dotb.gif

„TP”, Nr 33 (2823), 17 sierpnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2823/felhennel.php




Ziemia za darmo

Józefa Hennelowa


Nie, nie hektary i nie działki. Ziemia, planeta ludzi, ta "cała niebieska", "cudowna", jak ją podziwiali po raz pierwszy z przestrzeni astronauci radzieccy i amerykańscy. Dana nam do rąk na dobre i złe jeszcze w raju, na samym początku. Polecenie czynienia jej sobie poddaną wzięliśmy dosłownie jak mało co innego. Ze skutkami, których od dawna sami zaczynamy lękać się coraz bardziej. I tylko dziw, że owo rajskie polecenie nigdy nie zostało nam cofnięte, unieważnione, wobec coraz bardziej zbrodniczej głupoty i nieodpowiedzialności stworzenia, nazywającego się dumnie rodzajem ludzkim.

A teraz coraz częściej trzeba sobie zadawać pytanie, czy aby naprawdę Ziemia została nam dana tak do końca. Bo ostrzeżenia przychodzą coraz częściej. Czy to w postaci prognoz, które sam człowiek zmuszony jest artykułować: ku czemu zmierzają zmiany, którym beztrosko patronował, albo zaniedbania, o których w ogóle myśleć nie miał ochoty. A kiedy z kolei ziemia staje dęba jak niezależne zwierzę, dalej, mimo naszych osiągnięć cywilizacyjnych okazuje się potęgą, wobec której nie znaczymy nic. Ani zabezpieczenia się z góry, ani ratunku w porę. Wybuchający wulkan, trzęsienie ziemi, tsunami - o tym można tylko cyklicznie zapominać, na krótko, do następnego razu. Albo pocieszając się, że nie wszędzie jest jednakowo niebezpiecznie, że akurat nam się zawsze upiecze. I na ten rodzaj ślepoty jak dotąd nie ma lekarstwa.

Bo owa "ziemia za darmo" ciągle w nas tkwi jako niewzruszona prawda. Taka sama jak to, że istniejemy. Im bardziej dotąd przyjazna, oswojona jak gdyby, tym bardziej wydaje się pewna na wieki i na zawsze. Przecież wschody i zachody pozostają w tym samym cyklu, miesiące roku kojarzą się mniej więcej nieodmiennie z temperaturami i z pogodą, rytm rosnących drzew i kwiatów wydaje się niezakłócony. Czasem zdarzy się odstępstwo od normy, ale krótkotrwałe: za dużo deszczu, za dużo posuchy - ale zawsze jak dotąd poszukamy winnych: wały nie w porządku, zapomniano o zbiornikach retencyjnych, a w najgorszym razie nie ogłoszono stanu klęski żywiołowej, który by przynajmniej zaspokoił najciężej dotkniętych. Jakoś jak dotąd w naszych przyjaznych klimatach, na przyjaznych cząstkach naszej planety nie dopuściliśmy myśli, że może to się zmienić nieodwracalnie. A wtedy?

Niedawno lokalny dodatek gazety ogólnopolskiej zajął się problemem wody w regionie. Jej wciąż rosnącej ceny. I natychmiast odezwał się głos, przez redaktora chętnie drukowany: głos oburzenia. Jakim prawem cena wody rośnie, kiedy powinna być jak najbardziej przystępna? Kto miałby za to płacić, kiedy większości przecież nie stać?

I nikomu, ani czytelnikom, ani redaktorom nie przyszło na razie na myśl, że to może być nieodwracalne: że któregoś dnia woda z kranu nie popłynie, bo jej zabraknie. I żaden krzyk oburzenia na nic się nie zda. A cena okaże się w ogóle nieważna: woda będzie bezcenna, ponieważ zacznie znikać. Czy zaprotestujemy nad rzeką każdego dnia płytszą, nad wysychającym źródłem - i przeciw komu? Czy ustanowimy dyżury przy coraz bardziej nielicznych studniach i kto się im podporządkuje? Czy zaczniemy odmierzać dawki dzienne, nie dlatego, że tak jest roztropnie, tylko dlatego, że rachunki nie pokazują już żadnego innego rozwiązania, a i to jest tylko doraźne, nie wiadomo na jak długo?

W moim przedsoborowym Kościele dzieciństwa chowam jedno wspomnienie, które wydaje mi się samą mądrością: każdoroczne modlitwy wspólnot parafialnych o czas przyjazny ludzkiemu bytowi. Raz o pogodę, gdy groził nieurodzaj albo klęska gnijących plonów i powodzi. Kiedy indziej o deszcz - bo wszystko umierało z pragnienia. Dzisiejsza ziemia dokoła nas, już nie tylko w Europie, wydaje się dojrzała do takiej modlitwy.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl