adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 33 (2823)
17 sierpnia 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz

Z kroniki rodzinnej


Upadek domu von der Marwitzów

Jadwiga Żylińska


Ciocia Dziunia była cioteczną siostrą Ojca. Wyszła za mąż za Władysława von der Marwitza, należącego do wysokiej arystokracji niemieckiej, której jedna linia się spolszczyła, podobnie jak jedna linia hrabiów Döhnhoffów spolszczyła się na Denhofów. Matka wuja Władka, z Łyskowskich, była szlachcianką z Pomorza. Raz na dziesięć lat wszyscy członkowie rodu von der Marwitz spotykali się w rodzinnym zamku nad Renem.


Jadwiga Żylińska
Wuj Władek nie posiadał dóbr dziedzicznych. Dzierżawił od księży Filipinów z Gostynia majątek Błażejewo. Gospodarzem był - w opinii stryja Antoniego z Podrzekty - marnym, a że grunta były liche, a dzieci aż sześcioro, w Błażejewie się nie przelewało, toteż rzadko przyjmowano gości. Dwór był rozległy z przybudówkami. Były w nim dwa salony, żółty i niebieski, na ścianach wisiały portrety von der Marwitzów w złotych ramach i daremnie czekały na gości.

Moje najdawniejsze wspomnienie Błażejewa pochodzi z wczesnego dzieciństwa, gdy byłam tam z rodzicami. Zapewne z rewizytą. Jako dziewczynka przyjeżdżałam do Błażejewa na lato. Najstarsza z kuzynów, Mita, bywała w naszym domu w Ostrowie. Ja otrzymywałam od Mamy miesięczną pensję, za którą kupowałam powieści Rodziewiczówny w księgarni pani Miloszyńskiej pod Arkadami i serie pocztówek z reprodukcjami malarstwa. Mita nie miała własnych pieniędzy. Pamiętam, jak przyjechała z jedną złotówką i wahała się, czy wydać 20 groszy. Gdy odjechała, pisywałyśmy do siebie listy.

Owego zapamiętanego przeze mnie lata gościły w Błażejewie tylko dwie osoby: kuzynka wuja Władka baronówna Fragstein i ja. Najstarsza była Mita, dalej Janek, Mieczyś, Heluta, Edward i Irka, zbyt mała, żeby z nami się bawić. Do zabawy było więc ze mną sześcioro. W parku był wigwam indiański. Dzieliliśmy się na Indian i blade twarze. Ja byłam Indianinem "Płonąca Źrenica". Indianom pomalowałam twarz wodnymi farbami. Na głowach mieliśmy pióropusze z indyczych piór. Jeżeli indyki pogubiły za mało piór, chłopcy wyrywali im pióra z ogona. Na obiad musieliśmy zmywać malowane pasy i zdjąć pióropusze. Na podwieczorek wolno nam było przychodzić jako Indianie.

Nie było żadnej guwernantki ani bony. Tylko ubogi kleryk, który przyjechał na wakacje i miał opiekować się dziećmi. W lasku, gdzie bawiliśmy się, kleryk opowiadał dowcipy, które nie były dowcipne, tylko wulgarne. Nie lubiliśmy go. Odstawał od stylu Błażejewa.

Władztwo swoje rozciąga na rozległych obszarach, i to zarówno w przestrzeni, jak i w czasie: od Skandynawii po Kretę, od Irlandii po helleńskie królestwa w sercu Azji, od neolitycznego miasta odkopanego w Anatolii po dwudziestowieczną, rodzinną Wielkopolskę. Prowadzi nas pograniczami epok i kultur, pokazując różnorodność europejskiego świata, ale i jego jedność, a swoich bohaterów, zwłaszcza zaś bohaterki - czyni kimś bliskim, niezależnie od tego, czy jest to starożytna królowa-kapłanka, czy córka wodza Hunów Attyli, czy też Rycheza i piastowskie księżne.

Pani Jadwidze Żylińskiej - bo jej oczywiście te słowa dotyczą - w dniu jubileuszu składamy najlepsze życzenia, wyrazy czci i serdecznej podzięki: za wszystkie jej książki i za jej obecność na tych łamach niemal od początku istnienia naszego pisma.
"Tygodnik Powszechny"
W porze obiadowej drogą leśną przyjeżdżał po dzieci wuj Władek i grał na rogu. Pędziliśmy, żeby zabrać się na wóz. Wuj Władek stał na wozie z rogiem przy twarzy. Nosił bokobrody. W zielonym kapelusiku z kitką, w zielonej kurtce z rogowymi guzikami wyglądał tak, jak powinien.

Błażejewo pozostawiło mi wspomnienia pełne romantyzmu... dwór o wielu pokojach, niektórych nie spenetrowanych, na zawsze zamkniętych, salony bez gości, służba jak fantomy, bez imion, okna z szybami płonącymi o zachodzie słońca, spacery o księżycu, z Jankiem przytulonym do mnie, odczucie jego inności, chłopięctwa.

Na aurę Błażejewa składało się osamotnienie i oczekiwanie na zdarzenie, które nie następowało. Czas trwał w zawieszeniu. Jeszcze dziś, wracając myślą do Błażejewa, odczuwam tęsknotę za rzeczywistością bezpowrotnie minioną, podobną do śnienia.

Pewnego razu poszłyśmy z Mitą myszkować na strychu. W skrzyniach leżały wachlarze, stare mapy, szpargały. Pachniało myszami.

Nic jednak nie zapowiadało jeszcze ruiny.

Od czego się zaczęło?

Zapewne ruina następowała fazami. Najpierw umarła ciocia Dziunia. Umarła złą śmiercią, na krwotok. Podobno babskim sposobem przerywała sobie siódmą ciążę.

Wuj Władek wnet ożenił się z pewną wdową z córką o rudym warkoczyku. Mówiliśmy na nią Wiewiórka. Kontakty z wujem Władkiem nie zerwały się, lecz stawały się coraz luźniejsze. Przyjechał na jubileusz kapłaństwa stryja Stacha w Zaniemyślu. Ubrany był w gerok, jakiego nikt już nie nosił. Była też Mita. Wtedy chyba widziałam się z nią po raz ostatni. Miałyśmy około piętnastu lat. Była ode mnie trochę starsza.

Wuj Władek nie troszczył się o dzieci, cały pochłonięty nowym małżeństwem. Chłopcy nie byli zdolni, źle się uczyli. Janek był praktykantem u hrabiów Czarneckich z Ruska. Pani Czarnecka opowiadała mi po latach, że praktykantem u nich był młody Marwitz ze znakomitego rodu, z czego sobie nie zdawał sprawy. Nie jeździł do burgu nad Renem na zjazd rodzinny.

Heluta wstąpiła do klasztoru. Natomiast Irka - bez grosza, bez wykształcenia, poszła na służbę do proboszcza i miała nieślubne dziecko z księżym parobkiem. Żeby choć z księdzem!

Dlaczego wszyscy ją opuścili? Dlaczego Mita nie podała jej pomocnej ręki? Heluta nie wciągnęła bodaj na służbę w klasztorze? Irka stała się symbolem upadku von der Marwitzów.

O jej losie poinformowała mnie stryjenka z Podrzekty. Podrzekta nigdy nie lubiła Błażejewa.

Mita jako tako wyszła z ogólnej katastrofy. Została żoną lekarza.

Von der Marwitzowie popadli w zapomnienie.

Kiedy w roku 1939 wybuchła wojna, wuj Władek zrobił się reichsdeutschem i nosił swastykę. Przed rodziną cioci Dziuni wstydził się zaprzaństwa i swastykę zakrywał dłonią. Ale stryj Antoni go demaskował: "Nie zakrywaj, Władek, hackenkreuza i tak wiem, że go nosisz".

Niemcy wojnę przegrali. Wuj Marwitz umarł w przytułku dla starców w Berlinie. Janek i Mieczyś deklarowali się Polakami i byli w stalagu. Nie mieli wykształcenia. Oflag był dla oficerów.

Straciłam z moimi kuzynami z Błażejewa kontakt. Podrzekta, nagabywana przeze mnie, nie umiała mi o nich udzielić żadnych informacji. Oni sami nie mieli świadomości swojego upadku. Ani tego, że ich nazwisko figuruje w Almanachu Gotajskim.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny