dotb.gif

„TP”, Nr 33 (2823), 17 sierpnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2823/wiara02.php

O przewodniku po Ziemi Świętej

Tryptyku część pierwsza

Marek Zając


Ilu chrześcijan, słuchając w wielkopiątkowy wieczór Pasji, zastanawia się, jak długo Jezus niósł na Golgotę krzyż? Godzinę? Mniej więcej tyle, ile trwa nabożeństwo Drogi Krzyżowej? Jak długą drogę, łącznie z wejściem na strome zbocze Kalwarii, mógł przejść ubiczowany, maltretowany przez wiele godzin i dźwigający ciężki krzyż człowiek?

Chrześcijanin wierzy, że wszystkie wydarzenia i postacie opisane przez Mateusza, Marka, Łukasza i Jana są autentyczne. Jednak, chcąc je sobie wyobrazić, skazany jest na obrazy generowane przez własny umysł - podobnie jak czytelnik np. Tolkiena ma prywatną wizję Śródziemia. O ile jednak miłośnik trylogii o Pierścieniu nie może skonfrontować własnych wyobrażeń stepów Rohanu czy głębin Morii z rzeczywiście istniejącym miejscem, chrześcijanin może pojechać do Ziemi Świętej, zobaczyć Grotę Narodzenia w Betlejem, spojrzeć na Jerozolimę z Góry Oliwnej czy zaczerpnąć wody z Jeziora Galilejskiego.

Syndrom jerozolimski

Pierwsze spotkanie, na przykład z Jerozolimą, może okazać się nie lada wstrząsem, i nie idzie tu wyłącznie o spektakularne nawrócenia czy uzdrowienia. Psychiatrzy dysponują opasłą dokumentacją przypadków tzw. syndromu jerozolimskiego. Pielgrzym, Żyd albo chrześcijanin, przybywa do Jerozolimy i pod wpływem psychicznego szoku utożsamia się z biblijnymi postaciami. W latach 30. pewna Angielka wychodziła regularnie na górę Skopus, by podczas powtórnego przyjścia Chrystusa poczęstować Go filiżanką herbaty. Kanadyjski Żyd, uważając się za Samsona, usiłował gołymi rękami zburzyć ścianę hotelowego pokoju. Chrześcijanka z Ameryki uznała, że jest Matką Jezusa i wyruszyła do Betlejem, by odnaleźć syna, zapraszając spotkanych po drodze na przyjęcie urodzinowe. Chrześcijanie zapadają na syndrom najczęściej na Górze Oliwnej, Via Dolorosa czy też przy Grobie Jezusa, a utożsamiają się najczęściej z Janem Chrzcicielem; Żydzi z kolei - z Samsonem, Mojżeszem albo królem Dawidem. Kiedyś lekarze skonfrontowali dwóch pacjentów, podających się za Mesjasza - chorzy zarzucili sobie nawzajem oszustwo.

Gdzie tkwi przyczyna "syndromu jerozolimskiego"? Psychiatrzy twierdzą, że wstrząs psychiczny wynika ze zderzenia własnych wyobrażeń o wydarzeniach biblijnych, składających się na całokształt wiary, z konkretnym miejscem. Co więcej, pielgrzym szuka w Jerozolimie atmosfery kontemplacji i spokoju, tymczasem trafia w oko cyklonu: w mieście dominuje zieleń mundurów, na każdym kroku drobiazgowe kontrole, sporadyczne zamieszki i pogłoski o zamachach.

Pół godziny

Wróćmy jednak do pytania, jak długo Jezus dźwigał na Golgotę krzyż? Po odpowiedź warto sięgnąć do "Przewodnika po Ziemi Świętej według Nowego Testamentu", autorstwa amerykańskiego jezuity o. Johna J. Kilgallena. Otóż Jezus sądzony był przez arcykapłana Kajfasza i Poncjusza Piłata. Przesłuchanie przed arcykapłanem odbyło się prawdopodobnie w jego pałacu, sytuowanym przez historyków pod obecnym ormiańskim kościołem Zbawiciela. Z kolei wydanie wyroku przez Piłata miało miejsce, jak głosi tradycja, w okolicach łuku "Ecce Homo", zbudowanego przez Rzymian w 70 roku po Chr. Tutaj znajdowała się rzymska twierdza Antonia, w której podczas święta Paschy mógł przebywać Poncjusz Piłat. Tutaj, wewnątrz islamskiej szkoły Al-Omariyeh, rozpoczyna się odprawiane przez franciszkanów w każdy piątek o godzinie 15 nabożeństwo Drogi Krzyżowej.

Jednak większość badaczy twierdzi, że Via Dolorosa winna być poprowadzona z przeciwnego, zachodniego krańca Starego Miasta. W pobliżu dzisiejszej Bramy Jafy znajdowała się bowiem rezydencja Heroda Antypasa, w której zatrzymywał się również rzymski namiestnik. Powołując się na Ewangelie, naukowcy twierdzą, że podczas sądu Jezus stał na podwyższeniu i pod gołym niebem, co odpowiadałoby architekturze pałacu Heroda. Co do miejsca śmierci i pogrzebania Jezusa nie ma większych wątpliwości. Jan Ewangelista podaje, że Jezusa ukrzyżowano na wzgórzu poza miastem, a ciało złożono do grobu, niedaleko miejsca kaźni. Opis pasuje do Golgoty, kiedyś znajdującej się w nieczynnym kamieniołomie, włączonej w obręb murów Jerozolimy dopiero w 43 roku po Chr., a dziś wznoszącej się we wnętrzu bazyliki Grobu Świętego. W tym miejscu archeolodzy odkryli zresztą groby datowane na pierwsze dekady naszej ery.

By przekonać się, jak długa była droga Jezusa na Kalwarię, należałoby zatem wyruszyć spod Bramy Jafy, przejść nieco ponad 100 metrów w kierunku wschodnim wąską, tym węższą, że pełną irytujących sprzedawców pamiątek, ulicą Dawida i wejść w szerszą, lecz krótką Muristan Road; minąć luterański kościół Zbawiciela i skręcić w lewo, oddalając się od zgiełku pobliskiego targowiska. Następnie przez niepozorne drzwi, a właściwie niski otwór w masywnym murze trzeba wślizgnąć się na niewielki, regularny dziedziniec przed bazyliką. Na szczyt Golgoty prowadzi kilkanaście stromych schodów, zbudowanych przez krzyżowców i wyślizganych przez miliony pielgrzymów.

Minęło kilka minut. Obarczony krzyżem skazaniec (jak zauważa o. Kilgallen, Jezus dźwigał zapewne tylko poprzeczną belkę krzyża) mógł iść o wiele dłużej, może nawet pół godziny albo trzy kwadranse, wliczając korekty wynikające ze zmian w topografii terenu oraz układu ulic i murów. Dla wielu może się okazać zaskakujące, na jak niewielkiej przestrzeni rozegrały się wydarzenia Drogi Krzyżowej: wspomniane w Ewangeliach pocieszanie płaczących niewiast i zmuszenie przez legionistów Szymona z Cyreny do wzięcia krzyża, czy dodane później przez tradycję spotkanie z Matką, Weronika ocierająca twarz Jezusa albo Jego trzy upadki.

Miejsca święte

Książka o. Kilgallena, wykładowcy Nowego Testamentu w Papieskim Instytucie Biblijnym i na Loyola University w Chicago oraz przewodnika wielu pielgrzymek w Ziemi Świętej, nie jest zwykłym przewodnikiem. Uporządkowana wedle krain historycznych (Galilea, Samaria, Judea i wreszcie Jerozolima) i świetnie ilustrowna (choć większość fotografii jest czarno-biała), ma dwie wyraźnie zarysowane płaszczyzny: informacyjną i - jak pisze we wstępie inny jezuita, o. Daniel L. Flaherty - "inspirującą" do religijnej refleksji czy modlitwy. Chrześcijanin może dzięki tej książce wpisać swą nowotestamentalną wiedzę w konkretny pejzaż, a także na nowo odczytać obrazy i symbole, kształtujące profil jego wiary. Ale nie tylko wierzący mogą sięgnąć po ten przewodnik.

Ateista czy niechrześcijan nie powinien żywić obaw: książka nie jest zakamuflowaną amboną, może natomiast stanowić doskonałe wprowadzenie w chrześcijańskie rozumienie świata i relacji człowieka z Bogiem. Ktoś mógłby w tym miejscu zapytać, czy takie wprowadzenie jest konieczne, skoro przeciętnie wykształcony człowiek zna przecież podstawowe informacje o wielkich religiach. Jako ripostę warto przytoczyć anegdotę z Jerozolimy. Pod Ścianą Płaczu zaczepiła mnie kiedyś turystka z RPA: - Dlaczego ci ludzie tak lamentują? - w jej głosie obok zdziwienia pobrzmiewało przerażenie, że właśnie doszło do jakiejś tragedii. - Oni się nie smucą, lecz modlą. - A do kogo się modlą? - zapytała, jakby nie dowierzając w to wyjaśnienie. - Do Boga. - A do jakiego Boga?

Jerozolimy właściwie nie można zwiedzać, do Jerozolimy - bez względu na religię czy w ogóle wiarę w Boga - pielgrzymuje się. By zrozumieć, jak mocno miasto przesiąknięte jest religijną metafizyką, wystarczy przyjść pod Ścianę Płaczu w żydowskie święto Nowego Roku, czyli Rosz ha-Szana. Ponad mur wznosi się wówczas pieśń, przemieszana z dźwiękiem szofaru - baraniego rogu, w który dmie kapłan. Z góry, ze Wzgórza Świątynnego z meczetami Kopuła Skały i Al-Aksa, odpowiada przenikliwy śpiew muezzina, wzywającego muzułmanów na modlitwę. Z zachodu dochodzi bicie w dzwony, rozhuśtywane w wieżach kościołów katolickich, protestanckich, prawosławnych, koptyjskich, etiopskich czy ormiańskich. Dlatego "Przewodnik" amerykańskiego jezuity powinien być częścią religijnego tryptyku. Szlak wędrówki przez Ziemię Świętą - w pryzmacie Starego Testamentu i judaizmu - mógłby wykreślić Żyd, a muzułmanin dopisałby część trzecią. Zresztą jeśli w Izraelu i Palestynie wyznawcy trzech religii monoteistycznych nie znajdą między sobą porozumienia, nawet najlepiej napisane przewodniki nadal będą bezużytecznie zalegać na półkach, a miejsca święte, gdzie niegdyś Bóg spotykał się z człowiekiem, będą świecić pustkami.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl