dotb.gif

„TP”, Nr 33 (2823), 17 sierpnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2823/wiara01.php

Wspomnienie o podhalańskim Sokratesie


"Dusóm-ześ cłeku, a nie ciałym"

Bartek Dobroch


"Jędruś - tyn mioł rozum! Mioł rozum do rozumu, a nie ino do świata. Jedni naprawiali to, drudzy tamto, a on wzión sie do naprawiania rozumu" - tak, dzięki Tischnerowskiej "Historii filozofii po góralsku", świat zapamięta podhalańskiego Sokratesa. Ino ze tak po prowdzie nie był to Sokrates, ba Jędrek Kudasik. Kilka tygodni temu Andrzej Kudasik, obchodząc wraz z przyjaciółmi 50-lecie matury, odszedł nagle z podhalańskiej ziemi.


Absolwenci, którzy w 1953 r. zdali maturę w nowotarskim Liceum im. Goszczyńskiego, spotkali się w budynku starej, niemal stuletniej szkoły. Wieczorem Kudasik wraz ze szkolnymi kolegami, wśród których była też jego żona - Wanda Szado-Kudasikowa, znana podhalańska poetka i działaczka regionalna - bawił się w nowotarskiej restauracji. Przygrywała góralska kapela, której trzon tworzyli syn i wnuk Kudasików: - Taką miał radość w oczach, taki był szczęśliwy! - wspomina Barbara Tischnerowa.

Nazajutrz, po wizycie w Niedzicy i uroczystej Mszy wracali do Nowego Targu. Zatrzymali się w domu Tischnerów w Łopusznej. Marian Tischner był jednym z klasowych kolegów Kudasika: - Zakończyło się dramatycznie, ale Andrzej do ostatniej chwili czuł się swobodnie, był radosny.

Gdy zasłabł, położyli go na łóżku Księdza Profesora. Trafił do szpitala. Kilka godzin później do Łopusznej dotarła wiadomość o jego śmierci.

Barbara Tischnerowa spogląda na posłanie księdza Józefa, gdzie tuż przed śmiercią złożono Sokratesa: - To najpiękniejsza śmierć, jaką można sobie wymarzyć. Wśród przyjaciół do końca, a potem jeszcze cała rodzina zdążyła się z nim w szpitalu zobaczyć.

Trochę jak prawdziwy Sokrates...

- To ksiądz Józiu przeprowadził go do siebie; wziął za rękę i wyprowadził ze swojej chałupy... - tłumaczyła Janowi Antołowi, koledze z redakcji "Tygodnika Podhalańskiego", żona Andrzeja - Wanda.


Od konia się zaczęło

Urodził się 12 listopada 1935 r. w Pułtusku, gdzie pracował ojciec Jan, a mama Maria na dwa tygodnie przed porodem przyjechała odwiedzić męża. Wanda Kudasik podkreśla jednak: - Kiedy miał dwa tygodnie, wrócił na swoje Podhale. Był rdzennym góralem, ale urodzonym w Pułtusku.

Ponieważ mama była nauczycielką, dzieciństwo Andrzeja upływało w kolejnych miejscowościach, w których znajdowała pracę: Bukowinie-Podszklu, Nowym Sączu, Suchem, Białce, Waksmundzie, Dębnie i wreszcie w Nowym Targu, gdzie rodzice w 1946 r. zamieszkali na stałe. Tam Andrzej skończył szkołę podstawową, a od 1949 r. kontynuował edukację w Liceum im. Goszczyńskiego. Z późniejszą żoną, Wandą Szado, spotkali się w jednej klasie, chociaż dzięki znajomości matek, góralek z Suchego, mieli okazję poznać się wcześniej: - Wstąpili do nas z wizytą. Poznał mnie, ale był bardziej zauroczony koniem na biegunach moich braci. To wspomnienie jest najmocniejsze, ale gdzieś tam obok tego konia pojawiłam się ja - wspomina Wanda.

Andrzej wspominał kiedyś: "W klasie IX przez ZMP o mało co nie wyleciałem z "budy". Z inicjatywy aktywistek tej organizacji na korytarzu szkolnym wywieszono listę najgorszych uczniów. Znajdowało się na niej nazwisko mojego kolegi B. Kiedy na przerwie patrzył z ponurą miną na tę listę, pocieszyłem go: nie martw się, wkrótce one też będą wisieć. Któraś usłyszała to i... zaczęło się. Na szczęście znalazł się świadek, który w krytycznym momencie przesłuchania nie bał się oświadczyć, że mówiąc one też będą wisieć, miałem na myśli nie szubienicę, a ową listę. Uwierzono mu i ocalałem".

Zdecydował się na polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wśród profesorów same sławy: Pigoń, Klemensiewicz, Kleiner, Markiewicz. - Chodził do Kapucynów na Loretańską. Klemensiewicz stawał ostentacyjnie przed amboną i tylko czekał na potknięcie językowe księdza - opowiada Wanda Kudasik. - To były dobre lata, mile je wspominał. Zawsze jednak marzył, że ruszy na Podhale.

Na Podhale wrócił jako nauczyciel w 1958 r. Uczył w Technikum Przemysłu Skórzanego CZSP i Technikum Budowy Instrumentów Lutniczych. Przez prawie 30 lat uczył historii języka polskiego i literatury, zwracając uwagę uczniów na piękno gwary podhalańskiej. Przybliżał im związane z Podhalem postacie, wysyłał w teren, kazał im robić wywiady.


Prezes, juror, pasjonat

W 1960 r. wstąpił do Związku Podhalan. Najpierw był wiceprezesem oddziału nowotarskiego, od 1979 r. - wiceprezesem Zarządu Głównego ZP oraz prezesem oddziału nowotarskiego. Wreszcie w 1984 r. został prezesem Związku Podhalan w Polsce (do 1987 r.). Wydarzeniem, które zdominowało kadencję kierowanego przez niego Zarządu Głównego, było sprowadzenie prochów Kazimierza Przerwy-Tetmajera i jego syna z Warszawy do Ludźmierza (13 kwietnia 1986), a następnie ich pogrzeb na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem (14 czerwca 1986).

Prowadzony przez Kudasika Zarząd działał sprawnie i efektywnie. Prezes zwracał szczególną uwagę na edukację młodzieży: - Andrzej zawsze twierdził, że jeżeli chcemy budować tożsamość kultury, tożsamość tradycji Podhala, trzeba to robić od dziecka, które chłonie, dostrzega wartość gwary, stroju, przestrzeni architektonicznej - mówi proboszcz i kustosz luźmierskiego Sanktuarium Maryjnego, ks. Tadeusz Juchas. W końcu "nas podhalański Sokrates radziył wychowywać dzieci, a nie ino dzieci, ale starsyk tyz". Leżały mu na sercu sprawy krajobrazowe, sprawy parku tatrzańskiego, działał na rzecz ochrony środowiska, bo "ni mozno pedzieć, zeby Jędruś Kudasik nie znoł się na przyrodzie". W 2001 r. zaangażował się w obronę Wojciecha Gąsienicy-Byrcyna odwołanego z funkcji dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego. Próbował gasić też spory, które wokół odwołania Byrcyna narosły w samym Związku Podhalan. Jako człowiek wykształcony bacznie przyglądał się nie tylko sprawom gospodarczym, ale też działalności naukowej i wydawniczej ZP oraz Podhalańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, w którym działał od 1988 r.

- Zdyscyplinowany. Nie opuścił żadnego zebrania, a przede wszystkim człowiek z otwartą głową, bardzo pomocny w redagowaniu różnego rodzaju publikacji - wspomina go były wieloletni prezes PTPN, prof. Julian Ciuruś. - Chodzi zwłaszcza o różnego rodzaju monografie, choćby wspomnieć o "Dziejach Nowego Targu", monografii Szaflar czy obszernej rozprawie "U podnóża Gorców". Wprawdzie te opracowania wykonywali zawodowi historycy, tym niemniej on jako człowiek, który tkwił w tym środowisku, miał zawsze cenne uwagi.

- No i cały czas był przewodniczącym Sądu Koleżeńskiego. Zawsze się śmiał, że to funkcja fajna, bo honor jest, a roboty za wiele nie ma - przypomina działalność męża w ZP Wanda Kudasik. - Ta organizacja była jego drugim życiem. Cieszył się, jeśli coś się udało zrobić, jeśli w dobrym kierunku szła praca. Martwił się bardzo, że Związek tak się ostatnio zaplątał w politykę, a nie powinien, bo to nie jego misja ani rola. Sokrates godoł: "Ej ludzie, ludzie: dzięki takim, jako politycy, ino sie wóm zdaje, zeście scęśliwi, a dzięki takiemu jak jo, sómeście scęśliwi!".

Obok działalności w Związku Podhalan także w inny sposób angażował się w ochronę oraz rozwój kultury i tradycji podhalańskiej. Przede wszystkim od 1973 r. współtworzył zespół regionalny "Śwarni", a od 1980 r. był jego kierownikiem organizacyjnym. Uczestniczył w licznych wyjazdach zagranicznych zespołu, m.in. w 1986 r. do Holandii czy dwa lata wcześniej do Włoch. Po koncercie "Śwarnych" w Aula Clementina Papież powiedział: "Najpierw byłem góralskim kapłanem, biskupem, a teraz góralskim papieżem".

Wielokrotnie był też jurorem w konkursach poetyckich, jak choćby w organizowanym w Ludźmierzu dorocznym konkursie poezji religijnej. - Obaj też jurorowaliśmy w konkursach recytatorskich w szkołach na Podhalu: w Szaflarach, Skrzypnem, Białym Dunajcu - uzupełnia nowotarski poeta Roman Dzioboń. Kudasik, podobnie jak w przypadku debiutanckich tomików m.in. Zofii Bukowskiej, Anny Waluś czy Bogdana Werona, był jego promotorem: - Zawsze pisząc coś, przynosiłem mu do opiniowania. Na ogół przyjmował te wiersze pozytywnie. Przeważnie to swoją babę więcej krytykował jak mnie - żartuje Dzioboń, który jako jedyny poeta pisze w gwarze nowotarskiej z charakterystycznymi końcówkami na f.

- Wspominam go przede wszystkim jako naturalnego pasjonata kultury regionalnej, góralskiej - mówi były burmistrz Nowego Targu, bliski znajomy Kudasików, Czesław Borowicz. - Myślę, że ta fascynacja miała olbrzymie wsparcie w Tischnerze; on inspirował i zachęcał, był naszą podporą, jakby ojcem duchowym.

Sokrates z babóm swojóm Ksantypóm

Wszyscy podkreślają wyjątkowość relacji, które łączyły Kudasika z Józefem Tischnerem. - To było coś więcej niż przyjaźń - nie ma takiego słowa, to tak jak wolność i śleboda. Śleboda to jest coś więcej niż wolność - zastanawia się Czesław Borowicz.

Po raz pierwszy spotkali się na obozie harcerskim latem 1948 r. w Płazówce koło Kościeliska. W biografii ks. Tischnera Wojciech Bonowicz cytuje Kudasika: "Kiedy stawiliśmy się z plecakami na rynku w Nowym Targu i podjechała ciężarówka, a on miał zarządzić zbiórkę, to zamiast regulaminowych komend, usłyszeliśmy: "Chłopoki, ustowcie się", a potem: "Wsiadojcie"".

W opublikowanym po śmierci ks. Józefa w "Tygodniku" wspomnieniu "Miałem przyjaciela" Kudasik pisał o tamtym spotkaniu: "Słowo znajomość należy rozumieć tak: ja znałem Józefa Tischnera (...) i darzyłem szacunkiem, jakim zwykł darzyć przełożonego - podwładny, On - wątpię by w ogóle zwrócił wtedy na mnie, szkraba, uwagę."

- W ogóleśmy się znali wszyscy, bo jego rodzice byli nauczycielami, moi i Jędrka też - mówi żona Andrzeja. Ważną rolę w rozwoju tej znajomości odegrał niewątpliwie kolega klasowy małżeństwa Kudasików, Marian Tischner, który specyfikę późniejszych relacji ks. Józka- Jegomościa i Jędrzka Kudasika wyłuszcza za pomocą anegdoty: - Józiu zawsze był podbudowany rozmową z nim, bo on też patrzył na życie trochę z przymrużeniem oka. Wiem, że raz nasza kuzynka, co jest w zakonie, przechodziła depresję. I między innymi miała kryzys, czy będzie zbawiona. Józiu przyjechał tu raz od Andrzeja taki rozbawiony, bo się go pyta: "Czy ty masz jakieś zmartwienie tego typu, czy będziesz zbawiony?", a Andrzej mu na to: "A sroł pies, nie!".

Ksiądz Tischner w drodze z Krakowa, bądź to w czwartek wieczór, bądź to w piątek przed południem, zawsze odwiedzał nowotarskich przyjaciół. Potem zaczął pisać kolejne fragmenty "Historii filozofii po góralsku". "W samym środku miasta na rynku pojawieł sie Sokrates. Ino ze Sokretes nie nazywoł sie Sokrates, ba Jędruś Kudasik z babóm swojóm Wandóm to jest Ksantypóm, co koło niego bockowała".

- Co kawałek napisał, to wpadał tutaj i żeśmy się zaśmiewali do łez - pani Wanda przypomina też śluby, których ks. Tischner udzielał ich synom, Marcinowi i Bartkowi: - Ślub Bartka odbył się w sobotę, umówiliśmy się z Józkiem na drugą sobotę w Krakowie, przyjechaliśmy, ale był już w szpitalu.

W bibliotece Kudasików pełno jest książek z dedykacjami i podpisem Józek: "Jędrusiowi Kudasikowi, chłopu honorowemu, co se ino... krajym nieba", "Rzetelnemu Gaździe - Andrzejowi - na dalsze wierchowanie"... Adresat ich opatrzył zaś wstępem Tischnerowski "Boski młyn".

"Co ja zawdzięczam Józkowi? - pytał siebie we wspomnianym już artykule z "Tygodnika". - Dzięki niemu inaczej patrzę na świat, inny jest mój stosunek do ludzi, inna, bo jakby mądrzejsza, moja wiara".


Bohater "z losecką"

W listopadzie 1986 r. Andrzej Kudasik przeszedł zawał. Przeżył dzięki pomocy prof. Andrzeja Szczeklika. Rozpoczęła się długotrwała rehabilitacja. - Jędrek tak uwierzył w powrót do zdrowia, że potem nawet były problemy, bo mój Jędruś chciał być wszędzie, o każdej porze dnia i nocy, na bankiecie, na zawodach, na spacerze, na kawie, na wyjeździe zagranicznym, na wystawie, w teatrze, wszędzie, wszędzie...- wspomina żona. - Ogromnie się cieszyłam, ale równocześnie drżałam w środku ze strachu, czy to aby nie za dużo. Ale chwała Bogu, że tak było i było tak do końca.

Mimo że związkową prezesurę dokończyć musiał ówczesny zastępca Józef Staszel, Kudasik nadal aktywnie działał w Związku. Za jego staraniem odsłonięto w 1987 r. tablicę na domu naczelnika Konfederacji Tatrzańskiej i poety Augustyna Suskiego.

Po zawale skupił się również na publicystyce i pisarstwie. Pisał do "Podhalanki", "Nowego Podhala" i "Tygodnika Podhalańskiego". Wspólnie z Włodzimierzem Wnukiem opublikował "Podhalański ruch regionalny" (1993 r.), a z Julianem Kowalczykieam opracował monografię Związku Podhalan "Hej, tam spod Tater..." (1996 r.). Trudno pominąć też książki, w których przedstawiał portrety zasłużonych dla Podhala, zarówno tych znanych (Tetmajer, Tischner), jak i tych, których tylko jego pióro ratowało przed zapomnieniem (walczący pod Tobrukiem czy nad Wielką Brytanią podhalańscy oficerowie).

- Był niezwykle ważnym głosem dla zachowania tożsamości, niezwykle wyważony, doświadczony, z miłością i szacunkiem dla innych ludzi i ich opcji kulturowych - kreśli jego sylwetkę ks. Juchas.

Przyjaciele z podziwem mówią o jego walce z chorobą. - On dla mnie był moralnym bohaterem. Dlaczego? Przecież 17 lat życia zostało mu darowane - opowiada Roman Dzioboń. - Podziwiałem, jak potrafił znosić dolegliwości w sposób pogodny, nawet więcej jak pogodny, bo on po prostu to bagatelizował, czasem ironizował ze swoich ułomności, ze swojej losecki, czy z chodzenia, czy z tego, że nie może się ubrać, że mu coś spadło...

- To jest dla mnie człowiek, który nie poddał się cierpieniu, chorobie, zachowując wielką radość i optymizm, stał się świadkiem tego, że można do końca służyć dla sprawy, którą się kocha, dla której się żyje - dodaje ludźmierski proboszcz.

Takim zapamiętali go również najbliżsi przyjaciele. Józef Borowicz: - Jak człowiek miał kłopoty, nie mógł sobie dać rady, szedł wieczór z nim na spacer i mogliśmy po prostu nawet tylko idąc, nic nie mówiąc - doskonale się rozumieć.

Siedzimy w ogródku "Pod smrekiem", gdzie niedawno jeszcze "Jędruś wywodziył". - Był człowiekiem upartym w działaniu, nie zrażał się byle czym, wszystko musiał doprowadzić do końca - wspomina Dzioboń. - Rzymianie mówili: "De mortuis nihil nisi bene". Oczywiście, Andrzej też miał wady i najlepiej to baba Ksantypa o tych wadach wie... A teroz się śmieje... Choć kiedy ją brało na diabły i mu nad głową suściła.
- Nie na darmo też nazwał go ks. Tischner Sokratesem; był człowiekiem naturalnie spokojnym, otwartym na ludzi i rozważnym - mówi Czesław Borowicz. - Im był starszy, tym więcej ludzi liczyło się z jego zdaniem i zabiegało nawet, żeby wiedzieć, co on na dany temat myśli.

- Ludzie słuchali jego rad i cenili jego zdanie - przytakuje "baba Ksantypa". - A równocześnie był ogromnie skromny. Nie działał nigdy z powodu, że tak wypada, że będzie miał duże audytorium, że go ktoś pochwali. Nie, zupełnie nie!

Chciałoby się po góralsku pedzieć: pamięć o cynach i myślach Jędrka Kudasika wiecnie zywa. A i nie ino pamięć. Roman Dzioboń na pogrzeb Andrzeja Kudasika napisał epitafium. Ostatnia jego strofa brzmi: Patrzoj Jyndrek!

Choć ocy nase mokrościom zachodzom
zol w sercaf się obzywo i wypływo łzami
syćka wiymy, ześ cołkiem nie umar
ba zyjes:

Twoja mądrość nos wiedzie prościutko do nieba
wyndrujemy za Tobom górskimi pyrciami...


*   *   *

Ej, mioł Romek racje, bo cym-ześ cłeku jest? "Jędrek pedzioł: dusóm. Dusóm-ześ cłeku, a nie ciałym".

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl