się, że podobna obawa towarzyszyła znakomitemu angielskiemu prozaikowi, Peterowi Ackroydowi, kiedy przystępował do pisania swego najnowszego dzieła "Albion. Źródła angielskiej wyobraźni". To nietypowa dla powieściopisarza książka, wymagająca ogromnej erudycji, rozległych studiów historycznych i badań, ale jednocześnie nie pierwsze dzieło tego typu - Ackroyd wcześniej opublikował monumentalną historię Londynu, którą nazwał biografią miasta.
Podobnie jak "London", "Albion" nie jest niewinnym dziełem autora lubiącego poruszać się po ziemi niczyjej, między powieścią, esejem, biografią a traktatem historycznym. Należy go czytać jako polemiczną reakcję pisarza angielskiego na opisane powyżej procesy dewolucji, przywracające świadomości publicznej i oficjalnej historiografii kulturę narodów celtyckich.
W dyskusji nad tożsamością kulturową narodów zamieszkujących Wyspy Brytyjskie trudno uciec od stereotypów, zwłaszcza tych, które przeciwstawiają kulturę celtycką kulturze o rodowodzie germańskim (czyli anglosaskiej). Trzeba pamiętać, że są to zawsze stereotypy, choćby były uświęcone długą tradycją, obudowane poważną literaturą i kierujące się pobożnymi intencjami, jak głośne koncepcje Matthew Arnolda.
Ten wiktoriański poeta i krytyk uznał psychikę celtycką za zjawisko "z gruntu kobiece", w jej fascynacji światem tajemnicy i wyobraźni, w zamiłowaniu do tańca, poezji i muzyki. Dla Arnolda Celtowie uosabiają naturalne ciągoty do melancholii i magii, wykazując jednocześnie "namiętny, gwałtowny i niezłomny sprzeciw wobec despotyzmu faktów". Innymi słowy, bujają w obłokach, bo brak im zmysłu praktycznego, a zwłaszcza zdolności samoorganizacyjnych. Rasa anglosaska z kolei miałaby tę zdolność państwowotwórczą i polityczną reprezentować. Stereotyp Arnolda, mimo że w intencji autora miał oddawać sprawiedliwość obu kulturom i przywracać Europie zapomniane dziedzictwo celtyckie, w rzeczywistości utrwalał polityczną i kulturową hegemonię Anglików, odwołując się do pozanaukowej, wręcz rasistowskiej argumentacji.
Ackroyd świadomy jest tych zagrożeń, kiedy pyta o cechy swoiste dla kultury angielskiej. Wybiera rozwiązanie nowe, choć chyba tylko nieco mniej kontrowersyjne: wiąże bowiem angielskość nie z rasą, ale z terytorium. Dokonuje swoistego przewrotu Kopernikańskiego: to nie germańskie plemię Anglów powołało do życie Anglię, to Anglia, obszar nizinny w południowo-wschodniej części wyspy, wyłoniła Anglików i kulturę angielską.
Ackroyd jest tu wierny swoim wcześniejszym poglądom: wielokrotnie powtarzał, że terytorium, konkretne miejsce, miasto czy krajobraz tworzą kulturę, kształtują psychikę jednostek. W geograficznie wyznaczonym miejscu historia zamienia się z ulotnego zjawiska czasowego w zjawisko przestrzenne, a tym samym może być doświadczana jako obecność - wbrew powszechnemu mniemaniu, że przeszłość może być tylko fikcją, bo z definicji nie istnieje. Powiedziałbym nawet, że dla Ackroyda przeszłość ulega cudownej transsubstancjacji - staje się ciałem: murami klasztoru, brukiem ulicy, przęsłem mostu, ogrodem, książką z iluminacjami.
W tym realnym, fizycznym świecie żyją wszystkie epoki pozornie minione - pozornie, bo dla Ackroyda nie giną, ale współistnieją i współtworzą to, co nazywamy dniem dzisiejszym. Taką uobecnioną historią jest jego Londyn, którego topografia jest ucieleśnieniem przeszłości miasta. Taką historią jest jego biografia Dickensa, w której autor spotyka się z XIX-wiecznym bohaterem swojej książki na ulicach dzisiejszego Londynu.

Biel morskich klifów

U Ackroyda angielskość nie wiąże się więc z historią przybycia na wyspy germańskich plemion Anglów, Jutów i Sasów. Ackroyd tytułuje swoje dzieło "Albion", gdyż nazwa "Anglia" wprowadziłaby perspektywę mijającej historii, zakotwiczając angielskość w tym fragmencie dziejów wyspy, który swój początek ma w V stuleciu. Tymczasem nazwa Albion, pochodząca od bieli morskich klifów w Dover, bądź, jak chcą inni, od mitycznego celtyckiego giganta, poza historię wykracza, wiąże się z miejscem bardziej niż z czasem.
Taki tytuł książki pozwala też Ackroydowi do tradycji angielskiej włączyć całą przed-germańską, czyli przed-anglosaską przeszłość wyspy - w tym jej celtyckie dziedzictwo. Dlatego, wbrew historii, Ackroyd pisze o "dwu tysiącach lat okresu anglosaskiego". Wbrew historii, bo o Anglii można mówić dopiero od przybycia na tę wyspę germańskich Anglów, od których terytorium to dostało swą nazwę. Nazwanie okresu rzymskiego w dziejach wyspy, rozpoczętego najazdem Juliusza Cezara, "okresem anglosaskim" wymaga nie lada ekwilibrystyki w dziedzinie nicowania pojęć, nikt bowiem wtedy o Sasach na wyspach nie słyszał.
Pisząc o kulturze celtyckiej Anglii, Ackroyd staje tym samym w ostrej opozycji do Normana Daviesa, który tego typu zabieg uznałby w najlepszym przypadku za anachronizm, a w najgorszym - za próbę zaanektowania nieangielskiej przeszłości przez kulturę na wyspach stosunkowo młodą. Obu historyków łączy jednak przekonanie, że historia nie jest sekwencją kolejnych inwazji, unicestwiających wcześniejsze kultury i populacje; raczej narasta jak wybrzeże klifowe w Dover.
Mimo przypominania o tej ciągłości dziejowej, Ackroyd przekonany jest o odrębności kultury angielskiej od sąsiadujących z nią kultur celtyckich. Dzięki temu może - a rzecz to ryzykowna - pokusić się o podanie cech charakterystycznych angielskości. Odwołuje się do przywoływanego tu Arnolda, twierdząc, że na charakter angielski, którego podstawę stanowią anglosaskie skłonności empiryczne i praktyczne, wpłynęła też w pewnym stopniu melancholijna i pogardzająca faktami natura Celtów. Stąd, jak zauważa, wzięło się pewne "zażenowanie, zakłopotanie oraz wiążące się z nimi upodobanie do niedopowiedzeń", tak bardzo charakterystyczne dla Anglików. Anglosaski pragmatyzm tłumaczy wiele aspektów tej kultury: nie bez kozery kultura angielska nie wydała żadnych spekulatywnych traktatów teologicznych, choć powstało tu wiele poradników religijnych.
Poza wyraźnym praktycyzmem, okraszonym z lekka celtycką wyobraźnią, Anglików charakteryzuje jeszcze jedna ciekawa cecha: upodobanie do zawiłych, pokrętnych, labiryntowych wzorów, wzajemnie przenikających się i splątanych linii. Dla Ackroyda to coś więcej niż przykład popularnego w Anglii typu wzornictwa - odzwierciedla on bowiem charakterystyczny dla Anglików obraz świata, który "nie ma początku, ani końca, można zaobserwować w nim jedynie niekończące się powtórzenia wzorów i nieustanną grę przeciwstawnych sił".
Ackroyd, badając to upodobanie do wzornictwa w iluminacjach średniowiecznych manuskryptów, w rzeźbie i malowidłach ściennych gotyckich katedr, a także w narracji powieściowej, zauważył, że Anglików bardziej absorbuje zarys niż trójwymiarowa figura; bliższa jest im skomplikowana dekoracja płaskiej powierzchni niż odkrywanie wnętrza i głębi. "Jedyną rodzimą wadą, jeśli w ogóle możemy mówić o wadzie", jest właśnie wyraźna fascynacja powierzchnią. Ackroyd twierdzi, że płaskość powierzchni to cecha charakterystyczna całej sztuki angielskiej. Gotów jest nawet widzieć związek między płaskim krajobrazem nizinnej Anglii, a estetycznym upodobaniem Anglików do dwuwymiarowości. Zamiłowanie do płaskich wzorów i splotów wiąże Ackroyd z empirycznym typem angielskiej umysłowości, której dziełem jest szczególnego rodzaju "estetyka pragmatyczna", widoczna w gotyckich katedrach Anglii, "nie mających sobie równych w kontynentalnej Europie". Katedry podkreślają wymiar horyzontalny, nawy są dłuższe, a sklepienia niższe niż gdzie indziej, dając tym samym wrażenie "zdroworozsądkowej stabilności".

*


Ale angielskość to przede wszystkim otwartość na to, co sprzeczne i różnorodne. Sfera świętości współistnieje tu ze sferą profanum; ba, bez profanum nie może się ujawnić. Na dowód tej tezy Ackroyd przytacza nie tylko miniaturowe ilustracje na marginesach średniowiecznych manuskryptów czy groteskowe rzeźby w gotyckich katedrach, ale także pisma wielkich mistyczek angielskich: Juliany z Norwich i Margery Kempe. Tak jak sfera rzeczywistości zdegradowanej wspiera rozmyślania Anglików o duchowości, tak komizm zawsze towarzyszy poczuciu tragiczności życia, budując skuteczną zaporę przed pretensjonalnością i nieznośnym patosem. W takiej wizji kultury angielskiej nic nie ulega unicestwieniu, gdyż cechą charakterystyczną angielskości jest heterogeniczność, gotowość do adaptacji i asymilacji, a przede wszystkim nieprzerwany związek z przeszłością.
W wizji Ackroyda Anglia nie tylko nie traci nic z rozpadu politycznego tworu zwanego Brytanią, ale jak nigdy wcześniej w historii powiększa się o nowe obszary przeszłości i wyobraźni. Choć można zapytać, czy mówimy tu jeszcze o realnej Anglii, czy już o pół mitycznej, imaginacyjnej krainie nazywanej poetycko Albionem.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl