"Tygodnik Powszechny", Nr 31 (2821), 3 sierpnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/unia/francja/francja08.php

Subiektywny przewodnik po nieznanych muzeach

Paryska alternatywa

Bogusław Deptuła

Paryż w siedem dni? Nie będę kłamał. Po pierwsze: nie iść do Luwru. Rozumiem, a zarazem nie rozumiem imperatywu kategorycznego obejrzenia Mony Lizy. W Luwrze należałoby właściwie spędzić cały ten tydzień. A przecież nie o to chodzi w tego rodzaju wyjazdach.

Nie ma sensu pobieżne nawet wyliczanie paryskich muzeów, bo chyba każdy człowiek zainteresowany jakimkolwiek rodzajem ludzkiej (i nie tylko) aktywności znajdzie tu coś odpowiedniego dla siebie. Oczywiście stolica Francji ma jeszcze setki innych zalet. Na podróżnika-łasucha czekają tu najlepsze ciastka na świecie (Laduree), niezwykła czekolada u Charlesa Chocolatier, herbata u Frčres Mariages. A poza tym każdy ma tu swoje ulubione miejsca i dałby się za nie pokroić. Paryż jest największą obfitością, jaką spotkałem w życiu.

Rzeźbiarskie pracownie

Pamiętam, jak podczas pierwszego pobytu, realizując bardzo napięty program zwiedzania, wspierając się legitymacją studenta historii sztuki (co nie zawsze było wystarczającą pomocą), dotarłem do Muzeum Augusta Rodina. Obiecywałem sobie po nim bardzo wiele. Rozczarowanie było tak silne, że trwa do dziś i nie wiem, czy to się kiedyś zmieni. W tym samym czasie (nie pamiętam niestety, czy za sprawą czyjejś światłej rady, czy przypadku) dotarłem do muzeum-pracowni Ossipa Zadkina. Tu pełna satysfakcja. I tak też pewnie zostanie na zawsze.

Na muzeum wielkiego Rodina przeznaczono wielki paryski pałac. Do zimnych i pustych sal wstawiono jego zmysłowe i giętkie rzeźby, w świętym przekonaniu, że to wystarczy. Ale się nie powiodło. Chłodne wnętrze schłodziło i pokonało rzeźby. Powiało muzealnym smutkiem.

Zaprzeczeniem jest pracownia Zadkina, zamieniona w jego muzeum. Urodzony w Smoleńsku rzeźbiarz przebywał w Paryżu od 1909 r.. Na rue d'Assas mieszkał od roku 1928 aż do śmierci w 1967. Tu wszystko jest na swoim miejscu. Każda rzecz znajduje się tam, gdzie zostawił ją rzeźbiarz: trochę szkiców, prac dokończonych, narzędzia, pamiątki, duch. A do tego niewielki ogródek zapełniony rzeźbami, wiosną zaś, jak zapewniają Paryżanie, żonkilami. I choć zdaję sobie sprawę, że popularność obydwu rzeźbiarzy nie jest identyczna, to jednak namawiam, by zastąpić wizytę w Muzeum Rodina pracownią Zadkina. Aha, jak zapewnia przewodnik po Paryżu, ogród Muzeum Rodina wart jest uwagi ze względu na dwa tysiące krzaków róż... Cóż, trudno zaprzeczyć, że to nie lada jaka atrakcja.

By skończyć opowieść o muzeach rzeźby, muszę przypomnieć najpiękniejsze z nich. Mieści się w samym środku środka, czyli tuż obok Centrum Pompidou, zwanego powszechnie Beaubourgiem. Najlepsza bodaj kolekcja sztuki nowoczesnej ma za sąsiadkę skromną, ale urzekającą pracownię największego rzeźbiarza XX wieku - Constantina Brancusiego.

Tak naprawdę była ona gdzie indziej. Jednak, jak wielu innych, Brancusi zapisał państwu francuskiemu swoją pracownię wraz z jej nieogarnialną wręcz zawartością, która w 1995 r. znalazła pomieszczenie w niewielkim pawilonie zaprojektowanym przez znakomitego architekta Renzo Piano.

O tym, jak wyglądało oryginalne wnętrze, informują zachowane zdjęcia i szkice - wykonane zarówno przez samego Brancusiego, jak i odwiedzających jego pracownię gości, którzy najwyraźniej natychmiast orientowali się, z jak niezwykłym miejscem mają do czynienia.

Co więcej, pracownia musiała być dla Brancusiego samoistną inspiracją, skoro tak chętnie portretował jej wygląd. Można więc było pokusić się nawet o określenie wzajemnych relacji czasowych i przestrzennych między rzeźbami. A do tego jeszcze dochodzi wszystko inne, co pozostało: piły do drewna, płyty gramofonowe do słuchania, kamienie do ociosania, postumenty do podstawiania, rzeźby do pokazywania, atmosfera do ocalania.

Kult jednego artysty

Można by odnieść wrażenie, że najciekawsze są muzea - pracownie rzeźbiarzy. To jednak wynika wyłącznie z przypadkowej kolejności opisu. W Paryżu jest jeszcze wiele niezwykłych muzeów.

Może najbardziej pociągające jest Muzeum Gustava Moreau (1826-1898). Ten malarz i nauczyciel jest postacią niezwykle intrygującą. Przygotowanie i warsztat malarski powinny doprowadzić do tego, by został akademikiem nad akademikami. Potwierdzeniem mogą być liczne kopie z dawnych mistrzów (zarówno rysunkowe, jak i malarskie) oraz gromadzone latami zbiory zdjęć i rysunków.

Przy czym właściwie bez znaczenia było, czy owe kopie dotyczą romańskich portali, czy greckich tympanonów. Dla Moreau, malarskiego polihistora, wszystko było równie pociągające, równie godne uwagi. Z pomocą swej gigantycznej wiedzy tworzył symbolistyczne w istocie obrazy o bardzo skomplikowanej ikonografii, wykorzystującej również mocno pogłębioną wiedzę historyczną, mitologiczną i biblijną.

Twórczość Moreau zamyka w jakimś sensie świat malarstwa przewidywalnego i sprawdzalnego, świat obrazów odnajdujących się w historii. Już jego liczni uczniowie (a w tej liczbie grupa malarzy fowistów z Matissem i Rouaultem) z historią sztuki jako historią malarstwa, zerwali bezceremonialnie, choć nie ostatecznie.

"Tak kocham moją sztukę, że będę szczęśliwy tylko wtedy, gdy dla mnie jednego będzie przeznaczona". Trochę to dziwne zdanie, ale mające pełne potwierdzenie w tym, co widzimy, wchodząc do domu przy ulicy La Rochefoucauld 14. Jako że za życia Moreau nie sprzedał zgoła nic, w tym wcale niezbyt obszernym, dwupiętrowym budynku zmieściła się niemalże cała jego artystyczna spuścizna: 1200 obrazów olejnych i akwarel oraz 10 000 rysunków.

Sporo z tego można tu zobaczyć niemal zawsze. Specjalne, wysuwane półki na obrazy, rysunki na przeglądarkach, chroniących je przed światłem. Rzec można, że to rodzaj świątyni przeznaczonej do kultu jednego artysty i jego sztuki.

Skomplikowane i drobiazgowe obrazy Moreau - wymagające wielkiego nakładu pracy - to jedna strona twórczości tego artysty. Ale odkryć można twórczość zupełnie inną, niemalże przeciwstawną. Dziesiątki olejnych i akwarelowych szkiców - tak spontanicznych i szybkich, że zdają się abstrakcjami. Piszę "zdają się", ale one po prostu są abstrakcyjne, choć nie jestem pewien, czy sam Moreau tak by o nich powiedział.

Nie twierdzę wcale, że drobiazgi są lepsze od tego, co powszechnie kojarzy się z malarstwem tego artysty. Chcę jedynie powiedzieć, że to ważna część jego twórczości, pokazująca, czemu Moreau mógł wykształcić późniejszych fowistów. Na koniec jeszcze jedna uwaga: dwa piętra pracowni poprzedza piętro mieszkalne - nietknięte i pięknie zachowane - z kompletem pamiątek, drobiazgów, mebli. Nawet w toalecie nic się nie zmieniło.

Sześć zmysłów

Są jeszcze inne rodzaje muzeów.

Średniowieczu poświęcone jest Muzeum Cluny. To na pewno jedna z największych i najcenniejszych kolekcji sztuki średniowiecznej na świecie. Można tu oglądać rzeźby, klejnoty, witraże, iluminowane kodeksy.

Ja jednak przychodzę tu, by zobaczyć sześć tapiserii z "Damą z jednorożcem". Powstały około 1500 roku, prawdopodobnie w Niderlandach. Ich ikonograficzne treści są dość skomplikowane, ale jedno jest pewne: pięć tkanin przedstawia alegorie zmysłów: wzrok to spojrzenie w lustro, węch to wąchanie goździków, smak to jedzenie słodyczy, słuch to granie na portatywie, dotyk to dotknięcie rogu jednorożca.

Ostatnią tapiserię opatrzono napisem "A mon seul désir" ("na moje jedyne pragnienie"). Mimo zniszczeń, tkaniny wyglądają znakomicie: żywa czerwień tła, bogactwo naturalistycznych wręcz detali drzew, kwiatów, zwierząt, czynią z tego zbioru jakąś nadzwyczajną wprost summę wiedzy i doświadczenia tworzących te tapiserie rzemieślników.

Znakomita jest obecna ekspozycja ,,Damy z jednorożcem", jakby wyjęta z całego muzealnego ciągu. Stworzono specjalną okrągłą salę, by tapiserie mogły na siebie wzajemnie spoglądać. Światło jest przyciemnione, bo szkodzi barwom tkanin, ale stwarza intymną, wyjątkową aurę.

I wreszcie perła wśród paryskich muzeów - Muzeum Jacquemart-André pod numerem 158 Bulwaru Haussmanna. Muzeum mieści się w obszernym pałacu, obróconym tyłem do bulwaru. W jego wnętrzach zamożna francuska rodzina zgromadziła jedyną w swoim rodzaju kolekcję sztuki. Można tu oglądać freski Giovanniego Battisty Tiepola, przeniesione z willi pod Wenecją do tego paryskiego pałacu. Poddane niedawno konserwacji, jak żadne inne francuskie dzieła tego malarza ilustrują jego wielki talent.

A poza Tiepolem arcydzieło Uccella "Św. Jerzy walczący ze smokiem", Mantegna, Botticelli, Crivelli, Bellini. Rembrandta "Uczta w Emaus", a do tego van Dyck, Canaletto, Reynolds... Znakomita kolekcja malarstwa francuskiego (Boucher, Chardin, Greuze, Fragonard, Watteau) dopełniana przez świetne osiemnastowieczne meble i tkaniny.

W ekspozycji zostało jeszcze wiele z dziewiętnastowiecznego sposobu zestawiania i pokazywania sztuki, ale znaleźć tu też trochę można z atmosfery wielkiego, miejskiego pałacu. W istocie jest to właściwie pałac z zachowanym wyposażeniem. Nie jakiś zwykły, jakich wiele w Paryżu, ale taki, w którym strop w sali z malarstwem włoskiego quattrocenta pochodzi z tego samego czasu i został tu po prostu przeniesiony. Rzeźby wmurowano w ściany i stworzono z nich jakąś nową lapidarialną gmatwaninę, bogatą w Donatella czy Della Robbię.

Zawsze pachnie tu woskowanymi parkietami. I wszystko da się obejrzeć w godzinę.

*


Mojej paryskiej alternatywie muzealnej można wiele zarzucić. Gdzie się zgubili impresjoniści, Cézanne? Najłatwiej ich spotkać w Muzeum Orsay, ale to kolejny moloch, który może wchłonąć, a potem wypluć martwego zwiedzającego.

Potrzebującym polecam Muzeum w Oranżerii, czyli pawilonie Luwru. Tam znaleźć można sławne "Nenufary", późne dzieło Moneta, ale także wiele świetnych obrazów impresjonistów (w tym 24 obrazy Renoira i 14 Cézanne'a). A do tego Ecole de Paris z Modiglianim i Soutinem. Idąc tym tropem, można polecić Muzeum Sztuki Nowoczesnej Miasta Paryża jako alternatywę dla Beaubourg, zaś zbiór Petit Palais jako alternatywę dla Luwru.

Nie da się zastąpić jednych dzieł innymi. Można jednak na chwilę zamienić oblegane i przemęczone wielkie muzea na inne.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl