dotb.gif

„TP”, Nr 33 (2823), 17 sierpnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2823/fellem.php



Naturalne i sztuczne

Stanisław Lem


Pani, która w poprzednim "Tygodniku" zabrała głos w dyskusji o antykoncepcji, podział na naturalne i sztuczne uznaje za oczywisty i nieruchomy. Tymczasem granica między tym, co sztuczne, a tym, co naturalne w ludzkim organizmie przesuwa się w stronę usztuczniania rozmaitych elementów funkcjonowania i budowy naszych strojów.

Kilkadziesiąt lat temu ludziom nie wszczepiano nowych stawów biodrowych, a cierpiącym na chorobę wieńcową nie wprowadzano tak zwanych stentów do zwężonych naczyń krwionośnych. Próbuje się, choć to dopiero początek drogi, zastępować surogatami pewne partie mięśniowe. Przykładów można podać mnóstwo. Jeden ze slalomistów austriackich po wypadku poddany został poważnej operacji nogi. Powrócił na stok, ale goleń ma z tytanu. To oczywiście element sztuczny, ale on jeździ w sposób naturalny. Ostatnio przyszło na świat wyklonowane źrebię. Czy to źrebię jest sztuczne? Nie umiem odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Myślę, że jest ono naturalne, choć w sztuczny sposób zrobione.

Pisałem wiele lat temu, nie bez obawy: jesteśmy ostatnimi reliktami tego, co naturalne w świecie ziemskim, napiera na nas technologia i nieuchronny jest następny krok, kiedy wtargnie ona w nasze organizmy. Na to nie ma rady, bo odkryć nie można zakrywać, a wynalazków chować pod podłogą. W jednych dziedzinach bardzo się przy tym posunęliśmy, w innych prawie wcale. W okolicy mózgu na przykład nic prawie nie można technologicznie poprawić. Bywają też próby wyprzedzenia możliwości technologii w sensie medycznym, jak w przypadku tych dwóch sióstr syjamskich z Iranu, które usiłowano rozdzielić; one się zresztą godziły na ryzyko śmierci, byle nie żyć dalej tak, jak przyszły na świat.

W tym zaprzęgu idą dwa konie, które ciągną bardzo rozmaicie. Tak zwani science writers, popularyzatorzy nauki, znajdują się pod znacznym ciśnieniem rynku i muszą wciąż dostarczać nowych sensacji. Słyszeliśmy już sto pięćdziesiąt razy o ostatecznym zwalczeniu chorób nowotworowych, reumatyzmu albo cukrzycy i żadna z tych zapowiedzi się jak na razie nie ziściła. Na rok 2000 zapowiadano całkowite zwycięstwo nad wirusami - tymczasem wobec ich ataku nadal jesteśmy niemal bezbronni. Nawiasem mówiąc, nagłe ustanie niedawnej inwazji wirusa SARS wzbudziło we mnie podejrzenie, czy nie chodziło o jakąś innowację w dziedzinie broni biologicznej. To jednak tylko podejrzenie.

Jak nazwać zmiany na lepsze spowodowane sztuczną ingerencją w nasz organizm? Nie ma gilotyny, która by raz na zawsze naturalne od sztucznego odcinała. Reakcje organizmu bywają przy tym niespodziewane. Kiedy podczas pobytu w Wiedniu wycięto mi część jelita grubego, nagle okazało się, że nie mogę już palić papierosów: przestałem je tolerować. Lekarze kiwali tylko głowami: ciekawa reakcja, ale wyjaśnić jej nie umiemy. Tytuł sławnej książki Alexisa Carrella "Człowiek, istota nieznana" zachowuje niestety wciąż aktualność.

"Dozbrojenie" bakterii wąglika, by mogły służyć jako broń biologiczna, było zabiegiem sztucznym, ale materiał wyjściowy powstał w sposób najzupełniej naturalny. Granice się przesuwają i tworzy się strefa, która nie jest ani czarna, ani biała, tylko szara. Trudno też mówić, że wszystkie rodzaje antykoncepcji są sztuczne, a mierzenie temperatury i badanie śluzu uważać za jedynie naturalne. Trwają na przykład prace nad tym, by jednym zastrzykiem wykonanym mężczyźnie sprawić, że jego nasienie będzie przez organizm kobiety odrzucane jako ciało obce. Czy to jest antykoncepcja sztuczna, czy naturalna? Dla mnie to naturalna niepłodność wywołana sposobem sztucznym; dwa pojęcia, do tej pory przeciwstawne, zlewają się.

Kiedy wkładamy okulary na nos, to jest niewątpliwie sztuczne. Aparat słuchowy - także. Ale istnieją już możliwości implantowania końcówek odbiorczych do ślimaka w uchu środkowym i niedługo noszenie takiego barachła, jakie ja mam teraz w uchu, będzie zbędne. Znajdujemy się - my, czyli ludzkość po prostu - na czymś w rodzaju ruchomej taśmy, nic nie jest przynitowane raz na zawsze i magisterium Kościoła musi się do tych zmian jakoś odnieść. Widziałem ostatnio w telewizji panią, która była pierwszym dzieckiem urodzonym w wyniku zapłodnienia in vitro: teraz sama już ma dzieci. Jeśli będzie chciała te dzieci ochrzcić, każdy ksiądz jest zobowiązany to uczynić. Ludzie nie ponoszą przecież żadnej odpowiedzialności z tytułu techniki, przy pomocy której ich poczęto.

Druga sprawa: nie wydaje mi się, żeby pojedyncza komórka jajowa, nie dająca się dostrzec gołym okiem, zapłodniona w szalce Petriego, jeszcze przed kolejnymi podziałami, była już człowiekiem. Musimy mieć w pogotowiu gradację nomenklatury. Dla mnie osobiście nawet osadzenie zapłodnionego jajeczka na błonie śluzowej macicy dopiero wtedy daje początek istocie ludzkiej, kiedy się pojawia mikroskopijny czerwony punkcik pulsujący, zaczątek serca, które będzie pukało przez najbliższych osiemdziesiąt albo dziewięćdziesiąt lat.

Wielu bardzo się podnieca wizją rzekomego niebywałego przedłużenia życia. Pojedyncza komórka naszego ciała może podzielić się najwyżej około 50 razy; w hodowli liczbę podziałów komórkowych udało się zdublować. Z tego jednak nie wynika, że staniemy się nagle o dwadzieścia lat młodsi. Procesy starzenia się polegają na deregulacji i pogorszeniu synchronizacji poszczególnych zespołów tkankowo-narządowych całego ciała. Stosunkowo późno odczuwamy te zmiany w dziedzinie duchowej, czyli w działaniu mózgu, dlatego zdanie "duch opuszcza ciało" wydaje mi się nietrafne. To raczej ciało nas opuszcza: słabnie, robi się zwiędłe, krzywe, niedołężne, zawodne. Czasami oczywiście bywa odwrotnie - to się nazywa Alzheimer.

Wkroczenie technologii w obręb organizmów ludzkich stanowi fakt, nie należy jednak być szaleńcem technofilnym i uważać, że będziemy mieć lepsze sztuczne oczy, sztuczne nosy, przystawki mózgowe wzmagające naszą inteligencję i pamięć... Owszem, można hamować procesy zużywania się tkanek i poprawiać wydolność poszczególnych organów, to jednak zupełnie coś innego. Kule mogą pomóc kuternodze, ale nie są żadną namiastką natury, a tylko pewnym wsparciem. Ileż roboty kosztowało i kosztuje stworzenie sztucznego serca! Było wiele rozmaitych prototypów i wszystkie są gorsze od naturalnego. Serce jest pompą ssąco-tłoczącą, która energię do tego ruchu pobiera z tlenu i krwi; zastępujące je urządzenie wymaga dopływu energii z zewnątrz, a w dodatku na jego zastawkach łatwo osadzają się zakrzepy, które, wędrując do mózgu, powodują śmierć.
Jako kuriozum wspomnę, choć nie ma to już nic do rzeczy, że Larry Flynt, redaktor naczelny pornograficznego "Hustlera", chce podobno startować w amerykańskich wyborach prezydenckich, a Arnold Schwarzenegger, ten od "Terminatora", kandyduje na gubernatora Kalifornii. Najwidoczniej postępowi w dziedzinie inwazji technologicznej w organizmy ludzi i zwierząt towarzyszy degrengolada paskudna w dziedzinie sterowania państwami. Gdyby żyli jeszcze Flip i Flap, Flip byłby pewnie gubernatorem, a Flap prezydentem.

Jacek Żakowski napisał rozsądnie w "Polityce", że mieliśmy wprawdzie Balcerowicza od ekonomii i monetaryzmu, ale Balcerowicza od polityki zabrakło i nic nie wskazuje na to, by się pojawił. "Przekrój" z kolei rozmową Najsztuba niemal lansuje Leppera na premiera; nie daj Boże, żebym tego dożył. To już inny rodzaj inwazji: inwazja ciemniaków, by się odwołać do określenia, które przed laty wymyślił Stefan Kisielewski. Tak, rządzą nami ciemniaki, choć mają rozmaite barwy, ale ta różnobarwność nie zmniejsza ich nieudolności, co powinno być największym zmartwieniem dla każdego, komu Polska leży na sercu.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl