adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Francja

Francja
„TP” nr 31/2003


  Tygodnik Powszechny

  Felietony

  Tematy miesiąca

STAŁE DODATKI

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Stosunki polsko-francuskie: kohabitacja czy przyjaźń?

Pępek Europy

Z Aleksandrem Smolarem, politologiem, rozmawia Cezary Lewanowicz

„Unia dla Ciebie”
Wersja do druku
Napisz komentarz

Cezary Lewanowicz: - Dlaczego tematy polsko-francuskie stały się drażliwe? Czy poza okresem sympatii Francji dla Polski sponiewieranej pod zaborami lub w czasach komunizmu, i wdzięcznością Polaków, wchodziły kiedykolwiek w grę wspólne interesy? Przecież dla obu narodów geopolityka nigdy nie była bez znaczenia.

Aleksander Smolar: - Dla Polaków Francja była ważnym kulturowo punktem odniesienia. Była w czasach wielkiej emigracji miejscem przechowania i rozwoju polskiej kultury oraz myśli niepodległościowej. Vive la Pologne, Messieurs nie musiało oznaczać gotowości poświęcenia się, było jednak dowodem pamięci i sympatii dla Polski. Sympatii o źródłach zarówno emocjonalnych, jak politycznych. Polska miała w sobie potencjał rewolucyjny - nie akceptowała stanu po rozbiorach - co w różnych momentach sprzyjało interesom Francji. Pamiętajmy też, skacząc po historii, o roli Francuzów jako doradców, chociażby marszałka Ferdinanda Focha w czasie wojny polsko-bolszewickiej.

- Kiedyś jednak te dobre relacje zaczęły się psuć...

- Istotne załamanie nastąpiło w 1939 r. Ucierpiał mit Francji i poczucie bliskości. Jest pewna sztampa, którą posługują się Polacy w opisie tragedii kampanii wrześniowej, a słowa: samotność, porzucenie, zdrada Zachodu, odgrywają istotną w niej rolę. Np. we Francji nikt nie powie, że uległa Niemcom w 1940 r. z powodu osamotnienia i zdrady. To wobec Czechów i Słowaków dopuszczono się zdrady w Monachium, wynikającej z głupoty, krótkowzroczności politycznej i pacyfizmu. W Polsce natomiast rozegrał się dramat słabego kraju wciśniętego między dwie wrogie mu potęgi. Jeżeli Francja popełniła błąd, to znacznie wcześniej, gdy nie interweniowała na czas, uniemożliwiając zbrojenie się Niemiec. Czesław Miłosz pisał niedawno, jakim szokiem dla inteligenta polskiego w czasie wojny była klęska Francji, oznaczająca nie tylko załamanie się tego kraju, ale i koniec Europy. Politycznie Francja, kontynentalna Europa, znika wtedy z pola widzenia Polaków. Poczynając od II wojny światowej, a zwłaszcza od lat "zimnej wojny", alternatywą dla władzy sowieckiej był Zachód, a więc w istocie USA. Nie Europa, a już na pewno nie Francja.

Dzisiejsze kłopoty polskiej pamięci i świadomości z Francją dotyczą przede wszystkim okresu po 1989 r. Wcześniejsza historia upadku wielkiej Francji jest jednak gdzieś w tle. Prezydent François Mitterrand uważał, że wychodzenie Polski i innych krajów regionu z chaosu zajmie dziesiątki lat. Dlatego zaproponował koncepcję Federacji Europejskiej jako w istocie substytutu dla członkostwa nowych demokracji we Wspólnocie Europejskiej. Nie było w niej miejsca dla Ameryki, za to było dla ZSRR czy później Rosji. W Polsce i u sąsiadów odebrano to, słusznie, jako wegetariański substytut dla prawdziwego mięsa, czyli członkostwa w Unii. Francuska nieufność wobec rozszerzenia wynikała też z obawy przed zmianą układu sił w Europie na korzyść Niemiec. Paryż pesymistycznie zakładał, że wschodnia Europa stanie się niemiecką domeną. Polacy dostrzegali brak entuzjazmu Paryża, co było źródłem napięć.

Rozbieżność to nie konflikt

Narastające nieporozumienia mają też źródła w priorytetach francuskiej polityki. Francja, mimo wielkich aspiracji, nie jest już światowym mocarstwem. W obliczu konieczności dokonywania wyborów Paryż koncentruje uwagę na południowych a nie wschodnich sąsiadach Unii. Zresztą, nie tylko w wyniku kalkulacji geopolitycznych, ale też ze względu na problemy wewnętrznej stabilności. We Francji mieszkają miliony muzułmanów, naturalnie powiązanych z krajami pochodzenia i światem islamu. Przenikają też do nich tendencje skrajne. Dlatego dla Francji priorytetowe znaczenie ma unijna polityka rozwoju i stabilizacji jej południowych, zamorskich sąsiadów, a nie Europy Środkowo-Wschodniej. Francja się od nas oddaliła. Musimy to zrozumieć i uznać wagę jej problemów, przekonując zarazem Paryż do naszej polityki wschodniej. Rozbieżność interesów to nie konflikt ani wrogość. Zamiast spisywać protokół rozbieżności, szukajmy wspólnych interesów.

- Z tego wynika, że trudności w polsko-francuskich stosunkach nie biorą się z niedawnych słów prezydenta Jacques'a Chiraca, czy tego, że Polska kupiła samoloty F16.

- Historia jest znacznie dłuższa. Zarówno dobra, jak zła. To nie znaczy, że drobne na pozór fakty, jak wypowiedź prezydenta Chiraca, nie mają znaczenia, nie wpływają na stosunek Polaków do Francji. Czy też, z drugiej strony, odbiór polityki polskiej, jako zdecydowanie proamerykańskiej, nie wpływa na opinię francuską. Zresztą sondaże opinii publicznej pokazują ogólne pogorszenie stosunku do poszerzenia Unii we wszystkich krajach członkowskich.

- W 1967 r., kiedy Charles de Gaulle był z oficjalną wizytą w Polsce, zdarzało mu się mówić rzeczy, które doprowadzały I sekretarza PZPR - Władysława Gomułkę do szewskiej pasji. W Krakowie powiedział, że "oczywiście postęp wymaga bliskiej współpracy z sąsiadami, byle tylko współpraca nie oznaczała de facto wchłonięcia przez obcy aparat państwowy". Francja dopiero co wystąpiła ze struktur NATO i w tym kontekście padają w polskim parlamencie słowa de Gaulle'a: "Francji udało się odzyskać pełne prawo do stanowienia o sobie samej". Doprowadziło to do zmiany programu jego wizyty w Polsce i trudnej rozmowy z Gomułką.

- Choć de Gaulle namawiał w istocie do wspólnej polityki przeciwko USA i ZSRR, Warszawa nie była oczywiście samodzielnym podmiotem. Po 1989 r. Polska prowadzi politykę realizacji własnych interesów: integrowała się ze strukturami świata zachodniego przystępując do NATO i UE, prowadziła samodzielną politykę wschodnią. Dotychczas jednak, nawet jeżeli wybory Warszawy nie wzbudzały tu i ówdzie entuzjazmu, Polska nie wchodziła w ostre zwarcie z głównymi partnerami. Tak stało się dopiero w czasie poprzedzającym wojnę w Iraku, w jej trakcie i w jej następstwie.

- Gdy parę tygodni temu odwiedziłem Paryż, pierwszy raz w życiu miałem wrażenie, że wiele osób bardzo się starało, żebym się tam nie czuł jak u siebie. Niektórzy oficjele zwracali się do mnie jak do amerykańskiego agenta, ponieważ jestem z Warszawy.

- Francuzi źle odebrali polskie decyzje - podpis pod "listem ośmiu", udział w działaniach wojennych i tzw. siłach stabilizacyjnych, czyli - w języku niedyplomatycznym - siłach okupacyjnych. Odczytali to jako wybór przeciwko Francji i koncepcji Europy, którą ona tradycyjnie głosiła. Z drugiej jednak strony, uświadomiono sobie zarówno w Paryżu, jak w Berlinie, że pojawił się nowy znaczący podmiot w stosunkach międzynarodowych. Toteż ton wypowiedzi o polskiej polityce uległ szybko dyplomatycznemu złagodzeniu, np. w czasie spotkania "trójkąta weimarskiego" we Wrocławiu. Dowód przyspieszonego uczenia się nowej geopolityki.

Nie tylko Francja, także Niemcy i inne kraje UE muszą się uczyć nowej geografii i historii Europy. Wiele krajów nie rozumie np. polskiej obsesji bezpieczeństwa. Ani też przywiązania do suwerenności narodów, które niedawno ją odzyskały. Nie mają naszych doświadczeń historycznych. Nas czeka podobna nauka, nawet bardziej intensywna, bo wchodzimy do zachodniego świata, w którym fundamentalne zasady zostały ustanowione przez kraje, tworzące go od dawna. Musimy też realistycznie definiować prawdziwe dylematy naszej polityki. We Francji i innych krajach "starej" Unii brzmią zupełnie niezrozumiale polskie odniesienia do sytuacji z 1939 r. dla uzasadnienia dzisiejszych wyborów geopolitycznych. Coś się jednak w świecie od tamtego czasu zmieniło!

Europa-Francji ciąg dalszy

- Takie definiowanie sytuacji wymaga jednak racjonalnej analizy, a u nas, zarówno w polskim społeczeństwie jak elitach, ciągle ważniejsze są emocje. Kiedy Barbara Labuda pisze w "Gazecie Wyboczej", oceniając postawę Francji wobec wojny w Iraku: ,,Okazaliście obojętność wobec wolności innego narodu", czy dopuszcza się nadmiernego uproszczenia?

- Labuda ma oczywiście prawo do opinii. Od osoby oficjalnej oczekiwałbym jednak, poza moralizatorstwem, analizy politycznej.

Jestem krytyczny wobec polityki Francji. Uważam też, że Chirac przyczynił się do głębokiego kryzysu Europy, ale przecież francuskie żądania dostarczenia dowodów na związki Saddama Husseina z Al Kaidą czy na posiadanie przez niego broni masowej zagłady przed podjęciem działań militarnych, nie były dowodem ani głupoty, ani braku moralnej wrażliwości. Z chęcią zapytałbym panią Labudę oraz inne osoby, które poparły wojnę, posługując się moralnymi argumentami, co myślą o relacji polityki i kłamstwa. Taki był temat sławnego eseju Hannah Arendt na temat wojny w Wietnamie i kłamstw ówczesnej administracji amerykańskiej. Z chęcią bym też usłyszał opinię o nieukrywanym rewolucyjnym projekcie zmiany mapy politycznej Bliskiego Wschodu i typu stosunków międzynarodowych, które Waszyngton, a w każdym razie dominujący tam intelektualnie neokonserwatyści, próbuje kształtować. To dotyka bezpośrednio Europy. To dotyczy również Polski. Nie są to problemy bez znaczenia dla oceny tego, co dzieje się w Iraku. Oczywiście, usunięcie irackiego dyktatora było faktem niezwykle pozytywnym. Tylko, co dalej w Iraku, regionie, świecie? To, co Max Weber nazywał etyką odpowiedzialności wymaga wyjścia poza czysto moralistyczną perspektywę.

- W Polsce bycie antyfrancuskim i proamerykańskim jest trendy...

- Identyfikowanie się z Ameryką ma różne głębokie źródła w polskiej historii, również tej niedawnej (np. rola USA w implozji Związku Radzieckiego czy później w przyjęciu Polski do NATO). Bliska też jest Polakom, jak się wydaje, rola religii w USA i moralistyczny język "dobra" i "zła", którym posługuje się obecna administracja. Francuzi maję alergię na jedno i drugie.

W stosunkach polsko-francuskich długofalowo poważniejszym źródłem napięć niż wojna iracka jest problem stosunku do UE. Przez kilkadziesiąt lat Niemcy identyfikowali się z Europą, uciekając przed skompromitowaną czasami nazizmu tożsamością narodową. Dla Francuzów zaś Europa była naturalnym i prostym przedłużeniem Francji. Istotnie, Paryż miał zasadniczy wpływ na kształt UE. Tradycja takiego podejścia do Unii w elitach francuskich w poważnym stopniu pozostała do dziś. Gdy czyta się wypowiedzi Chiraca o Unii, uderza, w jak naturalny sposób identyfikuje on interesy Francji z interesami Wspólnoty, choć Francja jest dziś za mała, aby w czasach globalizacji odgrywać rolę mocarstwa. Np. "list ośmiu" zaszokował Francuzów, ponieważ kwestionował utożsamienie niemiecko-francuskiego porozumienia z dobrem Unii oraz francuską wizję tego, co dobre dla Europy.

Przedstawianie porozumienia Schröder-Chirac jako głosu Europy było błędem, ale jego sygnatariusze nie wzięli pod uwagę, że inni członkowie UE mogą go nie akceptować. Teraz wchodzi do Unii 10 nowych narodów i będzie to miało istotny wpływ na jej przyszły charakter. Wszyscy, w tym Francja, muszą się tego nauczyć.

- Traktat konstytucyjny UE, zaproponowany przez Valéry'ego Giscarda d'Estainge, gdy chodzi o kompetencje głównych unijnych instytucji, w dużej mierze jest odzwierciedleniem konstytucji V Republiki. Grozi to przeniesieniem systemu cohabitation i konkurencją na szczycie władzy UE, tak jak między prezydentem i premierem we Francji.

- To nie jest wynik zamierzonego działania Francuzów, tylko skutek kompromisu. Zresztą kohabitacja też nie była zaplanowana w konstytucji V Republiki, skrojonej na miarę gen. Charlesa de Gaulla. Kohabitacja i konflikt między prezydentem a premierem były nieprzewidzianym następstwem zwycięstwa przeciwnych opcji w wyborach parlamentarnych i prezydenckich, np. prezydent wywodził się z lewicy, parlament zaś z prawicy (za Mitteranda) czy odwrotnie (w czasie pierwszej kadencji Chiraca).

Wracając do Europy: Francuzi najchętniej pomniejszyliby rolę Komisji Europejskiej na rzecz Rady Europejskiej. Pozostawienie względnie silnej Komisji jest z ich strony ustępstwem. Francja bowiem zawsze uprzywilejowywała mechanizmy porozumień międzyrządowych, które uosabia Rada, dająca silniejszą pozycję największym państwom. I odnosi się nieufnie wobec Komisji - nośnika projektów federacyjnych.

Jakobińska tradycja i współczesne reformy

- W relacjach polsko-francuskich nie pomaga sytuacja wewnętrzna we Francji - kryzys społeczny, gospodarczy i polityczny, którego emanacją były wybory prezydenckie w 2002 r. i sukces lidera Frontu Narodowego - Jean-Marie Le Pena. Czy partner dotknięty kryzysem może być niezbędny?

- Polacy byliby szczęśliwi, gdyby mogli żyć w takim stanie kryzysu, w jakim żyje Francja. Ale poważnie: Francja ma problemy od początku lat 90. Koniec "zimnej wojny" zakwestionował istotne atrybuty jej wielkości. Nadto, scentralizowane państwo, sięgające korzeniami czasów monarchii absolutnej i tradycji jakobińskiej, z trudnością przystosowuje się do wymogów zglobalizowanego świata, gdzie produkcja w mniejszym stopniu zależy od państwa i wielkich organizacji, w większym zaś od otwartości, elastyczności i powiązań sieciowych. Rozbudowane państwo dobrobytu i siła korporacjonizmów doprowadziły do poważnych problemów gospodarczych i społecznych. Sztywny rynek pracy oraz system podatkowy, utrudniający powstawanie nowych miejsc pracy, powoduje, że tysiące młodych francuskich przedsiębiorców osiada w Wielkiej Brytanii. Wygląda jednak na to, że, mimo silnych strajków ostatnich miesięcy, rządowi udała się reforma systemu emerytalnego, na której 10 lat temu poślizgnął się premier Alain Juppé. Głębokich reform wymaga jednak i wiele innych dziedzin, np. system ubezpieczeń, edukacja. Tymczasem wiele związków zawodowych oraz partii przyjęło postawę anachroniczną. Pragmatyczna reakcja związkowców z CFDT była odosobniona. Dodam, że to związek najsilniej związany z "Solidarnością" w jej pierwszym, heroicznym okresie, z którego wywodzili się bliscy przyjaciele Polski, o których u nas zapomniano, chociaż powinno im się składać hołd: Édmond Maire, Jacques Chérčque (ojciec obecnego przywódcy CFDT - Françoisa Chérčque'a). To rzadki we Francji typ związkowców, którzy wiedzą, że związek zawodowy nie może zarzynać przedsiębiorstw, od których zależy zatrudnienie, poziom dochodów, ogólna koniunktura.

Reformy atakowała też partia socjalistyczna, za co doczekała się krytyki ze strony niektórych wybitnych socjalistów, np. Michela Rocarda. Dużą część społeczeństwa zdominowały postawy anachroniczne, utrudniające jego transformację.

- Wspomniał Pan o potrzebie zreformowania francuskiego szkolnictwa. Szkoła ma w tym kraju rolę fundamentalną - to nie tylko instytucja przekazywania wiedzy, ale także podstawa państwa i społeczeństwa - serce Republiki.

- Kryzys francuskiej szkoły jest kryzysem integracji narodowej. W tym kraju naród integrowało parę instytucji, które wiązały z sobą ludzi różnych kondycji: republikańska armia przez pobór powszechny, szkoła, Kościół, partie. Dzięki tym instytucjom także imigranci integrowali się z Francją.

Wpływ Kościoła skurczył się jak jaszczurza skórka. Francuski katolicyzm jest dojrzały intelektualnie, ale ma ograniczony wpływ na społeczeństwo. Wraz ze zniesieniem poboru i wprowadzeniem armii zawodowej również wojsko przestało być elementem społecznej i narodowej integracji. Partie, podobnie jak w innych krajach, stają się stopniowo związkami zawodowymi aspirantów do władzy, którzy przy pomocy mass-mediów i wielkich pieniędzy organizują raz na parę lat kampanie zdobywania głosów.

Szkoła publiczna była najważniejszą demokratyczną instytucją integracji - szansą dla wszystkich, niezależnie od społecznego czy narodowego pochodzenia. Jej kryzys w ciągu ostatnich 20 lat zwiększył rolę szkolnictwa prywatnego. Przedtem było ono raczej bocznym torem dla tych, którym nie powiodło się w szkolnictwie publicznym. Obecnie szkoła bardziej różnicuje niż integruje społeczeństwo. Nie potrafi zasymilować milionów ludzi odmiennego pochodzenia etnicznego czy innej religii. Przyczyną jest m.in. gettyzacja - ludność napływowa mieszka w enklawach etnicznych, co pociąga za sobą upadek szkół na tych terenach.

Poza tym, szkolnictwo jest merytorycznie przestarzałe. Korpus profesorski walczy o własne interesy i ma anachroniczne poglądy, zdarza się, że lewicowo-rewolucyjne, nijak nie przystające do potrzeb nowoczesnego społeczeństwa. Nauczanie akademickie jest ciągle scentralizowane. Nawet elitarne szkoły, tzw. Grandes Écoles, narzekają na malejącą liczbę studentów-cudzoziemców. Francuscy kandydaci zaczynają przegrywać z konkurentami w konkursach do instytucji unijnych. Reformatorami są często nowi konserwatyści, którzy od apoteozy roku 1968 - rewolty studenckiej, która wstrząsnęła Francją - przeszli do potępiania tego dziedzictwa. Minister oświaty, Luc Ferry, jak cała fala neokonserwatywna, chce przywrócić w szkole tradycje, autorytet i hierarchię, wyraźny podział na role nauczyciela i ucznia, którzy nie mogą być kolegami o mniej więcej równych prawach.

Francja przechodzi poważne trudności, ale, obok Niemiec, pozostaje centralnym krajem Europy. Produkcja obu krajów to niemal połowa produkcji Unii. Odgrywają więc podstawową rolę w rozwoju gospodarczym UE, także Polski. Dość zabawnie brzmiały w tym kontekście zachwyty polskiej prasy, i wielu polityków, na temat cudów offsetu, z których Polska ma korzystać w związku z zakupem samolotów F16, czy imperialne sny o interesach w Iraku. I to wszystko w okresie przygotowywania unijnego referendum! No bo cóż to są za korzyści w porównaniu z tym, co Polska już uzyskała i może w przyszłości posiadać w ramach UE, dzięki postępującej integracji oraz zasadzie solidarności obowiązującej w Unii. Istnieje w Polsce, zwłaszcza w klasie politycznej, wręcz bałwochwalczy proamerykanizm, zachłyśnięcie się Ameryką, jakby zapomniano, że żyjemy tu i teraz, w Europie, a nie np. w Teksasie. Europa jest nieuchronną wspólnotą naszego losu właśnie z takimi sąsiadami i ich trudnościami, które z racji bliskości stają się naszymi.

Narodom nic, jednostkom wszystko

- Jak Francuzi rozumieją laickość?

- To dość szczególny model rozwodu państwa i Kościoła. Najpierw świątynie katolickie próbowano zastąpić świątyniami rozumu, później przez sto lat walczono z antydemokratycznymi tendencjami w Kościele katolickim, co zakończyło się oficjalnym rozdziałem w 1905 r. We Francji "Rewolucję Narodową" marszałka Philippe'a Peteina interpretuje się często jako próbę rewanżu Francji nostalgicznej, reakcyjnej, ściśle związanej z Kościołem, wobec Republiki i tradycji rewolucji francuskiej. To wszystko należy już jednak do odległej przeszłości.

Mówiąc o laickości Francji myśli się wyłącznie o tym, że państwo nie wtrąca się do spraw Kościołów i one też nie mają prawa ingerencji w jego sprawy. Religię przeniesiono do życia prywatnego. Czasami jednak i dziś dochodzi do wybuchów radykalnego ateizmu. Pamiętam, jak przy okazji wizyty Papieża w 1996 r. w miastach, które miał odwiedzić, zdarzały się protesty, ponieważ "prywatne obrzędy religijne" opłacano z publicznych pieniędzy. Antykatolicki laicyzm bardzo jednak osłabł. Jest to, częściowo przynajmniej, związane ze słabszą obecnością katolicyzmu w tym kraju.

- Ale nie religii w ogóle. Islam jest w dobrej kondycji, czego przykładem jest powracająca kwestia prawa do noszenia chusty islamskiej w szkole.

- Nie przesadzajmy z tą kwitnącą formą islamu. Duża część społeczności muzułmańskiej, czy też o takim pochodzeniu, zwłaszcza ci urodzeni we Francji, to już drugie, trzecie pokolenie, zazwyczaj zlaicyzowane. Jeśli następuje powrót do wiary przodków, to często w wyniku zagubienia ludzi pozbawionych tożsamości, wykorzenionych, zmarginalizowanych społecznie. To często forma rewolty młodych ludzi: źle wykształconych, bezrobotnych i zamkniętych w osiedlach pod wielkimi miastami, którzy wybierają islamski radykalizm.

Islam jest jednak dynamiczny i zróżnicowany do tego stopnia, że nie wiadomo, kto jest jego reprezentantem we Francji. Z tego powodu niedawno przełamano tradycyjny rozdział religii od laickiego państwa. Ambitny minister spraw wewnętrznych, Nicolas Sarkozy, doprowadził do porozumienia się i wyboru ogólnofrancuskiego przedstawicielstwa wspólnoty muzułmańskiej. Państwo aktywnie włączyło się w proces jej organizowania się, bo wie, jak ważne jest w tym momencie wprowadzenie jakiegoś ładu w mniejszości muzułmańskiej.

- Laickość to również najskuteczniejszy oręż w walce z integryzmem i komunitaryzmem...

- Integryzm nie może być tolerowany w demokratycznym państwie liberalnym ze względu na łamanie jego podstawowych norm, przede wszystkim jeżeli chodzi o los kobiet (zmuszanie nieletnich dziewcząt do wychodzenia za mąż, rytualne kaleczenie ich organów płciowych), czy problem wielożeństwa. Trudno jednak przeciwdziałać takim zjawiskom, jeżeli dochodzi do nich w zamkniętych wspólnotach. Integryzm jest też odbierany jako zagrożenie ze względu na duchowy klimat, jaki tworzy, sprzyjający w skrajnych przypadkach terroryzmowi.

Trudności w radzeniu sobie ze wspólnotami muzułmańskimi są też związane z tradycją francuskiego republikanizmu, który nie uznawał tworzenia się wyłączonych wspólnot na bazie etnicznej bądź religijnej (zwykle przy silnym powiązaniu obu wymiarów) i traktował je jako zagrożenie dla spójności społecznej oraz francuskiej odmiany demokracji. To obywatele mają głos i powinni wpływać na demokrację, a nie jakieś wspólnoty czy lobbies.

We Francji asymilacja była zawsze naturalną drogą integracji obcokrajowców ze społeczeństwem. Inaczej w krajach anglosaskich, gdzie integracja nie wyklucza pozostania w rodzimej kulturze i wspólnocie pod warunkiem, że spełnia się określone obowiązki wobec państwa. W stosunku do "innych" do dziś pozostaje ideałem, choć nie dającym się już zrealizować, program sformułowany w czasie rewolucji francuskiej przez Clermont-Tonere wobec Żydów: "Żydom jako narodowi nic, Żydom jako jednostkom wszystko". Czyli: jako jednostki powinni mieć te same prawa co wszyscy Francuzi, ale nie jako wyodrębniona wspólnota.

Ten ideał kontaktów między obywatelem a Republiką, bez pośrednictwa wspólnoty religijnej czy etnicznej pęka w szwach. Żydzi zaczęli go podważać w latach 70. Teraz, na znacznie większą skalę, zagrażają francuskiej tradycyjnej tożsamości muzułmanie.

- Obecność obcych etnicznie wspólnot, problem imigracji i obecności muzułmanów we Francji to także element dziedzictwa postkolonialnego. Jakie ono ma znaczenie?

- Imigranci z byłych kolonii zaczęli napływać w latach 50. w okresie wielkiej koniunktury tzw. les trentes glorieuses. Przeszłość kolonialna ciąży nad Francją. Tak jak Wielka Brytania kultywuje commonwealth, tak Francja dba o podtrzymanie francuskojęzycznej wspólnoty, doprowadzając nawet do gorszących incydentów, gdy np. zaprasza na konferencję państw frankofońskich nawet afrykańskich dyktatorów.

Próba utrzymania uprzywilejowanych stosunków wyraża się też w poczuciu odpowiedzialności za stabilność dawnych kolonii. Francuzi często krytykują unilateralizm Amerykanów, ale sami nie raz podejmowali operacje wojskowe bez uprzedniego pozyskania mandatu międzynarodowego. Ostatnio bardzo jednak o to dbają.

Kraje, z którymi istnieje wspólnota języka, zajmują we Francji uprzywilejowane miejsce. Polacy często zapominają, pisząc np. o więziach z USA, o sile związków łączących kraje tego samego języka. Anglosfera USA, Wielkiej Brytanii, Australii, Nowej Zelandii i Kanady jest silną więzią. Podobnie kraje złączone językiem francuskim, których elity często są wykształcone w szkołach i uczelniach francuskich. To nie tylko pozostałość czasów imperialnych, także ważny kapitał.

Wielka i megalomańska

- Polscy komentatorzy zarzucają Francji arogancję w polityce zagranicznej. Alain Duhamel, komentator życia publicznego we Francji, w książce "Les peurs françaises"("Francuskie strachy"), pisze, że główną obawą jest upadek tego kraju, utrata znaczenia w XXI wieku.

- O arogancji elit politycznych czy administracyjnych pisze się sporo i we Francji. Francuzi zarzucali pyszałkowatość i butę Donaldowi Rumsfeldowi, sekretarzowi obrony USA, gdy mówił z lekceważeniem o "starej Europie". Wielu polityków i publicystów francuskich zachowywało się jednak wobec naszej części Europy podobnie.

Potrzeba wielkości jest fascynującym elementem francuskiej kultury. Niemcy ironizują, posługując się francuskim zwrotem - La Grande République. Potrzeba wyrazistej obecności, wpływania na losy świata albo choć regionu, jest dla elit francuskich silną motywacją do działania. Francuskie poczucie wielkości czasami przybiera formy patologicznej i śmiesznej megalomanii, ale było też w historii elementem niezwykle kreatywnym. Czymś takim może się też okazać jej zaangażowanie w proces politycznej integracji Europy. Chociaż skutki mogą okazać się przeciwne do zamierzonych, jeżeli woli i wysiłkom na rzecz dalszej integracji towarzyszyć będzie ignorowanie innych, próby narzucania im francuskich koncepcji czy ich marginalizowania.

- Po upadku muru berlińskiego Francuzi poczuli, że ich pozycja autonomicznej potęgi nuklearnej w Europie skończyła się. Muszą oddać pałeczkę potęgi gospodarczej Niemcom i pogodzić się, że na świecie jest tylko jedno supermocarstwo - USA.

- Strategia niezależności Francji w czasach "zimnej wojny" oparta była na częściowej możliwości balansowania między Waszyngtonem a Moskwą, posiadaniu bomby atomowej oraz związkach z Niemcami, w których Francja utrzymywała politycznie dominującą pozycję. Dziś jednak bomba atomowa może mieć znaczenie najwyżej w rękach terrorystów. Nie jest już synonimem potęgi państwa. Francja nie mogła już grać na konfliktach amerykańsko-radzieckich, dla nieznacznego choćby osłabienia USA. Niepewna stała się też siła więzi z Niemcami.

W latach 90. pojawiła się nowa strategia, nawiązująca zresztą do gaullistowskiego dziedzictwa. Opiera się ona na założeniu, że, podobnie jak w gospodarce, monopol w świecie stosunków między państwami nie jest rzeczą zdrową. Jedno państwo nie powinno decydować o losach świata. Francja głosi więc multilateralizm - program świata wielocentrycznego, w którym różne siły - jak w klasycznych, realistycznych analizach - stanowiłyby przeciwwagę dla potęgi USA. Francja w czasie przygotowywania wojny w Iraku dążyła do stworzenia koalicji, która mogłaby wywrzeć skuteczną presję na Waszyngton. Paryż chce zbudować europejską, niezależną potęgę i stworzyć zręby takiej przeciwsiły. Nawet Berlin zdaje się być sceptyczny wobec tych planów.

Polityka Francji z jesieni zeszłego roku, kiedy wywierała presję na USA - w zgodzie zresztą np. z brytyjskim premierem Tony Blairem - by ubiegały się o międzynarodową legitymację dla wojny w Iraku, była słuszna. Katastrofalna polityka rozpoczęła się wtedy, gdy minister spraw zagranicznych Dominique de Villepin oświadczył, że Francja, mimo ewentualnego zdobycia mandatu, i tak zgłosi veto wobec interwencji. Gdy próbowano upokorzyć Amerykę, montując światową koalicję przeciwko USA. Tego się nie robi wobec sojusznika. To był błąd, który głęboko podzielił Europę.

W długiej perspektywie należy jednak liczyć się z tym, że będzie przybywało dziedzin, w których Europa będzie miała poczucie siły i potrzebę dokonywania samodzielnych wyborów. Po zakończeniu "zimnej wojny" na naszym kontynencie umocniła się potrzeba niezależności. Europa nie może być jednak antyamerykańska. Zarówno ze względu na wspólnotę wartości i podstawowych celów, jak z powodów pragmatycznych: antyamerykanizm będzie dzielił, a nie integrował Europę.

- Polska musi bronić amerykańskiego przywództwa w świecie - to są słowa polskiego ministra spraw zagranicznych.

- W świecie po "zimnej wojnie", w którym jest sporo chaosu, gotowość USA do odgrywania zasadniczej roli w utrzymywaniu porządku międzynarodowego jest warunkiem stabilności świata. Czy jednak to przywództwo będzie respektowało instytucje i prawo międzynarodowe, czy będzie liczyło się z sojusznikami w innej roli niż wykonawców decyzji Waszyngtonu, czy też zwyciężą tendencje hegemoniczne, podporządkowywanie innych interesom USA, ich poczuciu misji i przekonaniu, że inne kraje nie mają wiele do powiedzenia, a jeszcze mniej pozytywnego do zrobienia - oto są pytania.

Doświadczenia wojny w Iraku sugerowały wybór drugiej postawy. Trudności po formalnym zakończeniu działań wojennych zdają się skłaniać Waszyngton do bardziej uważnego wsłuchiwania się w glos innych i szukania ich pomocy. W każdym razie nie słychać już słów o "karaniu" czy "izolowaniu" tradycyjnych sojuszników USA, którzy zajęli inne stanowisko wobec wojny. W różnych sprawach, dotyczących stosunków z USA, Warszawa będzie zapewne i w przyszłości zajmować nieco inne stanowisko niż Paryż czy Berlin. Ważne byłoby jednak, aby wypracowana u nas polityka wpisywała się w nieuchronnie europejską perspektywę Polski oraz aby brała pod uwagę bilans korzyści i strat dokonywanych wyborów.

ALEKSANDER SMOLAR jest prezesem Fundacji im. Stefana Batorego i specjalistą stosunków międzynarodowych w Krajowym Centrum Badań Naukowych (CNRS) w Paryżu.

CEZARY LEWANOWICZ jest koordynatorem Katedry Cywilizacji Europejskiej w Kolegium Europejskim w Natolinie; stałym współpracownikiem "TP".


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny