"Tygodnik Powszechny", Nr 11 (2801), 16 marca 2003,, http://www.tygodnik.com.pl/unia/irlandia/liberska.php

Celtycki tygrys
Z prof. Barbarą Liberską rozmawiają Andrzej Brzeziecki i Mateusz Flak

TYGODNIK POWSZECHNY: – Dokładnie 30 lat temu Irlandia weszła do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Jej sukces gospodarczy dowodzi, że mimo zapóźnienia można – dzięki zdecydowanej i mądrej polityce – dokonać cywilizacyjnego i ekonomicznego skoku. Ale przecież nawet po wstąpieniu do Wspólnoty irlandzka gospodarka miała swoje dobre i gorsze chwile.
BARBARA LIBERSKA: – Irlandia wstępowała do EWG z radością – w referendum akcesyjnym aż 83 proc. mieszkańców głosowało „za”. Irlandczycy widzieli w integracji przede wszystkim szansę na uniezależnienie się od dominującego gospodarczo sąsiada – Wielkiej Brytanii. Irlandia chciała zresztą przystąpić do EWG już wcześniej, ale za każdym razem weto zgłaszali właśnie Brytyjczycy.
Irlandii nieoczekiwanie pomogła... bieda – w tym czasie była ona jedynym ubogim krajem w EWG, więc mogła się spodziewać dużej pomocy finansowej. Mimo to przez wiele lat akcesja nie przynosiła spodziewanych efektów. Trzeba pamiętać, że w latach 70. gospodarka światowa zmagała się z dwoma kryzysami paliwowymi. Z pewnością nie ustrzeżono się też błędów w polityce gospodarczej w samej Irlandii. Irlandczycy początkowo nie umieli wykorzystywać oferowanych im unijnych pieniędzy, a na łagodzenie skutków kryzysów nie wystarczało środków.

Odbicie od dna
Kiedy nastąpił przełom?
– W połowie lat 80., gdy Irlandia stanęła przed kolejnym wielkim kryzysem: dług publiczny wynosił 130 proc. PKB, kraj był zadłużony za granicą, a bezrobocie sięgało 20 proc.! Dopiero wówczas zdecydowano się na wprowadzenie nowej wielostronnej strategii gospodarczej. Władze uznały, że najważniejsze problemy będą rozwiązywane w drodze porozumień społecznych. W 1986 r. rząd zdecydował się na negocjacje z pracodawcami i pracownikami, ich wynikiem był pierwszy „pakt społeczny”, który obiecywał przede wszystkim pracę. Równocześnie zdecydowano się na kroki drastyczne: obcięto wydatki, wstrzymano inwestycje i nabór pracowników do sektora publicznego, zamrożono płace i ograniczono prawa pracownicze. Takie „zaciśnięcie pasa” nie byłoby możliwe bez zgody związków i aprobaty społeczeństwa. Instytucja „paktu” działa zresztą do dziś.
Pomógł fakt, że Irlandczycy byli rozczarowani długoletnim brakiem wizji rozwoju nowoczesnej Irlandii w zjednoczonej Europie. Taką wizję stwarzał program rządowy. Nastąpiła zasadnicza zmiana mentalna – uwierzono, że Irlandia nie jest skazana na bycie tylko biednym i peryferyjnym krajem.
Odbicie się od dna nie byłoby możliwe bez napływu inwestycji z zagranicy, liczonych w dziesiątkach miliardów euro. Co przyciągało inwestorów?
– Kiedy w Dublinie rozpoczynano reformy, Unia zaczęła przygotowania do nowej fazy integracji – wprowadzenia jednolitego rynku. Irlandczycy zorientowali się, że ich kraj może być atrakcyjnym miejscem dla firm spoza UE. Poprzez inwestycje w Irlandii mogłyby wchodzić na rynki pozostałych państw „europejskiej fortecy”.
Tak się stało. Irlandia po rozpoczęciu reform miała już wiele atutów. Stabilne finanse publiczne, coraz niższa inflacja, tania i dobrze wykształcona siła robocza. Już wcześniej Irlandia przeznaczała na oświatę najwięcej spośród krajów Unii, ale – niestety – wielu wykształconych Irlandczyków emigrowało.
W 1988 r. rząd zrobił następny krok – wprowadził tzw. selektywną politykę przemysłową. Irlandia odeszła od przemysłu tradycyjnego i wybrała cztery dochodowe gałęzie gospodarki: mikroelektronikę, farmaceutykę, urządzenia medyczne, usługi finansowe. To do tych branż zaczęto ściągać inwestorów – przede wszystkim z USA. Największe światowe koncerny, m.in. Intel, Dell, Microsoft zakładały filie w Irlandii, dając jej kapitał, technologię, rynki zbytu i włączając ją w sieć globalnych powiązań produkcyjnych, dystrybucyjnych, marketingowych. Obecnie Irlandia jest drugim na świecie producentem oprogramowania komputerowego.
Pewną rolę w napływie inwestycji odegrały związki emigracji z ojczyzną. Irlandczycy pracujący na wysokich stanowiskach w amerykańskich korporacjach chętnie zgadzali się na lokowanie kapitału w kraju przodków. Ale sentymenty zaczęły się liczyć dopiero wtedy, gdy stworzono odpowiednie warunki dla inwestycji.
Najbardziej atrakcyjnym z nich był wyjątkowo niski, 10-procentowy podatek od zysku dla przedsiębiorstw produkujących w tych czterech dziedzinach.
– Sam podatek, choć niewątpliwie przyciągał, nie załatwił wszystkiego. Inwestorów skutecznie ściągała najlepsza w takim działaniu instytucja rządowa na świecie – Agencja Rozwoju Przemysłowego (IDA – Industrial Development Agency). IDA szukała inwestorów, oferowała im wszechstronną pomoc, np. dobrą infrastrukturę, a w zamian za stworzenie określonej liczby miejsc pracy w wyznaczonym terminie – nawet dofinansowanie.
Działalność IDA jest również przykładem, że można efektywnie zużytkować środki unijne – spora część budżetu Agencji (300 mln dolarów) pochodziła właśnie z UE. Irlandczycy po prostu nauczyli się korzystać z unijnych funduszy dla poprawy konkurencyjności gospodarki. Pieniądze z UE napływały w coraz większych ilościach, bo były lepiej wykorzystywane w ramach nowych racjonalnych projektów.
To było zresztą jedną z głównych przyczyn irlandzkiego sukcesu: umiejętność wyciągania wniosków z popełnionych błędów. Skoordynowane, mądre działanie obejmujące wiele równocześnie wprowadzanych elementów – pakt społeczny (1986), reformę finansów publicznych (’87) i nową politykę strukturalną, w tym rozwój nowoczesnych gałęzi przemysłu (’88) – musiało przynieść efekty.

Tygrys czy kameleon
Kolejna dekada przyniosła niespotykany boom gospodarczy: w 1995 r. PKB wzrósł aż o 10 proc. i utrzymywał się na tym poziomie przez pięć następnych lat. Obecnie roczny dochód na jednego mieszkańca wynosi 27 tys. euro – więcej niż w Wielkiej Brytanii. Irlandia niespodziewanie stała się jednym z najbogatszych krajów Unii.
– Irlandczycy wykorzystali czas koniunktury lat 90. Irlandia już nie tylko ściągała producentów zaawansowanych technologii, ale także sama je rozwijała i modyfikowała. Tworzono centra badawcze, które pracowały nad unowocześnieniem produkcji i premiowano przedsiębiorstwa wprowadzające te innowacje. Wszystko to było możliwe dzięki dużym, sięgającym 13 proc. budżetu, nakładom na badania naukowe i edukację.
Jednak ostatnio gospodarka Irlandii – choć na tle całej Unii rozwija się wciąż imponująco – wyraźnie zwalnia. Czyżby tygrys dostał zadyszki?
– To, co kiedyś przyniosło boom, niekoniecznie musi go zapewnić w latach następnych. Ale obecna „zadyszka” jest zarówno wynikiem rozluźnienia dyscypliny finansowej, jak i mniej korzystnej sytuacji gospodarki światowej. Irlandia na pewno jest do tych nowych warunków przystosowana – ma kadrę ludzi, którzy pracują nad nową koncepcją rozwoju kraju.
A może duży udział firm zagranicznych, szczególnie amerykańskich, w produkcji krajowej uzależnił Irlandię od ich kondycji finansowej i koniunktur w ich macierzystych krajach? Kiedy w 2001 r. nastąpił w USA spadek wartości firm komputerowych, szereg z nich wycofało się z Irlandii.
– Rzeczywiście, dla Irlandii ważny jest stan gospodarki amerykańskiej i w ogóle związki kulturowe ze Stanami. Jednak Dublin znajduje się dziś gdzieś pośrodku między Europą i USA. I jest w znacznie lepszej sytuacji, niż gdy był zależny od Londynu.
Można się zastanawiać, czy tak duże opieranie się na kapitale zagranicznym i korporacjach międzynarodowych jest dobre. Niektórzy widzą w tym zagrożenie. Korporacje, które zainwestowały w najbardziej atrakcyjne dziedziny przemysłu i osiągają wielkie zyski, przekazują je do swoich central. 
Ale z drugiej strony, dzięki tym samym korporacjom Irlandia ma wysoką dynamikę eksportu (80 proc. eksportu pochodzi właśnie z korporacji) i dodatni bilans w handlu zagranicznym. W 2002 r. nadwyżka wynosiła 26 mld euro. Poza tym zyski zagranicznych inwestorów mogą być kontrolowane przez instytucje skarbowe.
Należy pamiętać, że Irlandia ma maleńki – czteromilionowy – rynek wewnętrzny i nie może się rozwijać w oparciu tylko o niego. Ale być może Irlandii rzeczywiście potrzeba modyfikacji i dalszego rozwoju zaawansowanych technologii.
...czyli raczej kameleon niż tygrys?
– Nigdy nie ma jedynych słusznych rozwiązań, trzeba umieć się dostosowywać. Mądre rządy potrafią znaleźć odpowiedź na zmiany.

Pomoc z Unii, pomysł z kraju
Lubimy szukać analogii między naszym krajem a Irlandią w chwili wchodzenia do UE – dwa w większości katolickie, ubogie społeczeństwa, w których ważną rolę odgrywa rolnictwo...
– Historia Irlandii nasuwa wniosek, że integracja to szansa, natomiast czy i jak ta szansa zostanie wykorzystana, jest sprawą polityki danego kraju. W Polsce oczekuje się, że „Unia wszystko załatwi”, ale brakuje wizji naszego miejsca w Europie. Niektórzy wieszczą, że będziemy w niej państwem trzeciej kategorii, ale nie przedstawiają żadnego pomysłu, jak stać się krajem kategorii pierwszej.
Dla Polski największym wyzwaniem będzie zmniejszenie bezrobocia i reforma rolnictwa. Jak Irlandczycy poradzili sobie z tym, co przed nami?
– Irlandii udało się rozwiązać obydwie sprawy. Bezrobocie, które jeszcze w 1987 r. przekraczało 17 proc., obecnie spadło do 4. Zatrudnienie w rolnictwie w chwili wejścia do EWG wynosiło 35 proc. ogółu pracujących – dziś stanowi już tylko około 8 proc. Tworzenie nowych miejsc pracy było bowiem priorytetem polityki gospodarczej zdeterminowanego rządu. Wzrost poziomu oświaty i kwalifikacji pracowników pozwalał na podjęcie pracy w nowych gałęziach przemysłu i usług. Atrakcyjne warunki przyciągały tych, którzy wcześniej z powodu braku perspektyw wyjechali z kraju. 
W rolnictwie Irlandia co prawda wyspecjalizowała się w produkcji mleka i jego przetworów, ale postawiła raczej na usługi i turystykę oraz tworzenie miejsc pracy na wsi w tych właśnie branżach. Część terenów wiejskich przekształcono w ośrodki turystyczne, stworzono świetny system zdobywania nowych kwalifikacji, dzięki któremu rolnicy mogli znaleźć pracę w nowych przemysłach.
Porównywanie z innym krajem jest pouczające, ale sytuacja każdego państwa jest różna i nie można wyciągać zbyt daleko idących wniosków. Często mówi się: nie porównujmy się z Irlandią – im się udało, bo to mały kraj, a na dodatek wszyscy tam mówią po angielsku. Ale przecież te same cechy – język, terytorium, populacja – Irlandia posiadała przez dziesięciolecia, a mimo to pozostawała krajem biednym. Przede wszystkim powinniśmy porównywać przyjętą strategię gospodarczą, badać, jakie działania pozwoliły na dogonienie poziomu życia w Unii i czy my możemy je u siebie zastosować. Wtedy przestaje być ważne, czy mówimy o Grecji, Hiszpanii, czy tak hołubionej przez nas Irlandii.

BARBARA LIBERSKA jest profesorem w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN. Specjalizuje się w dziedzinie międzynarodowych stosunków gospodarczych oraz globalizacji, badała procesy związane z integracją europejską w Austrii i Irlandii. Jest autorem i współautorem kilkunastu książek, ostatnio ukazała się praca zbiorowa pod jej redakcją – „Globalizacja. Mechanizmy i wyzwania” (PWE 2002). 

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl