adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Francja

Francja
„TP” nr 31/2003


  Tygodnik Powszechny

  Felietony

  Tematy miesiąca

STAŁE DODATKI

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Jeszcze w Polsce czytałem historyków francuskich: Braudela i Le Goffa.
We Francji zajęła mnie "Historia klimatu od roku tysięcznego".


Lektury

Andrzej Dobosz

„Unia dla Ciebie”
Wersja do druku
Napisz komentarz

Nie mam zwyczaju odpowiadać na pytanie: co dzieje się w nowej literaturze francuskiej? Nie umiałbym też wymienić nazwisk laureatów nagrody Goncourtów z ostatniego ćwierćwiecza, choć przed laty w Polsce takie wiadomości mnie interesowały. Ostatnim naprawdę ważnym dla mnie powieściopisarzem francuskim był Albert Camus.

Od jego śmierci miałem w ręku kilkadziesiąt pozycji beletrystycznych, ale poza zabawnymi książkami Georgesa Pereca, żadna nie zajęła mnie na tyle, bym chciał o niej rozmawiać.

Tu mam ochotę przytoczyć, chyba nigdy nie zapisaną, opowieść Jerzego Turowicza. Jadąc kiedyś pociągiem z Paryża do Lyonu, miał w przedziale jedynego towarzysza podróży z walizką tak ciężką, że pozostała na podłodze. Gdy pociąg ruszył, współpasażer Turowicza otworzył tę walizkę pełną książek i wziął do ręki pierwszą z brzegu. Jej przejrzenie zajęło mu nie więcej niż trzy minuty, po czym zdecydowanym ruchem wyrzucił ją przez okno. Żaden z przeglądanych tomów nie zajął go dłużej niż przez kwadrans. Za okno nie wyleciały jedynie cztery książki.

W najbliższy piątek wieczorem bawiącego na wizycie u francuskich przyjaciół Turowicza gospodarze przeprosili zaraz po kolacji, że otworzą telewizor, bowiem zaczyna się interesujący tygodniowy program poświęcony nowościom wydawniczym "Apostrophe" prowadzony przez Bernarda Pivota. To był właśnie ów nieznajomy z pociągu. Pivot zapraszał co tydzień czterech lub pięciu autorów nowości. Traktował ich z życzliwym zainteresowaniem. Zadawał dobre pytania. Wszyscy uczestnicy wieczoru znali też książki zaproszonych kolegów. Świadczyli sobie nawzajem uprzejmości, chwilami może szczere, czasem przetykając je subtelnymi impertynencjami.Tak więc jakieś dwieście tomów rocznie prezentowane w tym programie to już były szczytowe osiągnięcia francuskiej produkcji literackiej. Na ogół podzieliły one losy powieści patronów głównej nagrody literackiej, braci Goncourtów.

Wreszcie Pivot stracił cierpliwość do literatury, zmieniając formułę audycji. Zajął się wszelkimi możliwymi wydarzeniami kulturalnymi, przesuwając książki z pierwszego planu. Ale to są wszystko wspomnienia sprzed kilku lat, gdy jeszcze mieliśmy w domu telewizor.

A przecież mieszkając nad Sekwaną nie straciłem nawyku czytania. Odwiedzam też w każdej wolnej chwili bardzo tu liczne, choć tylko w niektórych dzielnicach, księgarnie i nie wychodzę z nich z pustymi rękami.

"Francuzi to naród rolników i pisarzy" - powiada nasz przyjaciel Piotr Witt. Piszący Francuzi traktują swoje zajęcie z przykładną obowiązkowością. Oto J.M.G. Le Clézio, któremu Gombrowicz w ostatnim tomie "Dziennika" poświęcił całą stronę, w chwili debiutu mający 23 lata, uznany wtedy za nadzieję literatury, wydał w ciągu kolejnych 40 lat ponad 40 książek. Inni jego znani koledzy też wydają przynajmniej jedną książkę rocznie. I nie umiem sobie wyobrazić, by któryś z kolejnych tomów prozy Jeana d'Ormessona mógł zatrącać o grafomanię. Na pewno są inteligentne, dość zabawne, tyle że nie wydały mi się w czasie prób lektury dość ważne.

Pierwszym autorem francuskim, z którym miałem nieco bliższą styczność, był Raymond Aron. Latem 1957 r. odbyło się w Warszawie, bez większej reklamy, Międzynarodowe Spotkanie Filozoficzne, którego jednym z uczestników był Aron. Przy tej okazji dzięki Janowi Strzeleckiemu doszło też w upalną niedzielę do spotkania Arona z grupą członków Klubu Krzywego Koła. Wzięło w nim udział koło dwudziestu osób. Na pewno byli wśród nich, poza Strzeleckim, Jan Józef Lipski, socjologowie Stefan Nowak i Zygmunt Skórzyński, Witold Jedlicki, a może i jego młodszy brat Jerzy, Roman Zimand. Na ogół wszyscy byliśmy po lekturze "Końca wieku ideologii", wydanego rok wcześniej, jako 49. tom Biblioteki "Kultury". Zresztą przedruki Arona pojawiały się w "Kulturze" poczynając od numeru 6. z roku 1948. Pierwszy z nich, z upoważnienia autora, tłumaczyła Maria Czapska.

Byłem na sali najmłodszy i nie odezwałem się słowem. Nasz gość oszczędził nam pouczeń, ograniczał się głównie do zadawania pytań. Rodzaj tych pytań pozwalał i odpowiadającym na nie, i słuchaczom uświadamiać sobie rzeczy ważne. Było to jedno z najciekawszych spotkań w całej historii Klubu.

Po przyjeździe do Paryża w roku 1974 pilnie chodziłem na wykłady Arona w Collčge de France. Część z nich złożyła się potem na książkę "Plaidoyer pour l'Europe décadente". Była to nie tylko mowa obrończa, lecz krytyczna analiza polityczna, socjologiczna, ekonomiczna ówczesnych społeczeństw zachodnioeuropejskich. Tak się akurat złożyło, że uzyskałem wówczas pewną sumę, przekraczającą moje codzienne potrzeby. Wyciągając dalsze wnioski z tego, co akurat usłyszałem na ostatnim wykładzie Arona, pobiegłem do banku, by wymienić moje franki na marki zachodnioniemieckie. Płaciłem za markę franka i siedemnaście centymów. Nie minął rok, gdy marka stanowiła równowartość trzech franków i czterdziestu ośmiu centymów. Wtedy ruszyłem w moją pierwszą podróż z Francji przez Szwajcarię do Włoch.

Jeszcze przed wyjazdem z Polski czytałem w przekładach historyków francuskich: Fernanda Braudela i Jacquesa Le Goffa. We Francji zajęła mnie "Historia klimatu od roku tysięcznego" Emmanuela Le Roy Ladurie. Codzienne zapisy sytuacji meteorologicznej są tu prowadzone dopiero od końca XVIII wieku, natomiast notowania jakości kolejnych roczników wina są we Francji przechowywane od XII stulecia. Ścisłe zależności między klasą wina a ilością opadów, dni słonecznych i temperatury są od dawna oczywistością. Le Roy Ladurie pierwszy zdał sobie sprawę, że istnieje dzięki temu podstawowe, choć nie jedyne, źródło do studiowania dziejów klimatu.

Przykładem uprawiania przez tego autora historii całkowitej jest jego książka o wieśniakach Langwedocji ("Les Paysans de Languedoc", 1966) od średniowiecza do końca wieku XVII.

Zaraza roku 1348 rozpoczęła okres blisko 150-letni, gdy gwałtownie zmniejszona ludność tego regionu dysponowała obfitymi zbiorami. Na chłopskich stołach pojawił się na co dzień chleb pszenny, gdy jeszcze 50 lat wcześniej mogli sobie na to pozwolić tylko bogaci. Inni jedli pieczywo z mieszanki żyta i jęczmienia, co było lokalną specjalnością, podczas gdy w reszcie kraju spożywano od niepamiętnych czasów chleb żytni.

Wobec niedostatku rąk do pracy pasterstwo zaczęło zastępować uprawę gruntów. W roku 1505 w pewnej wiosce (Fontes) 106 opodatkowanych jej mieszkańców posiadało 2948 owiec i kóz. Przy zmniejszonej populacji zwiększyła się znacznie w Langwedocji liczba rzeźników. W wieku XVII liczba ludności zaczęła wzrastać znacznie szybciej niż produkcja żywności. Żyto znów wyparło pszenicę. Wierzyciele zbiedniałych rolników za długi mogli odzyskać jedynie zwierzęta. W 1695 r. było już w Fontes 248 podatników, ale posiadali oni tylko 1917 zwierząt. Powodowało to zmniejszenie ilości nawozu, więc niższe plony. Gdy jednak kurczyła się hodowla na wsi, zwiększały się stada hodowane na pograniczach miast, należące do bogatych mieszczan.

Po raz pierwszy w życiu nie umiałem się oderwać od lektury książki o życiu chłopów. 380 stron niedużego formatu z masą danych, dawkowanych jednak bez znużenia czytelnika. Przejrzysty opis warunków codziennego bytowania, cyklów gospodarczych i demograficznych, ilości i opłacalności upraw, i dopiero na tym tle konfliktów społecznych i nastrojów ludzi. W używanej przez nas w domu ośmiotomowej historii Francji, której tom 1 "Średniowiecze" napisał Georges Duby, Le Roy Ladurie jest autorem tomów: 2-go za lata 1460-1610, 3-go 1610-1715 i 4-go 1715-70. Tam już, na tak ściśle przedstawionym tle, odnajdujemy pojedynczych bohaterów historii z ich imionami nazwiskami i datami, wiadomości o bitwach i innych ważnych wydarzeniach. Emmanuela Le Roy Ladurie interesują zresztą nie tylko dawne dzieje. Gdy w lutym 1980 r. Leszek Kołakowski miał po raz pierwszy dwa wykłady w Collčge de France, to właśnie Le Roy Ladurie witał go tam i przedstawiał słuchaczom, następnie zawiadomił, że gość wystąpi również na seminarium Raymonda Arona w École des Hautes Études en Sciences Sociales na Bulwarze Raspail. Sam też się tam pojawił, zapraszając obecnych na jeszcze jedno spotkanie z L.K. Odbyło się ono w dużym mieszkaniu na rue St. Dominique, niemal naprzeciw ambasady PRL, gdzie był tylko ogromny stół i kilkanaście głębokich foteli. Z uczestników tego spotkania, podczas którego głównym tematem była ówczesna sytuacja Polski, poza raz jeszcze Aronem i Le Roy Ladurie, Władimirem Maksimowem, redaktorem "Kontinentu", zapamiętałem też Jean-François Revela, historyka i filozofa.

Całkiem ostatnio wydał on książkę "Obsesja antyamerykańska. Jej funkcjonowanie. Jej przyczyny. Jej niekonsekwencje". Wcześniej zajmował się trwałością utopii socjalistycznej, pokusą totalitarną. Jakkolwiek zwykle dostarcza mi łatwej przyjemności, że oto ktoś znany żywi poglądy podobne do moich, zawsze jednak znajdę u niego coś, o czym nie wiedziałem lub czego nie wymyśliłem. Stanowi też rzadki tu wzór zaangażowania wykraczającego poza doraźną perspektywę. Wymierza precyzyjne ciosy w lewo, co mogłoby wydawać się jego specjalnością, ale również w prawo. Pisał wprawdzie "O stylu generała" (Charlesa de Gaulle'a), ale żywię niezachwianą pewność, że nie wyda książeczki o François Mitterrandzie ani o Jacques'u Chiracu. Im obu różni autorzy poświęcili już po kilkanaście tomów. J.F. Revel interesuje się nie tylko ideologią i polityką. Zajmowały go również Włochy, Marcel Proust, wątki kulinarne w arcydziełach literackich. Od lat z upodobaniem czytuję kolejne książki o meblach XVII i XVIII stulecia, tracąc zainteresowanie dla przedmiotów stworzonych gdzieś po roku 1840, i o ich twórcach, choćby o paryskiej dynastii Jacobów. I bez tych lektur umiałbym odróżnić krzesło, fotel czy komodę angielską od francuskiej. Książkom jednak zawdzięczam wiadomości zaskakujące. Od XVIII wieku we wszystkich rezydencjach angielskich biblioteka zajmuje na ogół największe pomieszczenie pałacu lub zamku. Czasem są to dwie lub trzy przylegające do siebie sale, tak wysokie, że liczne wielkie szafy biblioteczne nie sięgają nigdy sufitu. Są jednak także biblioteki prywatne z zainstalowanymi galeryjkami, gdzie książki zajmują całą wysokość ścian. Rzeczywiście wszystkie wnętrza angielskie, które widziałem, częściej na zdjęciach niż osobiście, są wypełnione książkami, tak jak dziś wnętrze Pałacu Biskupiego w Lublinie.

Tymczasem we Francji, choć pisano, drukowano i chyba czytano książki, a nawet wiadomo, że przed rewolucją handlarz obrazów Lebrun był gorliwym kolekcjonerem książek, nie istnieją praktycznie szafy biblioteczne z tego okresu. Jak sobie radzili z książkami? Później poważne biblioteki posiadał Napoleon, królowa Hortensja miała dwie piękne szafy biblioteczne. Zbierali książki Chateaubriand i pani Récamier, a jednak francuskie szafy biblioteczne z pierwszych dziesięcioleci XIX wieku są w przeciwieństwie do angielskich wielką rzadkością u antykwariuszy i na aukcjach. Zresztą dotyczy to może nie tylko Francji. W pięknej, obficie ilustrowanej książce o pałacach Sycylii na 220 stronach znajduję tylko jedno zdjęcie sali bibliotecznej w pałacu w Palermo i zdjęcie jednej szafy z książkami w innym pałacu w tym mieście.

Na użytek skromniejszy używane były w Wielkiej Brytanii, a na jej wzór naśladowane w Holandii i Niemczech, sekretarzyki, z których wyrastała szafka na książki. Podobny mebel, jeśli zdarza się we Francji, ma najwyżej dwie półki, gdy w Anglii przynajmniej cztery.

Zresztą i szafy na garderobę wyrabiano we Francji XVIII stulecia już jedynie na prowincji. W Paryżu zaczęto ją wówczas umieszczać we wnękach ściennych. Szafy w postaci fałszywego gotyku lub renesansu wróciły do wnętrz stołecznych dopiero w połowie XIX wieku.

Francuską część mojej biblioteki wypełniają w dużej części książki i albumy fotografów: Eduarda Baldusa, Gustawa Le Gray, Charlesa Marvilla, Nadara, Eugčne Atgeta, Jacquesa-Henri Lartigue'a, Henri Cartier- -Bressona, który fotografował nas w Klubie Krzywego Koła, Roberta Doisneau, Edouarda Boubata. Każdy z nich reprezentowany jest przez kilka tomów. Oglądanie ich prac towarzyszy moim lekturom i Balzaca, i Prousta. Wracam do nich i przy innych okazjach. Przyglądam się postaciom z "Dziennika" braci Edmonda i Julesa de Goncourtów i anonimowym Francuzom dwu minionych stuleci. Oglądam Paryż, jakiego osobiście nie zdążyłem już zobaczyć, i utrwalone widoki miejsc, które z radością odwiedzam przy każdej okazji. Patrzę na pejzaże Francji znane mi już i te, które bardzo chciałbym poznać. Jakkolwiek jestem wielkim admiratorem dzieła niemieckiego fotografa Augusta Sandera i paru Amerykanów, myślę, że jako zespół zróżnicowanych indywidualności fotografia francuska ostatnich 150 lat nie ma w świecie konkurencji.

Jej twórcami są również cudzoziemcy. Węgier André Kertesz (ur. 1894), wychowanek Akademii Handlowej w Budapeszcie i pracownik giełdy w tym mieście, podczas pierwszej wojny światowej zaczął fotografować kolegów w okopach. Po wojnie wrócił jeszcze na kolejne siedem lat do pracy na giełdzie. W 1925 r. przybył do Paryża i zamieszkał na Montparnassie. Fotografował sceny uliczne, kawiarnie, ogrody, pracownie artystów. I ich samych: Pieta Mondriana, Marca Chagalla, Constantina Brancusiego, Tristana Tzarę. Ale także Francuzów: pisarkę Sidonie G. Colette, a nawet sędziwego marszałka Louisa H. Lyautey'a. Współpracował z licznymi pismami. W 1934 r. ukazał się album "Paryż widziany przez Kertesza". W 1936 r. wyjechał do Nowego Jorku, podpisując kontrakt z agencją Keystone. W Ameryce pozostał już do końca, przyjeżdżając jednak często po wojnie do Francji. W 1984 r., dziewięćdziesięcioletni, na rok przed śmiercią podpisał akt darowizny na rzecz państwa francuskiego kompletnego zbioru swych negatywów i korespondencji.

W tej chwili w Centrum Pompidou trwają i będą dostępne jeszcze przez kilka tygodni dwie wystawy fotograficzne: klasyka, rówieśnika Kertesza, Jacquesa Henri Lartigue'a, zmarłego w 1986 r., i Polaka - Bogdana Konopki, żyjącego tu od 20 lat. To, że akurat młody Polak może w tym miejscu przez pół roku przedstawiać swą wizję Paryża, jest poważną próbą zaadoptowania go. Konopka fotografował Europę Wschodnią, był w Afryce, wybiera się do Chin, współpracuje z pismami w Polsce. Czy będzie fotografem francuskim? Wybór zależy od niego.

Trwają prace nad uporządkowaniem olbrzymiego zbioru zdjęć i negatywów zmarłego przed dwoma laty Eustachego Kossakowskiego. Kossakowski, który nie bardzo umiał dbać o swoje sprawy, za życia wydał tylko jeden urzekający album o katedrze w Chartres, co już mu zapewnia miejsce w dziejach fotografii francuskiej. Spodziewam się, że prezentacja jego pełnego dorobku okaże się odkryciem.

I wreszcie książka stale leżąca na moim stole: "Słownik historyczny ulic Paryża" Jacquesa Hillaireta, dwa tomy wielkiego formatu, prawie 1600 stron. Zaglądam do niego parę razy w tygodniu, po każdym spacerze, a często i przed nim. Jest tam historia ulicy, na której mieści się księgarnia, historia zaczynająca się w roku 1202, oraz dzieje kamienicy - dopiero od wieku XVII. Hillairet opisuje dzieje domów i ich fasady. Niestety, nie wspomina o podwórzach, będących pewnie w tysiącach przypadków, choć znam tylko kilka ich setek, wspaniałymi ogrodami.

ANDRZEJ DOBOSZ (ur. 1935) jest krytykiem literackim, publicystą i stałym felietonistą "TP". Wydał zbiory tekstów: "Pustelnik z Krakowskiego Przedmieścia" (Puls 1993) oraz "Generał w bibliotece" (WL 2001). Zagrał w "Rejsie" Marka Piwowskiego. Od lat mieszka w Paryżu, gdzie prowadzi księgarnię.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny