"Tygodnik Powszechny", Nr 11 (2801), 16 marca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/unia/irlandia/jagodzinski.php

Strugi deszczu, kubły pomyj
Tadeusz Jagodziński

„Kiedy patrzę wstecz na swoje dzieciństwo, zastanawiam się, jak to wszystko przetrwałem. Nie miałem szczęśliwego dzieciństwa. Szczęśliwe dzieciństwa raczej nikogo nie obchodzą. Ale gorsze od nieszczęśliwego dzieciństwa jest nieszczęśliwe irlandzkie dzieciństwo”.

Już pierwsze zdania narratora wprowadzają widzów w klimat autobiograficznej opowieści Franka McCourta, sfilmowanej pod koniec lat 90. przez Alana Parkera. „Angela’s Ashes” (Prochy Angeli, matki głównego bohatera), bo tak zatytułowane są te wspomnienia, to wyjątkowo mroczna podróż do Irlandii okresu międzywojnia. Obraz tych lat jest tak ponury, że bodaj największą pociechę z tej historii można czerpać z faktu, iż autor w ogóle... przeżył.

Wielka depresja
Punktem wyjścia dla wspomnień McCourta jest rok 1935 na nowojorskim Brooklynie: w ciasnym mieszkanku w imigranckiej kamienicy gnieździ się siedmioosobowa rodzina Malachy McCourta. Najstarszemu synowi, a naszemu bohaterowi, trochę brakuje, żeby sięgnąć głową do stołowego blatu. Zresztą nie bardzo jest po co, bo w domu bieda aż piszczy, więc i na stole trudno cokolwiek znaleźć. W czasach „Wielkiej depresji” marzenia o dobrze płatnej pracy w Ameryce najczęściej zamieniały się w koszmary, potęgowane w przypadku McCourtów alkoholowymi skłonnościami ojca. Rodzina Angeli i Malachy’ego żyje niczym w koszmarnym śnie, ale kiedy po krótkiej chorobie umiera ich kilkumiesięczna córeczka (to pierwszy moment prawdziwej grozy w filmie Parkera i zarazem zwiastun znakomitej kreacji Emily Watson, która zagrała tytułową rolę matki), postanawiają wrócić do Irlandii. „Byliśmy pierwszą w dziejach rodziną, która mijając Statuę Wolności w pobliżu nowojorskiego portu machała jej na pożegnanie, zamiast na powitanie”, mówi z lekkim sarkazmem młodociany narrator.
Powrót jednak nie rozwiązuje rodzinnych problemów: bezrobocie przecież równie dotkliwie dawało się we znaki także w Europie. Nie znajdując pracy w Dublinie, McCourtowie przenoszą się do prowincjonalnego Limericku, skąd pochodzi Angela i gdzie wciąż mieszka jej rodzina. Po rozmaitych perypetiach lądują w tamtejszych slumsach, w domu ze stałym bajorem na parterze, za to bez toalety. Ich życie płynie pod znakiem nędzy i chorób, a że w Limericku niemal zawsze pada, więc strugi deszczu, błotniste ulice i cuchnące rynsztoki stają się ciągłym motywem wspomnień McCourta. Kolejne próby znalezienia pracy przez ojca nieodmiennie kończą się porażkami i przepijaniem ostatnich pieniędzy, włącznie z tymi, które krewni dawali na trumny dla umierających po kolei dzieci. W końcu Malachy senior decyduje się na wyjazd za chlebem do Anglii, a pozostawiona przezeń Angela – chcąc zapewnić żyjącym jeszcze dzieciom jako taki dach nad głową – przeprowadza się do wyjątkowo obleśnego kuzyna, oferując mu zamiast czynszu usługi seksualne.
Można sobie wyobrazić, jak boleśnie ten obraz rzeczywistości zderzał się w umyśle dorastającego chłopca z kultywowanym od pokoleń patriotycznym mitem „Zielonej Wyspy”: szlachetnej, solidarnej, wiernej Bogu i zasadom wiary. Każde z tych stereotypowych przekonań wystawiane było w Limericku na bardzo ciężką próbę. Zarówno nieskrywane przez miejscowych regionalne uprzedzenia wobec ojca, pochodzącego z Ulsteru, jak i wizyty całej rodziny w siedzibie dobroczynnego Towarzystwa Wincentego a Paulo (podczas których miejscowi notable decydujący o rozdziale skromnych środków z lubością upokarzali petentów) uświadamiały McCourtom, że niepodległa Irlandia była krajem równych i równiejszych. Czuli się tu obco, traktowano ich nieufnie, nawet w szkole nauczyciele z przekąsem wytykali chłopcu „jankeskie” pochodzenie. A warunki życia przypominały najczarniejsze strony z utworów Dickensa. Filmowa Angela w pewnym momencie powiada, żeby jej nie straszyć piekłem, bo ona w nim już jest, a widzowie czują, że w tym stwierdzeniu nie ma krzty przesady...

Spalić książkę
To właśnie „odbrązowienie” irlandzkiej prowincji sprzed lat spotkało się z najostrzejszą krytyką obrońców dobrego imienia Limericku, którzy z pasją zaatakowali autora wspomnień, a później także twórców filmu „Angela’s Ashes”. Podczas wieczoru autorskiego w 1997 roku dawny kolega szkolny potargał na oczach McCourta egzemplarz jego książki krzycząc, iż autor pohańbił Irlandię, Kościół i własną matkę. W rozlicznych audycjach radiowych z udziałem słuchaczy zdegustowani treścią książki goście wylewali przysłowiowe kubły pomyj na głowę McCourta. A w Stanach Zjednocznych wściekłość innego pochodzącego z Limericku czytelnika znalazła wyraz w płatnym ogłoszeniu zamieszczonym w gazecie „The Irish Echo”, które wzywało do udziału w ceremonii publicznego palenia egzemplarzy książki 11 marca 2000. Jej uczestnicy z oburzeniem zarzucali autorowi naginanie faktów oraz „kalanie własnego gniazda dla mamony”. Sam McCourt stoicko, choć nie bez żalu przyjmował te wieści, obstając jednak przy swojej wizji przeszłości i podkreślając, że drastyczne reakcje odbiorców mają swe uzasadnianie w historii i kompleksach ziomków: „Kiedy Irlandię okupowali Anglicy – tłumaczył w jednym z wywiadów – Irlandczycy zachowywali się trochę tak jak czarnoskórzy w Stanach. Otóż na zewnątrz, poza swoim środowiskiem, zwłaszcza wobec białych, trzeba było zachowywać pewien fason i jednolity front. Nie wolno było zdradzać własnego plemienia i jego sekretów. Dlatego pisarzy traktuje się teraz w Irlandii jak zdrajców, bo wywlekają na światło dzienne wszystkie mroczniejsze sprawki”.
Rzecz znamienna, że ekranizacja „Angela’s Ashes” wpisała się w całą serię powstałych w ostatnich latach filmów, które na bardzo różne sposoby drążyły problem irlandzkiej tożsamości. Do tego nurtu można byłoby zaliczyć „Michaela Collinsa” (reż. Neil Jordan), „Generała” (John Boorman) czy „Boksera” (Jim Sheridan; w tym ostatnim filmie kolejną znakomitą rolę, obok Daniela Day-Lewisa, zagrała Emily Watson). Trudno się oprzeć wrażeniu, że ten renesans „irlandzkości” w kinie pozostawał w jakimś związku z przełomowymi wydarzeniami w północnoirlandzkim procesie pokojowym z lat 90. Jakby dopiero po zawieszeniu broni przez IRA i Porozumieniu Wielkopiątkowym Irlandczycy mogli zdobyć się na bardziej otwarty dyskurs o tym, kim są i skąd pochodzą. Bo nie ulega wątpliwości, że sam proces formowania się stereotypowych poglądów na temat innych nacji (zwłaszcza Anglików...) pasjonował zarówno samego McCourta, jak i twórców filmu opartego na jego książce. Jak inaczej można tłumaczyć przytaczanie zabawnych skądinąd anegdot opowiadanych bohaterowi przez ojca o Anglikach „sprowadzających do Irlandii pchły, żeby krnąbrnych Celtów doprowadzić do obłędu”? Albo belferskie wyjaśnienia (już z okresu II wojny światowej) na temat Euklidesa, „któremu zawdzięczamy to, że messerschmidty elegancko przebijają się przez chmury, bombardując Anglików za to, co przez osiemset lat wyrządzili naszej Irlandii”?

Subtelny promyk wiary
Frank McCourt twierdzi, że przymierzał się do spisania wspomnień przez kilkadziesiąt lat. „Prochy Angeli” opublikował będąc właściwie w wieku emerytalnym i nigdy nie przypuszczał, że książka odniesie tak niesamowity sukces: nagroda Pulitzera, tłumaczenia na ponad dwadzieścia języków, przeszło dwa lata na listach bestsellerów „New York Timesa”, prawie sześć milionów sprzedanych egzemplarzy. W jakiś sposób zatem opisane oszczędnym językiem (i podobnie pokazane na ekranie) dzieciństwo na dżdżystej irlandzkiej prowincji przemówiło do ludzi różnych kultur i kontynentów. Amerykanów fascynował w tej opowieści subtelny promyk wiary w niezłomność ducha. Z podobnymi reakcjami (i rewelacyjnymi wynikami sprzedaży!) książka spotkała się w Japonii, gdzie zachwycano się m.in. enigmatycznym portretem ojca głównego bohatera (było ich trzech: Malachy McCourt poranny – pełen fantastycznych opowieści, tryskający energią; dzienny – bezskutecznie poszukujący pracy, wreszcie wieczorny – w oparach whiskey).
W samej Irlandii, obok głosów niezwykle emocjonalnej krytyki, nie brakowało też pochwał, a w Limericku zorganizowano nawet miejskie wycieczki „szlakiem McCourta”, w nadziei, że sukces księgarsko-kinowy przełoży się jakoś na wymiar turystyczny. Choć trzeba zaznaczyć, że błyskawicznie pojawiły się pogłoski, iż przeciwnicy McCourta będą urządzać kontr-wycieczki, mające pokazać, jak to naprawdę było... A to chyba dowodzi, że spór na temat wiarygodności małomiasteczkowych portretów z Zielonej Wyspy będzie trwał, bo taki już jest los książek, które przechodzą do kanonu, a wspomnienia McCourta już tam trafiły. Kto wie, może za kilkadziesiąt lat na ulicach Limericku przewodnicy konkurencyjnych wycieczek będą wciąż wracali do argumentów, że bieda nie była wtedy taka straszna, a umysłowa ciasnota ich ziomków aż tak porażająca, jak to przedstawiał autor „Angela’s Ashes”? W odpowiedzi oponenci będą pewnie mówić o masowej emigracji z Irlandii pod rządami De Valery, dodając – jak mój znajomy hydraulik, który pochodzi z tych stron – że coś tych ludzi musiało przecież gnać przez morze, i chyba nie w każdym przypadku chodziło wyłącznie o dolary... Pozostaje tylko nadzieja, że zanim emocje sięgną zenitu i mogłoby (nie daj Bóg!) dojść do rękoczynów, popsuje się pogoda i zwaśnione strony poszukają kompromisu w pubie, nad szklanicą guinnessa.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl