"Tygodnik Powszechny", Nr 22 (2812), 1 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/unia/brytania/brytania02.php

Czy Wielka Brytania jest częścią Europy?
Timothy Garton Ash

Debata o tożsamości brytyjskiej kwitnie. Czym jest Wielka Brytania? Kiedy powstała? Czy wciąż istnieje? Czy przetrwa?

Andrew Marr uznał Wielką Brytanię za "martwą", a Peter Hitchens za "zlikwidowaną". Przez dziesięciolecia o Wielkiej Brytanii myślano jako o klasycznym państwie narodowym. Teraz Norman Davies wyjaśnia, że Wielka Brytania państwem narodowym nigdy nie była. Anthony Barnett utrzymuje, że Brytyjczycy nigdy nie byli narodem, w przeciwieństwie do Anglików. Tymczasem Roger Scruton, w swojej niezwykłej książce o Anglii, informuje, że Anglia - którą i on uważa za martwą - też nie była państwem narodowym, lecz tylko krajem, ziemią, ojczyzną. Według niektórych Wielką Brytanię może uratować tylko "więcej" Europy, według innych - mniej. Dla jednych i drugich kwestia ta ma jednak podstawowe znaczenie. Hugo Young pisze, że od 50 lat w tle tej dyskusji kryje się pytanie: "Czy Wielka Brytania potrafi naprawdę zaakceptować fakt, że jej przeznaczeniem jest dzisiaj być krajem europejskim?". Ale co to znaczy? Rzeczownik "Brytania" wymyka się definicjom, przymiotnik "europejski" - tym bardziej. Dotyczy to wszystkich języków europejskich, lecz w największym stopniu angielskiego.

6 x Europa

Bez większego trudu potrafimy wskazać sześć możliwych znaczeń słowa "europejski". Dwa są archaiczne i wyszły z użycia, ich pośmiertne losy przedstawiają się jednak bardzo ciekawie: być Europejczykiem to być chrześcijaninem i białym człowiekiem.
Dalej mamy trzy bardziej znane i zazębiające się ze sobą znaczenia. Pierwsze jest geograficzne: Europa to drugi od końca pod względem powierzchni kontynent, zachodnia wypustka Eurazji. Czy należymy do tej Europy? Geografowie mówią, że tak. Wielu Brytyjczyków w to wątpi, bo drugie z tych zazębiających się znaczeń brzmi, cytuję za słownikiem Collinsa: "kontynent europejski z wyłączeniem Wysp Brytyjskich". (Człowiek zadaje sobie pytanie, gdzie w tym układzie leży Irlandia.) To znajomy nawyk językowy. Mówimy: "Jim jedzie do Europy", "Fred wrócił z Europy". Europa jest gdzie indziej. Po trzecie, Europa oznacza Unię Europejską.
W codziennym użyciu znaczenia te często pomijamy, lecz w debacie politycznej przeważa to trzecie. W tym sensie pytanie sprowadza się do kwestii: "Czy Wielka Brytania w pełni uczestniczy w UE?" Czy popiera jakąś wersję projektu europejskiego w rozumieniu mieszkańców Europy kontynentalnej?
Pozostaje szóste znaczenie słowa "europejski", bardziej podniosłe i tajemnicze. Zostało ono uchwycone w tytule artykułu z "International Herald Tribune": "Zdejmijcie sankcje z "europejskiej" Austrii, grupa konsultantów doradza UE". Grupa doradcza złożona z trzech "mędrców" po długiej dyskusji doszła do wniosku, że Austria jest europejska. Na pierwszy rzut oka stwierdzenie to wydaje się śmieszne. A co myśleli - że Austria jest afrykańska? Wiemy jednak, o co im chodziło. Dysponując katalogiem tak zwanych "europejskich standardów" czy "europejskich wartości", zestawili Austrię z tymi miernikami.
Innymi słowy, nie jest to opisowa, lecz normatywna, idealistyczna wersja Europy - czy też, według określenia Gonzague de Reynolda, "l'Europe européenne". Europe européenne, w której Hitler i Haider nie zasługują na miano Europejczyków, a przynajmniej są antyeuropejscy. Mieliśmy zatem do czynienia z europejskim odpowiednikiem komisji McCarthy'ego: Komisją ds. Badania Działalności Antyeuropejskiej.
Czy Wielka Brytania jest europejska w tym znaczeniu? Można by przejrzeć listę wartości europejskich i przy każdej pozycji postawić haczyk, iks albo pytajnik. Miałoby to jednak sens tylko wtedy, gdybyśmy uznali, że należy ująć problem tak idealistycznie.
Nie zapominając o tych konkurencyjnych znaczeniach słowa "europejski", chciałbym postawić tytułowe pytanie w bardziej przyziemny, empiryczny - czy wolno mi powiedzieć: brytyjski lub angielski? - sposób. Pod jakimi względami Wielka Brytania bardziej różni się od krajów Europy kontynentalnej niż one od siebie nawzajem? Pod jakimi względami Wielka Brytania bardziej przypomina inne kraje - USA, Kanadę czy Australię - niż kraje Europy?

Kraj wymyślony

Pierwsza typowa odpowiedź brzmi: "historia". Nasza historia od dawna opowiadana jest jako dzieje brytyjskiej - a może angielskiej? - wyjątkowości, dzieje odrębności, geograficznej odrębności wyspy od stałego lądu, ale także, od końca wojny stuletniej, odrębności politycznej. W "Społecznej historii Anglii" G. M. Trevelyan mówi, że Wielka Brytania stała się odtąd "obcą wyspą, zakotwiczoną u wybrzeży kontynentu". Nasza historia opowiadana jest także jako dzieje ciągłości, przeciwstawianej kapryśnej niestabilności kontynentu, gdzie nieustannie zmieniają się rządy, granice, monarchowie i ustroje; jako napawające otuchą dzieje powolnego, nieprzerwanego, organicznego rozwoju instytucji, prawa, parlamentu i niepowtarzalnego pojęcia państwowości, uosabianej przez "monarchę w parlamencie".
Oto "tysiąc lat historii", która według Hugha Gaitskella byłaby zagrożona, gdyby Wielka Brytania stanęła obok Francji i Niemiec w szeregach europejskiej wspólnoty kontynentalnej. Kwiecistymi kronikarzami tych dziejów byli G.M. Trevelyan, Arthur Bryant, Winston Churchill i H.A.L. Fisher. Początków tej historiografii można się doszukiwać w okresie późnowiktoriańskim, lecz jeszcze w latach 50. i 60. ubiegłego wieku stanowiła ona obowiązującą wersję naszej historii. Z całą pewnością ja się na niej wychowałem, wraz z większością Brytyjczyków, którzy mają ponad 40 lat.
Częściowo wynika to z faktu, że podręczniki nie nadążają za najnowszymi koncepcjami naukowymi. Każda wizja historiograficzna z konieczności kształtuje się po fakcie, próbuje wyjaśnić wydarzenia czy nadać im uzasadnienie. Lecz podręczniki akademickie i szkolne oraz książeczki dla dzieci zazwyczaj zostają w tyle o dalsze 9, 20 lub nawet 30 lat. Stąd też wizja oparta na przekonaniu o wyjątkowości Wielkiej Brytanii, chociaż powstała w epoce późnowiktoriańskiej, miała ogromną moc oddziaływania aż do naszych czasów. Śladów tego autowizerunku można się doszukać tam, gdzie najmniej byśmy się ich spodziewali. Mnie udało się znaleźć taki ślad nawet u Tony'ego Blaira, w przemówieniu wygłoszonym w październiku 2000 roku w Warszawie. W bardzo trzeźwy fragment poświęcony roli naszego kraju w Europie premier wplótł zdanie o Brytyjczykach jako o "dumnym i niezależnym w sądach narodzie wyspiarskim (choć w naszych żyłach płynie sporo europejskiej krwi)". Że też nie dożyłeś tej godziny, Arthurze Bryancie!
Przekonanie o brytyjskiej czy angielskiej wyjątkowości jest zatem głębokie i powszechne. Historyk musi zadać sobie pytanie, na ile wyjątkowe jest przekonanie o wyjątkowości własnego narodu.
Jeżeli przyjrzymy się historiografii innych narodów europejskich, to stwierdzimy, że jest ono normą. Każda historiografia narodowa skupia się na tym, co charakterystyczne dla danego narodu. Większość narodów europejskich przeciwstawia swoją wyjątkowość jakiejś wyidealizowanej "zachodniej" czy "europejskiej" normalności - najczęściej z Francją i Wielką Brytanią w roli przykładów. Literatura poświęcona Sonderweg, "szczególnej drodze" Niemiec w nowożytnych dziejach Europy, obraca się wokół kwestii, dlaczego Niemcy nie stały się "normalnym", demokratycznym państwem narodowym, takim jak Wielka Brytania. Wątki te pojawiają się również we wszystkich wschodnioeuropejskich historiografiach narodowych.
Wiele zależy również od tego, z którą Europą jesteśmy porównywani. Jeśli porównać Wielką Brytanię z sześcioma pierwszymi członkami EWG, krajami o wielkim wspólnym dziedzictwie rzymskim i karolińskim, istotnie sprawia ona wrażenie tworu wyjątkowego. Lecz jeśli porównamy ją z obecnymi czternastoma członkami, z dwudziestką piątką przyszłorocznych członków lub z trzydziestką krajów, które być może będą należały do UE za kilkanaście lat, to Wielka Brytania traci swoją wyjątkowość, ponieważ losy tych krajów są ogromnie zróżnicowane. Ponadto w ostatnim dziesięcioleciu ta epicka opowieść o brytyjskiej czy angielskiej wyjątkowości została poddana zmasowanej dekonstrukcji przez takich historyków jak Hugh Kearney, Jeremy Black, Linda Colley i Norman Davies. Robota dekonstrukcyjna z reguły nie polega na odkrywaniu jakichś nowych faktów z przeszłości, lecz na podwójnej zmianie perspektywy. Po pierwsze, rozszerzono spojrzenie na całą historię Wysp Brytyjskich. Po drugie, nasze narodowe dzieje ujęto w szersze ramy europejskie. Dekonstrukcja ta pokazuje, że w naszej historii jest znacznie mniej ciągłości, niżby wynikało z podniosłego eposu, zwłaszcza jeśli spojrzymy na dzieje Walii, Szkocji i Irlandii. W "Wyspach" Norman Davies podaje listę szesnastu państw, które istniały na tych wyspach, w tym dziesięciu z okresu ostatnich pięciuset lat. Jeremy Black zauważa, że Brytyjczycy są "geniuszami w dziedzinie stwarzania pozorów ciągłości". W swojej książce o ustroju brytyjskim Ferdinand Mount mówi o "micie ciągłości". Jesteśmy autorami "wymyślania tradycji" - nie tylko książki o takim tytule1, ale również samego zjawiska. Peter Scott słusznie zauważył, że "Wielka Brytania jest państwem wymyślonym, nie tak wiele starszym od USA". Wbrew tej całej dekonstrukcji nie ulega wątpliwości, że w 1939 roku Wielka Brytania wciąż była krajem wyjątkowym. To poczucie wyjątkowości wspaniale oddał George Orwell na ostatniej stronie "W hołdzie Katalonii". Po powrocie z hiszpańskiej wojny domowej autor jedzie pociągiem do Londynu przez południową Anglię i widzi "barki na mulistej rzece, znajome ulice, afisze zapowiadające mecze krykieta i królewskie zaślubiny, mężczyzn w melonikach, gołębie na Trafalgar Square, czerwone autobusy, granatowe mundury policjantów - Anglia [oczywiście mówi o Anglii - przyp. T.G. Ash] spała głębokim snem. Czasami ogarnia mnie lęk, że nie ockniemy się z tego snu, że wyrwie nas z niego dopiero huk bomb"2.

U boku Ameryki

Teraz słuchamy nowej opowieści, załączonej do dekonstrukcji czy rekonstrukcji naszej historii narodowej. Brzmi ona tak: w ciągu 60 lat, które upłynęły od chwili, gdy huk bomb przebudził Wielką Brytanię, nasz kraj stał się znacznie bardziej europejski, a mniej wyspiarski, mniej transatlantycki i mniej postkolonialny. Ale czy transoceaniczny i postkolonialny składnik naszej tożsamości, zwłaszcza w stosunkach z narodami anglojęzycznymi, jak to nazywał Churchill, rzeczywiście się zatarł?
Byliśmy świadkami utraty przez Wielką Brytanię jej wyspiarskiego charakteru. Nie jest wszakże pewne, co go zastąpiło: europeizacja, amerykanizacja czy po prostu globalizacja? Jeśli zaczniemy od samej góry, czyli od suwerenności, prawa i ustroju politycznego, to nie ulega kwestii, że Wielka Brytania stała się znacznie bardziej europejska. Od traktatu rzymskiego po amsterdamski - i teraz nicejski - suwerenność brytyjska jest cedowana i ograniczana. Angielskie common law często musi się podporządkować prawu europejskiemu, podobnie jak prawo szkockie.
Mamy nawet ten kontynentalny dziwoląg, jakim są skodyfikowane uprawnienia, wpisaliśmy bowiem w ustawodawstwo brytyjskie Europejską Konwencję Praw Człowieka. W praktyce rządzenia mamy bliższą współpracę z partnerami unijnymi niż jakikolwiek inny kraj. Z drugiej strony, jeśli spojrzymy na kierunki naszej polityki i spytamy o ich najważniejszego zagranicznego inspiratora w ciągu ostatnich dwudziestu lat, odpowiedź będzie oczywista: Stany Zjednoczone. Jest to cecha, która łączy ze sobą rząd pani Thatcher i rząd Blaira: fascynacja amerykańskim programem politycznym i amerykańskimi rozwiązaniami.
A co z naszą wersją kapitalizmu? Najsilniejsze sektory naszej gospodarki to - podobnie jak w USA - usługi finansowe czy media. Nie mamy tak wielu korzystających na strukturze ekonomicznej Unii drobnych farmerów czy dużych wytwórców, jak Francja i Niemcy. Tak, UE ma największy udział w naszej wymianie handlowej, ale najwięcej inwestujemy w Ameryce i stamtąd pozyskujemy najwięcej kapitału.
A społeczeństwo? We wstępie do kompendium o kierunkach rozwoju społecznego za 2000 rok A.H. Halsey przytacza inny ze słynnych opisów wyjątkowości Wielkiej Brytanii autorstwa George'a Orwella, tym razem z "The Lion and the Unicorn": "tłumy w dużych miastach, ze spokojnymi, gruzłowatymi twarzami, zepsutymi zębami i grzecznym obejściem, różnią się od tłumu europejskiego". Halsey ocenia, że to się zdezaktualizowało. Opierając się na rozmaitych statystykach dotyczących rzeczywistości społecznej, dochodzi do wniosku, że "życie w Wielkiej Brytanii upodobniło się do życia w innych wysoko rozwiniętych krajach uprzemysłowionych, w Europie i Ameryce Północnej". Istotnie, nikt chyba nie zaprzeczy, iż rzeczywistość społeczna Londynu jest bliższa rzeczywistości społecznej Toronto niż Kijowa. A zatem "krąg", do którego przynależy Wielka Brytania, to nie tyle Europa jako taka, ile tak zwany Zachód. Wielu brytyjskich "pro-Europejczyków" lubi powoływać się na styl życia jako dowód na europeizację Wielkiej Brytanii: "Wypijamy hektolitry chianti i cappuccino, wakacje spędzamy w Hiszpanii albo we Włoszech, mamy domy we Francji". Każdemu z tych przykładów europeizacji można jednak przeciwstawić co najmniej równoważny przykład amerykanizacji. Na jedną kawiarnię, w której można się napić cappuccino, przypada co najmniej jeden McDonald albo Starbucks. Amerykańskie filmy, amerykańskie programy telewizyjne i amerykański angielski stanowią główny, a nawet dominujący element naszej kultury masowej.
Ktoś powie, że między innymi na tym polega bycie Europejczykiem na początku XXI wieku, że tak rozumiana amerykanizacja jest zjawiskiem europejskim. I będzie miał sporo racji. W Wielkiej Brytanii zjawisko to osiąga jednak szczególne rozmiary, niespotykane na stałym lądzie Europy. Dodajmy do tego pewien charakterystyczny zwrot językowy. Mówiąc o Ameryce, wielu Brytyjczyków posługuje się określeniem: "po drugiej stronie stawu". Atlantyk to sadzawka, w której pływają kaczki, Ameryka zaś leży tuż za wspólnym wiejskim pastwiskiem. Na skutek jednego pociągnięcia frazeologicznego Kanał La Manche (który my nazywamy Angielskim) staje się szerszy niż Atlantyk.

Po drugiej stronie Kanału

Wróćmy zatem do tytułowego pytania w jego najbardziej znajomym - ale również najbardziej powierzchownym sensie: "Czy Wielka Brytania jest w pełni zaangażowana w Unię i jakąś wersję projektu europejskiego?" Musimy najpierw zadać sobie pytanie, co rozumiemy przez Wielką Brytanię. Jeśli obecny rząd, to odpowiedź jest jednoznaczna: tak. Jeśli opinię publiczną, odpowiedź jest równie jednoznaczna: nie.
W sondażu Eurobarometr z października 2000 roku padły te same co zwykle pytania na temat identyfikacji z Unią. Wielka Brytania znalazła się na samym dole tabeli. Czy członkostwo w UE jest dobre dla twojego kraju? Tylko 25 proc. Brytyjczyków dało odpowiedź twierdzącą. Czy członkostwo przyniosło twojemu krajowi korzyści? 25 proc. Zaufanie do Komisji Europejskiej? 24 proc. Poparcie dla euro? 22 proc. Tylko w kategorii poparcia dla wspólnej polityki bezpieczeństwa i dla rozszerzenia Unii Wielka Brytania nie zajęła ostatniego miejsca (chociaż poparcie dla rozszerzenia jako priorytetu wyniosło zaledwie 26 proc.). W innym sondażu, przeprowadzonym w 1995 roku przez BBC Mori, zadano pytanie: "Jak europejski się czujesz?" Zaledwie 8 proc. odpowiedziało, że "bardzo", 15 proc. że "umiarkowanie", a 49 proc. że "wcale".
Często się słyszy, że tylko w Wielkiej Brytanii Europa jest postrzegana jako "gdzie indziej". To nieprawda. W kilku innych krajach europejskich - w Hiszpanii, Portugalii, Polsce, Grecji i na Węgrzech - na Europę patrzy się w ten sposób, przynajmniej czasami. Z tą różnicą, że oni chcieliby tam być. Sądzę, że tylko dwa kraje europejskie postrzegają Europę jako "gdzie indziej", a jednocześnie wciąż nie mają pewności, czy chciałyby tam być. Te kraje to Wielka Brytania i Rosja.
Oczywiście wszyscy wiemy, że nasze elity są w tej kwestii głęboko podzielone. Ale nawet najbardziej prointegracyjni brytyjscy "Europejczycy" nie mówią o Europie tak, jak elity kontynentalne, czyli jako o czymś niepodlegającym kwestii. My nie wypowiadamy się o Europie jako Europejczycy biorący udział we wspólnym przedsięwzięciu. Po części dlatego, że sprawa pachnie nam obłudą. Podejrzewamy, że idea Europy traktowana jest instrumentalnie przez poszczególne kraje. Przypomnijmy sobie, co powiedział Harold Macmillan o de Gaulle'u: "Mówi o Europie, ale ma na myśli Francję". Przypuszczalnie każdy premier brytyjski od czasów Macmillana miał ochotę to powiedzieć, prywatnie, o współczesnym mu prezydencie Francji (może z wyjątkiem Heatha i Pompidou). Jest w tym bowiem trochę prawdy - i nie tylko we Francji. Poświęciłem całą książkę realizowaniu przez Niemcy swoich interesów narodowych "w imię Europy". Ale tej prawdy jest, jak się rzekło, tylko trochę. Daje się bowiem również zauważyć - zwłaszcza w Niemczech - autentyczna identyfikacja emocjonalna z szerszym projektem wspólnej Europy. W polityce emocje zawsze lokują się gdzieś blisko granicy między autentycznością a fałszem, między szczerością a obłudą, ale tutaj niewątpliwie występuje element autentycznych emocji. Łączy się to z szóstym, a zarazem ostatnim z wymienionych sensów "bycia europejskim": z normatywnym sensem l'Europe européenne. Europa jako ideał, mit, materia, z której utkana jest tożsamość polityczna. Wydaje mi się, że do tego szóstego znaczenia prawie się nie odwołują nawet brytyjscy "Europejczycy". W ostatnich latach spotkałem się tylko z jednym jego przejawem, kiedy sygnatariusze "Karty 88" i inni przedstawiciele centrolewicy uzasadniali konieczność przeprowadzenia reform ustrojowych potrzebą "europeizacji" Wielkiej Brytanii.
"Europejska" znaczyło w tym kontekście bardziej demokratyczna, bardziej nowoczesna, bardziej sprawiedliwa, bardziej otwarta - destylat najlepszych praktyk zaczerpniętych z dzisiejszej Europy. Ale potem przyszedł Jonathan Freedland i powiedział, że nie, tak naprawdę potrzebna jest amerykanizacja Wielkiej Brytanii; jak orzekł w tytule swojej książki, musimy "Sprowadzić rewolucję z powrotem do kraju". Oczywiście rewolucję amerykańską. A Wielka Brytania nie byłaby sobą, gdyby wyidealizowana Ameryka nie przebiła wyidealizowanej Europy.

Splecione tożsamości

Moja konkluzja? Nie będzie konkluzji, z powodu samej natury "studiów nad tożsamością", które rzadko dochodzą do jednoznacznych wniosków, ale także ze względu na szczególny charakter tożsamości brytyjskiej. Z drugiej strony "brak konkluzji" jest jakąś konkluzją - i to ważną, i pozytywną. Nie ulega wątpliwości, że tożsamość europejska jest w zasięgu Wielkiej Brytanii. Gdybyśmy zechcieli, to mamy aż nadto surowca potrzebnego do zbudowania tożsamości europejskiej, do przemianowania "ich" na "nas". Nie możemy podpisać się pod deklaracją, którą najwyraźniej chce ogłosić Hugo Young: "Wielka Brytania jest krajem europejskim i kropka". Czy też, jak nauczyliśmy się mówić od naszych braci zza Atlantyku, "i basta".
Inne tożsamości są po prostu zbyt silne - nie tyle tożsamość wyspiarska, ile zachodnia i transoceaniczna, identyfikacja z USA, ale także z wszystkimi narodami anglojęzycznymi. Do tego dochodzą wszystkie tożsamości wewnętrzne: szkocka, walijska, irlandzka i angielska. Odpowiedź na pytanie: "Czy Wielka Brytania jest europejska?" musi brzmieć: "Tak, ale nie tylko". Europejska tożsamość Brytyjczyków może być jedynie cząstkowa, ponieważ Wielka Brytania zawsze była i będzie - bo inaczej przestanie być Wielka Brytanią - krajem wielu zachodzących na siebie tożsamości.
Tożsamość "cząstkowa" nie musi jednak oznaczać "płytka", a taka jest obecnie europejska tożsamość Brytyjczyków. W końcu nasze własne dzieje dostarczają przykładów cząstkowych tożsamości, które są bardzo głębokie: angielska, szkocka. Jeśli Wielka Brytania ma w pełni i skutecznie uczestniczyć w projekcie europejskim ześrodkowanym na UE, także w nieprzewidywalnym kształcie, który Unia uzyska po rozszerzeniu, tożsamość ta musi się pogłębić. Musi być trochę więcej emocjonalnej identyfikacji ze wspólną sprawą. Musi być odrobina idealizmu, a nawet poczucia europejskości w szóstym z wymienionych przeze mnie sensów. Zależy od tego nie tylko nasza pozycja w Europie, ale również pomyślność samego projektu. Brytyjczycy wiedzą bowiem lepiej od innych, że sztuczne, wymyślone twory polityczne nie przetrwają bez spoiwa, jakim jest identyfikacja emocjonalna, bez jakiegoś wspólnego mitu, bez mistyki czy - jak to nazwał Bagehot, pisząc o ustroju brytyjskim - "magii". Oczywiście "Europa" w sensie Unii Europejskiej jest obecnie sztuczną, wymyśloną i kruchą strukturą polityczną - ale była nią kiedyś także Wielka Brytania i niewykluczone, że znowu ma taki charakter.

Przełożył Tomasz Bieroń

Timothy Garton Ash - brytyjski historyk, pisarz i publicysta, pracownik naukowy Oksfordu oraz Stanford University (USA), stały współpracownik "The New York Review of Books" i "Guardiana". Autor książek o współczesnej środkowej Europie, m.in. "Polska rewolucja: "Solidarność" 1980-81", "We the People: The Revolution of '89 witnessed in Warsaw, Budapest, Berlin and Prague", "In Europe's Name: Germany and the Divided Continent". Obecnie przygotowuje pracę poświęconą relacji między Europą, Wielką Brytanią i Stanami Zjednoczonymi. W języku polskim ukazały się ostatnio dwie jego książki: "Teczka" (1997) oraz "Historia na gorąco. Eseje i reportaże z Europy lat dziewięćdziesiątych" (2000).
Tekst powyższy jest skróconą i częściowo zmienioną wersją eseju "Is Britain European?", opublikowanego w 2001 roku w brytyjskim miesięczniku "Prospect".

1 "The Invention of Tradition", Eric Hobsbawm i Terence Ranger, Cambridge 1992.
2 "W hołdzie Katalonii", przeł. Leszek Kuzaj, ATEXT, Gdynia 1990, s. 231.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl