adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 33 (2823)
17 sierpnia 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz

Żebrząca gałąź Zakonu Kaznodziejskiego


Z misją Baranka

Katarzyna Wiśniewska


Jedynymi bogactwami, jakie św. Dominik przekazał w testamencie współbraciom, były miłość, pokora i dobrowolne ubóstwo. Tylko tyle i aż tyle posiadał od czasu, gdy studiując w Palencji, poruszony panującą tam nędzą i głodem, sprzedał niezbędne podręczniki i cały dobytek, a pieniądze rozdzielił między ubogich.

Rok przed śmiercią św. Dominika, w 1221 r., zgromadzeni na kapitule generalnej w Bolonii dominikanie wspominali: "Zdarzyło się coś, czego nigdy nie zapomnimy. Przybył pan Horodic Galician, chciał dać nam nieco ze swoich dóbr, wartych ponad 500 lirów, dokumenty były już podpisane przez Ekscelencję biskupa Bolonii. Ojciec nasz Dominik kazał rozwiązać traktat, podrzeć dokument, pragnąc, byśmy nie posiadali żadnych dóbr, ani tych, ani innych, polecając nam byśmy żyli z jałmużny, używając jej oszczędnie... Chciał, aby nasze domy były ciasne, nasze ubrania biedne i nawet w kościele nie akceptował bogato haftowanych materiałów".


Kaprys Boga

Ponad siedem wieków później francuska dominikanka, siostra Marie, postanowiła powrócić do korzeni Zakonu Kaznodziejskiego. W pierwszą misję wyruszyła w styczniu 1975 r. - bez jedzenia i pieniędzy, jak prawdziwa żebraczka. Jej spowiednik, ojciec Jean-Claude, zgodził się, by wzięła ze sobą Najświętszy Sakrament.
- Gdy go o to poprosiłam, złapał się za głowę - śmieje się Marie. - Odpowiedział: wydaje mi się, że takich rzeczy się nie robi. Ale pomodlę się i zobaczymy rano.

Następnego dnia, gdy ponowiła prośbę, ojciec powtórzył: - Tego się nie robi. Jednak dam ci Go.

- I tak wyruszyłam z jedynym towarzyszem żebraka - wspomina s. Marie - z Jezusem. Choć wraca do historii sprzed 25 lat, w jej błękitnych oczach widać łzy: - Nie wolno mi płakać. Ale płaczę. Zrobiłam się stara, płaczę coraz częściej.

Dominikanka miała dołączyć do wspólnoty w Perpignan, by wspólnie pracować nad pierwotnymi tekstami Zakonu Kaznodziejskiego. Tam też miała spotkać grupę sióstr powołanych, aby wieść życie jak pierwsi dominikanie. Pierwszy zatrzymany kierowca podwiózł ją do miasta. Zbliżała się pora obiadu - czas na żebranie. Marie była zmęczona, westchnęła cicho: "Panie, żebrać?! Proszę, nie!". Przed jednym z domów zobaczyła kobietę i postanowiła poprosić ją o wodę: - Poczułam wtedy, co znaczy żebrać. Poczułam też zapach jedzenia, przemogłam się i poprosiłam o chleb.

"A siostra nic nie ma?" - zdziwiła się kobieta. "Nic" - odparła Marie. Oprócz chleba dostała też ser "Kaprys Boży"; posiłek nazwała prawdziwą ucztą Opatrzności. - Zazwyczaj pamięta się menu pierwszego żebractwa - dodaje z uśmiechem.

W dalszą drogę wyruszyła ciężarówką w towarzystwie żołnierza. Z dumą opowiadał o wojnie w Algierii, o zabijaniu. Wyśmiał strój Marie, dorzuciwszy parę ironicznych uwag na temat ślubu czystości. Jednak potem zainteresował się Biblią, którą trzymała na kolanach. Gdy przeczytała fragment Kazania na Górze, jego cynizm i wesołkowatość gdzieś umknęły: "To bardzo piękne" - przyznał. Po chwili zatrzymali się przy piekarni, gdzie kupił dwie bagietki: "Jedna dla ciebie, jedna dla mnie" - powiedział, po czym ułamał jeszcze spory kawałek bułki i oddał Marie. "Zrobię dla ciebie 40 kilometrów więcej" - dodał. I pojechali: zgorzkniały mężczyzna i żebrząca siostra zakonna.

- Trzeba wielu pielgrzymów, aby świat poznał inne szczęście - mówi siostra Marie.

Kolejny etap podróży przebyła z nasilającą się migreną. Gdy dotarła do sióstr, padła na podłogę. Wkrótce siostry rozpoczęły pracę nad tekstami Honoriusza III. Tak wyglądały początki Zgromadzenia małych sióstr i małych braci Baranka. W lutym 1983 r. zgromadzenie zostało oficjalnie uznane przez Jeana Chaberta, arcybiskupa diecezji Perpignan. W lipcu ówczesny generał Zakonu Kaznodziejskiego, o. Vincent de Couesnongle, uznał zgromadzenie za gałąź Zakonu Dominikańskiego. Od 1996 r. odpowiedzialnym za Wspólnotę jest inny dominikanin - kard. Christoph Schönborn, metropolita Wiednia.


"Oto biedak zawołał..."

Saint-Pierre w południowej Francji, kolebka wspólnoty. Małe siostry i bracia mieszkają w osadzie drewnianych, własnoręcznie zbudowanych domków, w lesie oddalonym od ludzi: - Chciałam żyć prosto, ale nie w nędzy - opowiada siostra Claire-Emmanuel. - Lecz gdy zobaczyłam Saint-Pierre, zrozumiałam, że Pan Bóg woła mnie właśnie do tego zgromadzenia.

Cienkie ściany z dykty dzielą każdy domek na trzy niewielkie cele. W środku tylko złączone drewniane skrzynie służące za łóżko, niewielka szafa i ikona. Żebranie o pożywienie stanowi jedyne źródło utrzymania. "Życie z Opatrzności" - jak mówią członkowie wspólnoty - jest zarazem sposobem na głoszenie Słowa. Przed każdą misją modlą się do Ducha Świętego, by trafili tam, gdzie ktoś ich potrzebuje.

- Kiedyś przyszłyśmy do młodej kobiety - opowiada Claire. - Wpuściła nas do środka i przygotowała posiłek. Gdy jadłyśmy, pisała na komputerze, nie wykazując chęci do rozmowy. Nie chciałyśmy być natrętne, więc milczałyśmy. Po chwili zapytała: "Dlaczego przyszłyście akurat do mnie? Czułam się dziś bardzo samotna, płakałam, nawet krzyczałam, a zaraz potem zapukałyście".

- Wtedy przypomniał mi się Psalm 34 - mówi Claire. - "Oto biedak zawołał, a Pan go usłyszał". Byłyśmy dla tej kobiety odpowiedzią Boga na jej krzyk.

Innym razem drzwi otworzył siostrom mężczyzna w średnim wieku. Początkowo chciał dać im pieniądze, a gdy odmówiły, wrócił z dwiema torbami pełnymi jedzenia. Potem wybuchnął płaczem. Siostry stały i parę minut modliły się w milczeniu. Nie starały się go pocieszać, po prostu przy nim były. Gdy mężczyzna przestał płakać, powiedział: "Módlcie się za moją rodzinę".


Grosz ubogiej wdowy

Ludzie dzielą się nie tylko tym, czego im zbywa. Zdarzyło się, że siostry zaprosiła samotna staruszka. Ze ścian jej domu zwisały zniszczone tapety, po pokojach biegało mnóstwo kotów. Starsza pani przygotowała kolację: parę kromek chleba i kawałek kiełbasy. Więcej nie miała, nawet dla siebie. Siostry chciały odmówić, lecz usłyszały: "Nie, to dla was. Musicie jeść, żeby mieć siłę".

- Ilekroć wychodzę z takich domów, dziękuję Bogu, że pozwolił mi zakosztować Królestwa Niebieskiego - mówi siostra Rafaela, do niedawna jedyna Polka w Zgromadzeniu.

W Rzymie Wspólnota Baranka korzysta czasem z kuchni ludowych. Przychodzący tam bezdomni reagują różnie, niektórzy są oburzeni: "Kościół tutaj?". Zdarza się, że plują na habity. Ale są i tacy jak pewien emerytowany generał z Somalii, od kilkunastu lat mieszkający na ulicach Rzymu. Nie pozwala siostrom stać w długiej kolejce, sam nakrywa dla nich stół i razem z nimi zjada obiad, gdyż uważa się za opiekuna młodziutkich nieraz zakonnic.

- Wcześniej bałam się ubogich - przyznaje siostra Rafaela. - Nie wiedziałam, jak z nimi rozmawiać, a teraz mogę im powiedzieć: "Patrzcie, jestem taka jak wy, a nawet mam jeszcze mniej".

Więź między małymi siostrami i braćmi Baranka a przypadkowo nawet napotkanymi żebrakami przejawia się w gestach, jakimi się pozdrawiają, w krótkich rozmowach. I choć mogą podzielić się tylko tym, co sami wyżebrali, spotkania te więcej znaczą niż kilka monet rzuconych przez obojętnego przechodnia.

Przez dwa tygodnie uczestniczyłam w misjach i do dziś mam przed oczami niepozorny szary domek przy jednej ze stromych uliczek Sieny. Do środka zaprosiła nas kobieta w podeszłym wieku, emigrantka z Filipin: "Mam tylko tyle, co przygotowałam dla siebie na kolację" - jej głos brzmiał przepraszająco, gdy zgarniała na nasze talerze prawie całą zawartość patelni. Spojrzałam niepewnie na moje towarzyszki - siostry Michaelę i Felicity. "Jezus nauczał, że głodnego trzeba nakarmić - mówiła rozpromieniona kobieta. - Tak się cieszę, że przyszłyście". Potem poprosiła, żebyśmy razem przeczytały Ewangelię. Obserwowałam kątem oka, jak w skupieniu zamyka oczy i przyciska kciuki do przeoranej zmarszczkami twarzy na dźwięk słów: "Kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z Mego powodu, ten je zachowa".

Niektóre historie graniczą z cudem, choćby opowieść o misji w Argentynie. Bracia przyszli do domu wielodzietnej, ubogiej rodziny. Kiedy poprosili o jedzenie, matka wysłała dzieci do piekarni, choć żeby kupić chleb, rodzina musiała zaciągnąć u sklepikarza kredyt. Parę lat później bracia trafili do tego samego domu i dowiedzieli się, że po ich wizycie ojciec znalazł pracę. Zniknęły wszelkie kłopoty finansowe.


Świętego Franciszka radość doskonała

Obok sytuacji wzruszających zdarzają się też zabawne: - Szłyśmy ulicą, na której znajdowały się same firmy, żadnego domu prywatnego - opowiada o misji w Leibniz siostra Stefanie. - W końcu zapukałyśmy do biura i poprosiłyśmy o coś do jedzenia.

"Ale tu nic nie ma" - pracownik firmy rozłożył ręce. "Chciałyśmy tylko chleb i wodę" - odparła Stefanie. "Spytam szefa" - odrzekł mężczyzna. Po chwili wrócił: "Szef mówi, że macie iść prosto, potem skręcić w prawo, na rogu będzie restauracja". "Ale my nie mamy pieniędzy" - tłumaczyła cierpliwie siostra. "Nie szkodzi. Szef już tam dzwonił. Dadzą wam wszystko, co chcecie, na jego rachunek".

Ludzie często znajdują wielką radość w tym, że mogą się podzielić. Ofiarowują nieraz o wiele więcej, niż ich poproszono: - Chodzimy do kuchni w restauracjach, prosząc o resztki - śmieje się brat Jean-Baptiste. - A wtedy sadzają nas przy stołach i dają więcej, niż moglibyśmy zjeść. Dlatego zaczęliśmy przychodzić z plastikowymi miseczkami, żeby wziąć tylko tyle, ile się do nich zmieści.

Nie ma misji, którą siostry i bracia nazwaliby nieudaną. Nigdy bowiem nie wiadomo, co dzieje się w sercach ludzi, nawet tych odmawiających kromki chleba: - Panu Jezusowi też odmawiano i wyrzucano Go z domów - tłumaczą siostry. - Skoro chcemy Go naśladować, powinnyśmy dziękować za każde spotkanie, także trudne.

Do takich spotkań Rafaela zalicza jeden z dni na misjach w Polsce. - To była istna seria - śmieje się. - Zza drzwi padały odpowiedzi "Nic nie mamy" albo "Nikogo nie ma w domu". Wreszcie zza kolejnych wyjrzał młody chłopak. Zawołał żonę, która wyszła z dzieckiem na ręku, rzucając na powitanie krótkie "Czego tu?" i z trzaskiem zamknęła drzwi. Odchodząc odmawiałyśmy za tę kobietę "Zdrowaś Mario". Wtedy usłyszałyśmy, że ktoś ponownie wychyla się z domu. "Dzięki Ci, Panie" - pomyślałam. W tym momencie owa kobieta oblała nas wodą. Jeśli w takich momentach człowiek potrafi się cieszyć, to niezawodny znak radości doskonałej, o której mówił św. Franciszek z Asyżu. Radość doskonałą ma ten, kto w udręczeniu wielbi Boga, choć słowa narzekania same cisną się na usta.

Po wyjątkowo ciężkim dniu bracia Lui-Marie i Paul-Etienne byli tak głodni, że zaczęli szukać jedzenia w śmietnikach: - Śmialiśmy się, że upadliśmy już bardzo nisko. No i cieszyliśmy się, że rodzice nas nie widzą.

- Jemy tylko to, co dadzą nam ludzie - mówi Rafaela. Czasem surowszym postem okazuje się skończyć w piątek mięso, żeby się nie zepsuło, niż jeść jajka i rybę.

- Przed wstąpieniem do wspólnoty miałam ulubiony jogurt - wspomina Claire-
-Emmanuel. - Myślałam, że nigdy już go nie zjem. Tymczasem na pierwszej misji dostałam właśnie ten.


Misja z Krakowskiej

Częstochowa. Kilka przecznic od centrum miasta leży dzielnica Zawodzie - pełna niskich i zniszczonych domków, spokojna i skromna w zestawieniu z otoczeniem Jasnej Góry, gdzie kwitnie krzykliwy sacro-przemysł. Wspólnota Baranka, związana z Polską przez dominikańskie duszpasterstwa, od dawna chciała założyć dom zakonny nad Wisłą. Miał być Wrocław lub Kraków. Dom w Częstochowie, przy ulicy Krakowskiej, okazał się niespodziewanym prezentem, wymodlonym na Jasnej Górze. Mimo nie najlepszych wspomnień z misji w Polsce siostry (od niespełna roku mieszka ich tu sześć, w tym dwie Polki) odnalazły miejsce wśród mieszkańców Krakowskiej, głównie ubogich rodzin. Oprócz żebraczych misji prowadzą życie skoncentrowane na liturgii, współpracują z tamtejszym duszpasterstwem akademickim. Organizują również tzw. weekendowe szkoły Słowa Bożego i planują wakacyjne rekolekcje dla młodych.

*   *   *

Jezus posłał uczniów bez złota i srebra. Apostołowie, otrzymując darmo pożywienie, darmo dawali modlitwę i Słowo. - Jezus daje nam prawo, by stukać do drzwi i prosić o chleb - mówi Jean-Baptiste.

Siostry i bracia Baranka często spotykają się z zarzutem nieróbstwa: "Moglibyście przecież pracować i zarabiać na własne utrzymanie": - Racja - zgadza się brat Jean - ale nasza praca to modlitwa i głoszenie Słowa przez nasze życie. Chcemy głosić Dobrą Nowinę, żyjąc w skrajnym ubóstwie, w takim, którym się pogardza. Trzeba na nowo odkrywać cud życia z Opatrzności.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny