"Tygodnik Powszechny", Nr 18 (2808), 4 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/unia/hiszpania/hiszpania04.php

Co robić, by zyskać na członkostwie w Unii, czyli...

Twardy jak Hiszpan
Marek Orzechowski z Brukseli

Francuzi mają pomysły, Niemcy je finansują - mówiło się w Unii, gdy Hiszpanie stawiali w niej pierwsze kroki. Dziś, gdy Niemcom skończyły się pieniądze, a Francuzom pomysły, ale Hiszpanom apetyty wcale się nie zmniejszyły, mówi się nieco inaczej: "Madryt potrzebuje pieniędzy, a Bruksela płaci".

Vanessa ma 25 lat. Gdy przyszła na świat w Madrycie, Hiszpania świętowała demokratyczną konstytucję. Trzy lata wcześniej zmarł Franco i rozpoczęła się demokratyzacja. Hiszpania odkryła Europę, a wraz z nią nową szansę. Gdy Hiszpania weszła do UE, rodzice Vanessy postanowili spróbować szczęścia i przenieśli się do Brukseli - dziewczyna miała wtedy 15 lat. Nie znali francuskiego, niderlandzkiego, niemieckiego ani angielskiego. Ale pracę znaleźli szybko - w europejskich instytucjach szukano mówiących biegle po hiszpańsku. Kolonia Hiszpanów w Brukseli rozrastała się, a z Madrytu, Barcelony, Sewilli wciąż napływali nowi.
Vanessa skończyła brukselskie gimnazjum; mogła napisać w CV, że mówi po angielsku, francusku i hiszpańsku - idealna mieszanka, by znaleźć dobrą pracę w stolicy Belgii. Interesowała się mediami i chciała pracować w takiej właśnie firmie - blisko wydarzeń i unijnego życia. Próbowała wiele razy, na jedno miejsce zgłaszało się czasem i tuzin chętnych; była wśród nich jedyną Hiszpanką. Dostała pracę. Dokładnie taką, jakiej szukała.

Iberyjski wielki skok

Jeżeli Hiszpanie czegoś chcą, to dostają - mówi jeden ze znawców brukselskiej sceny. Jeżeli nie wszystko i nie od razu, to na pewno wiele i za długo czekać nie muszą. Jak Vanessa dostała pracę, tak premier José María Aznar dostaje z Unii miliardy euro. Madryt monituje w Brukseli opóźnienia w jakimś unijnym projekcie - i już Komisja Romano Prodiego śpieszy z wyjaśnieniem. Madryt nie zgadza się z ograniczeniem połowu ryb - i już projekt komisarza Fischlera przekładany jest na następne posiedzenia, aż w końcu ginie w jakiejś szufladzie. Wśród unijnych narodów, które w Brukseli zabiegają o własne interesy, potrafią je przeforsować, a sukcesem wcale się nie nasycić, Hiszpanom nikt nie dorasta nawet do pięt.
Są też niezwykle solidarni: każdy hiszpański urzędnik robi wszystko, by otoczyć się rodakami. Stąd brukselski ambasador Hiszpanii często wyraża niezadowolenie, gdy podczas posiedzeń porządek dnia nie uwzględnia hiszpańskiego: jego rodaków w Brukseli jest już tylu, że hiszpański mógłby z powodzeniem uchodzić za czwarty, roboczy język w Unii. Nikt tego nie planował ani nie przewidział, ale hiszpańskie słowo stało się ciałem. I to tak ważnym, że Madryt potrafi doprowadzić nawet do dymisji jakiegoś wysokiego urzędnika, jeżeli sprzeciwia się on hiszpańskim interesom.
Przystąpienie Hiszpanii w 1986 r. do UE było wielkim modernizacyjnym impulsem. Do połowy lat 60. Hiszpania należała do krajów typowo rolniczych. Frankistowskie reformy ograniczały się do sektora usług, a upadek dyktatury przyniósł nowe zawirowania: inflację i bezrobocie. Podjęte pod koniec lat 70. reformy zaczęły wprawdzie przynosić efekty jeszcze przed wejściem do Unii, ale przełom nastąpił wraz z podpisaniem traktatu akcesyjnego. Wpływy z ujednoliconego podatku VAT (wprowadzonego właśnie w1986 r.), coraz większe unijne wsparcie oraz zyski z turystyki w rozsądny sposób wykorzystano do budowy nowoczesnej infrastruktury. Ówczesny rząd Gonzáleza zainteresował świat "nową" Hiszpanią. Wystawa "Expo" w Sewilli czy Olimpiada w Barcelonie przysporzyły rozgłosu, zainteresowania i pieniędzy. Jednym z motorów polityki gospodarczej było dążenie do spełnienia kryteriów członkostwa w unii gospodarczej i walutowej. W krótkim czasie zmianie uległa struktura socjalna kraju, a Hiszpania weszła w obieg zachodniej cywilizacji.
Dziś przeważa sektor usług - ponad 65 proc. zatrudnionych (30 proc. w przemyśle i tylko 3 proc. w rolnictwie). Ubyło ciężkiego przemysłu, przybyło przemysłu lekkiego, małych i średnich firm, które błyskawicznie weszły do unijnego krwiobiegu gospodarczego. Hiszpańskie buty podbiły Europę szybciej niż flamenco, hiszpańska moda od lat triumfalnie maszeruje przez stolice zachodniej Europy. Hiszpańskie wino wciska się bez trudu na unijne stoły: jest tak smaczne, jak francuskie, ale tańsze. "Unijna ręka" hoduje w Hiszpanii większość drzew oliwkowych. Gdy Hiszpania zabiegała o członkostwo w UE, przeciętny dochód jej mieszkańca nie przekraczał 45 proc. średniej unijnej. Dziś jest o niebo lepiej - wynosi niemal 88 proc. PKB na jednego mieszkańca wyniósł w 2002 r. ponad 18 tys. euro, zaś średni roczny dochód rodziny osiągnął ponad 12 tys. euro. Co więcej, Unia także nie stała w tych latach w miejscu, zatem realny przyrost hiszpańskiego dobrobytu jest jeszcze bardziej imponujący.

Bezwzględni patrioci

Już negocjacje Hiszpanii o członkostwo w Unii dały brukselskim "eurokratom" pojęcie, kogo wpuszczają do domu. Hiszpańscy dyplomaci, wcześniej w Brukseli zupełnie nieznani, dali się poznać jako niezwykle twardzi, wręcz bezwzględni. Twardy jak Hiszpan, uparty jak Hiszpan - mówi się od tamtego czasu w Brukseli. Niewątpliwie Hiszpanom przychodziła w sukurs ich skłonność do eksponowania narodowych uczuć: uchodzą za patriotów, wręcz nacjonalistów. Często urażeni w narodowej dumie, w tej dziedzinie biją na głowę Francuzów.
Podczas gdy większość krajów członkowskich traktuje Brukselę jak przechowalnię albo boczny tor, Hiszpanie rzucili na unijne instytucje wyspecjalizowanych i świetnie wyszkolonych profesjonalistów. Wielu wraca zresztą potem do Madrytu na wyższe stanowiska. Bruksela nie jest dla nich zsyłką; funkcja ambasadora przy UE to właściwie przedsionek do stanowiska ministra spraw zagranicznych. Inaczej niż np. u Niemców, którzy na unijnych komisarzy wysyłają drugi, trzeci garnitur urzędników, a kiedy ci kończą pracę w Brukseli, słuch po nich ginie. W krótkim czasie Hiszpanie nauczyli się wykorzystywać do perfekcji zasadę jednomyślności, bez której nie zapada w Unii żadna ważna decyzja. Premier Aznar nic nie robił sobie z załamywania rąk kanclerza Schrödera, gdy podczas szczytu wspólnoty w Berlinie nie chciał zgodzić się na ustalenia budżetowe. Przez całą noc Aznar blokował kompromis, pił kawę i wino, palił cygara, a kanclerz dorzucał Aznarowi miliony, byle zadowolić Hiszpanów. Wreszcie o szóstej rano Aznar ustąpił. Wszyscy byli zmęczeni, chcieli sukcesu, końcowego komunikatu, chcieli wracać do domu: dziś pewnie żaden z uczestników szczytu nie pamięta, o co poszło i dlaczego Aznar dostał więcej niż mu przysługiwało.
Czym jest hiszpański upór i obrona narodowych interesów, Polska mogła poczuć na własnej skórze, gdy w obawie o utratę miliardów z funduszów strukturalnych Madryt próbował w negocjacjach zablokować porozumienie w sprawie warunków sprzedaży ziemi w Polsce. Wcześniej Hiszpanie też nie przebierali w środkach: blokowali przydział kredytów dla Europy Wschodniej, dopóki nie uzyskali decyzji Unii, że Afryka Południowa nie będzie mogła sprzedawać w Europie wina pod nazwą "Sherry". Co ma piernik do wiatraka? Nic. Ale Hiszpanie dostali, co chcieli. W 2002 r. unijne subwencje dla Hiszpanii to prawie 8 mld euro. Niemal dokładnie tyle, ile rocznie dopłaca do Unii sam Berlin. Na ile pieniądze z UE pomagają Hiszpanii dorównać unijnemu standardowi - dokładnie nie wiadomo. Poza pieniędzmi ważne są przecież inne mechanizmy: swoboda wspólnego rynku, wolny transfer kapitału, udział we wspólnocie walutowej i gospodarczej - oraz niezliczone, a idące w setki tysięcy euro transakcje hiszpańskich firm z Europą. A ich sukces jest przecież także zyskiem Hiszpanii.

*


Vanessa chce wrócić kiedyś do Madrytu. - Unia to niekoniecznie Bruksela - tłumaczy. - Unię buduje się na miejscu, w domu.
Taka właśnie mądrość przyniosła Hiszpanii same sukcesy.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl