adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Finlandia

Finlandia
„TP” nr 15/2003


  Tygodnik Powszechny

  Felietony

  Tematy miesiąca

STAŁE DODATKI

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Film: Aki Kaurismäki, czyli

Kino na peryferiach

Anita Piotrowska

„Unia dla Ciebie”
Wersja do druku
Napisz komentarz

Jest artystą, który nie uznaje kompromisów. Rok temu odrzucił zaproszenie na prestiżowy festiwal w Nowym Jorku na znak solidarności z irańskim reżyserem Abbasem Kiarostamim, któremu USA odmówiły wizy wjazdowej. Niedawno, zbulwersowany atakiem na Irak, nie pojawił się na oscarowej gali, choć "Człowiek bez przeszłości" miał duże szanse na zdobycie statuetki. Ten sam uporczywy indywidualizm odbija się w jego filmach.

Kiedy oglądam na ekranie nieodżałowaną parę Himilsbach-Maklakiewicz i zastanawiam się, czy znaleźliby dla siebie miejsce we współczesnym kinie, od razu przychodzi mi na myśl ten charakterystyczny fiński reżyser - Aki Kaurismäki. Stworzony przez wspomnianą aktorską parę typ bohatera pasowałby jak ulał do jego czarnych komedii. Łączy ich podobne poczucie humoru - oszczędne, przykryte maską śmiertelnej powagi, wylansowane w czasach kina niemego przez Bustera Keatona.
Twórca głośnego dziś "Człowieka bez przeszłości" (Grand Prix festiwalu w Cannes i nominacja do Oskara za film nieanglojęzyczny) to w europejskim i światowym kinie gatunek wymierający - jeden z nielicznych dzisiaj twórców, którzy swoim atutem postanowili uczynić prowincjonalność. Jego filmy robią wrażenie zgrzebnych i amatorskich, ale przy bliższym poznaniu okazują się kwintesencją filmowego minimalizmu. Dlatego styl fińskiego reżysera kojarzy się zwykle z filmami Jima Jarmuscha, z którym Kaurismäki zdążył się przed laty zaprzyjaźnić, a raz nawet obsadził go w niewielkiej roli. Żywiołem Kaurismäkiego są peryferia, opłotki współczesnej cywilizacji i tam właśnie, a nie na przykład w samotnych tłumach wielkich metropolii, osadza swoje surrealistyczne opowieści traktujące o wyobcowaniu, braku porozumienia i wszechogarniającej nudzie.

"Najgorszy zespół świata"

Ale zacznijmy od początku. Przede wszystkim było ich dwóch: Aki i Mika. Razem tworzyli swoje pierwsze filmy, razem założyli prężną firmę produkcyjno- -dystrybucyjną "Villealfa" (chcąc w ten sposób uczcić ulubiony film, "Alphaville" Godarda) i wespół zdominowali fińską produkcję filmową lat 80. i 90. Z czasem drogi braci Kaurismäkich rozeszły się: starszy, Mika, zajął się głównie filmem dokumentalnym, młodszy Aki (niedawno obchodził 46. urodziny) wyrósł zaś na jedną z najciekawszych indywidualności kina europejskiego.
Jego filmy można rozpoznać nawet z zamkniętymi oczami: zdawkowy dialog, niemodna muzyka, puszczana z czarnej płyty czy szafy grającej, no i oczywiście egzotycznie brzmiący język, który głównie dzięki osiągnięciom braci Kaurismäkich możemy usłyszeć na projekcjach festiwalowych i w kinach całego świata. Filmy fińskiego reżysera wyróżniają się także ograniczonym metrażem: z nielicznymi wyjątkami ich długość oscyluje wokół 70 minut i już ten drobny fakt mówi coś o minimalistycznych ciągotach twórcy "Ariela". Przyglądając się czołówkom jego filmów zauważymy jeszcze jedną prawidłowość: liczebność ekipy Kaurismäkiego często zredukowana jest do minimum. Sam bywa zresztą człowiekiem-orkiestrą: reżyserem, scenarzystą, producentem, montażystą i aktorem w jednym. Właściwie tylko wizualna strona jego filmów od lat spoczywa w rękach znakomitego operatora Timo Salminena, który towarzyszy Kaurismäkiemu nieprzerwanie od debiutanckiego dokumentu muzycznego "Saimaa - ilmiö" (1981).
Polskim widzom Kaurismäki znany był do niedawna jedynie z muzycznych komedii o "Leningrad Cowboys", współczesnej grupie rockandrollowej, której muzyka, jak i przerysowany sceniczny wizerunek uchodzący za szczyt złego smaku, osiągnęły swego czasu status kultowy. Pierwsza z nich to "Leningrad Cowboys jadą do Ameryki" (1989). Nawet dziś nie sposób odmówić temu zwariowanemu filmowi swoistej vis comica. Oto gdzieś na fińskich pustkowiach, w skleconej z desek stodole, spotyka się grupa dziwacznych muzyków. Noszą czarne przyciasne garnitury, nienaturalnie szpiczaste buty, a na czołach gigantyczne czuby. Grają muzykę będącą pomieszaniem rock'n'rolla, punka i rosyjskiej czastuszki. Jeżdżą ciągnikiem popijając różne ogniste płyny i zamierzają podbić Amerykę - bo przecież "tam wszystko przełkną".
Film zrealizowany na modłę "kina drogi" daje okazję do przyjrzenia się Ameryce nieznanej. Mityczna kraina zapamiętana z filmów akcji zaskakuje swą obskurną, peryferyjną urodą. To kraj, który niemal sypie się w oczach, przesiąknięty bylejakością, a przy tym rozbrajająco swojski. Galeria spotykanych po drodze ekscentrycznych typów ludzkich przedstawiona została przez Kaurismäkiego z absurdalnym humorem, a zarazem z wyjątkową sympatią. Opowiadając o amerykańskiej przygodzie "najgorszego zespołu wszechczasów" zademonstrował kwintesencję swego stylu: rozwlekła do granic absurdu, beckettowska narracja, minimalny montaż, celebrowanie ciszy i pustego kadru, wyraziste zdjęcia, a przy tym charakterystyczny, pełen grepsów i aluzji język dialogów.
Następny film z tej samej beczki - "Leningrad Cowboys spotykają Mojżesza" (1993), w którym "najgorsi" popadają w moralną degradację na skutek nadmiernego spożycia tequili, był już, niestety, kiepskim powtórzeniem jednorazowego żartu. Nie mogąc uwolnić się od tej fascynacji, rok później Kaurismäki nakręcił jeszcze "Total bałałajka show" - brawurowy dokument o wspólnym koncercie "Leningrad Cowboys" z Zespołem Pieśni i Tańca Armii Czerwonej w centrum Helsinek dla 70 tys. widzów.

Plebejski thriller

Jak widać, kręte były ścieżki fińskiego reżysera, nim osiągnął mistrzowską pewność. Faktem jest, że przez 20 lat twórczej drogi zasłynął przede wszystkim jako specjalista od przetwarzania popularnych gatunków filmowych. Parodia, zapożyczenie, stylizacja były głównym wyznacznikiem tego, co robił. W latach 80. bawił się także literacką klasyką: przeniósł "Zbrodnię i karę" w scenerię współczesnych Helsinek, a "Hamleta" potraktował jako dramat o dzisiejszych korporacjach i krwiożerczej walce o władzę. Zwłaszcza w tym ostatnim objawił Kaurismäki wielką słabość do starego kina klasy B: film "Hamlet przejmuje interes" nawiązywał do amerykańskiego filmu noir z jego mroczną fotografią i przesadną ekspresją uczuć. Najdoskonalszym, jak dotąd, popisem stylizatorskiej biegłości był nagrodzony na festiwalu w Berlinie i toruńskim Camerimage "Juha" (1999). Rozgrywającą się na fińskiej prowincji tragiczną historię małżeńskiego trójkąta rozegrał Kaurismäki w konwencji czarno-białego filmu niemego. Reżyserowi udało się wygrać wszystkie anachronizmy tamtego kina: jego przesadę, naiwność, sztuczność. Dzięki realizacyjnej perfekcji, tudzież pełnej świadomości użytych środków wyrazu, nadał tej trywialnej historii autentyzm i ciężar.
Na sukces "Człowieka bez przeszłości" złożyły się jednak inne doświadczenia filmowe Kaurismäkiego: "Ariel" (1988), "Dziewczyna z fabryki zapałek" (1989), "Wynająłem płatnego mordercę" (1990), nakręcone we Francji "Życie cyganerii" (1992) czy "Dryfujące chmury" (1996). Filmy utrzymane w tonacji słodko-gorzkiej, opowiedziane spokojnie, wręcz flegmatycznie, z niełatwym do wychwycenia humorem i sporą dawką egzystencjalnej zadumy. W dziełach Kaurismäkiego właściwie nie dzieje się nic: nawet działania o posmaku sensacyjnym, na przykład napad na bank, są przeprowadzone tak amatorsko i ślamazarnie, że do końca nie jesteśmy pewni, czy brać je na serio. Kaurismäki jest w tym bliski poetyce Jarmuscha. Gustuje też w podobnych, plebejsko--proletariackich bohaterach, obdarzonych charakterystycznym, dziwacznym rysem. W "Arielu" będzie to bezrobotny fiński górnik oskarżony o zamordowanie ojca. W "Dziewczynie z fabryki zapałek" - zaszczuta przez otoczenie młoda kobieta uwijająca się przy fabrycznym taśmociągu. W nastrojowym thrillerze "Wynająłem płatnego mordercę" Kaurismäki opowiada historię zwolnionego z pracy desperata, który, niezdolny do popełnienia samobójstwa, opłaca anonimowego killera, by ten zabił go w najmniej oczekiwanym momencie. I gdy bohater poznaje dziewczynę, która mogłaby odmienić jego podły los, zlecenia nie da się już cofnąć, bo zabójca zniknął bez śladu.

Z ironią i szacunkiem

Kino Kaurismäkiego nie ma jednak nic wspólnego z interwencyjnym realizmem społecznym. Nie tylko ze względu na wspominaną już wybujałą skłonność do zapożyczeń i nie tylko dlatego, że każda z tych historii, pozornie realistyczna, zawieszona jest w gęstych oparach absurdu. Filmy Kaurismäkiego zmierzają w kierunku kina czystego, które reżyser stara się wydestylować z mieszanki różnych elementów. Z jednej strony mamy pełną zdziwienia obserwację rzeczywistości, z drugiej - bogatą antologię filmowych konwencji. I właśnie ta otwarta postawa: wobec rzeczywistości i wobec tradycji kina, a przy tym świadomie narzucony sobie rygor opowieści, składają się na minimalistyczny styl Fina. Charakterystyczne, że owa powściągliwość nie oznacza wcale zimnego dystansu wobec bohaterów; ironia nie wyklucza przyznania im prawa do godności. Tak jest w przypadku walczących o przeżycie na paryskim bruku współczesnych artystów - imigrantów w "Życiu cyganerii" i przede wszystkim w "Dryfujących chmurach", gdzie bezrobotne małżeństwo pomimo społecznej degradacji nie wyciągnie ręki po zasiłek, lecz rozpocznie mozolne poszukiwania nowej pracy.
Kaurismäki bierze pod swoje skrzydła tych wszystkich pechowców i nieudaczników, którzy pomimo jałowości swoich wysiłków próbują jednak walczyć o swoje. Wiele rzeczy wokół nich dzieje się jakby mimo woli, co antropolog mógłby wytłumaczyć ich specyficznym narodowym temperamentem (jeden z zachodnich krytyków określił protagonistów Kaurismäkiego mianem "nieuleczalnych niskociśnieniowców"). Fiński reżyser potrafi jednak w iście czarodziejski sposób zaintrygować nas tymi flegmatycznymi, brzydkimi postaciami. I udaje mu się to dlatego, że sam je szanuje, że dostrzega w nich ludzki potencjał, coś bardzo prawdziwego - tragicznego i komicznego zarazem. Reżysera o takim spojrzeniu możemy Finom tylko pozazdrościć.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny