adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 33 (2823)
17 sierpnia 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



Ziemia za darmo

Józefa Hennelowa


Nie, nie hektary i nie działki. Ziemia, planeta ludzi, ta "cała niebieska", "cudowna", jak ją podziwiali po raz pierwszy z przestrzeni astronauci radzieccy i amerykańscy. Dana nam do rąk na dobre i złe jeszcze w raju, na samym początku. Polecenie czynienia jej sobie poddaną wzięliśmy dosłownie jak mało co innego. Ze skutkami, których od dawna sami zaczynamy lękać się coraz bardziej. I tylko dziw, że owo rajskie polecenie nigdy nie zostało nam cofnięte, unieważnione, wobec coraz bardziej zbrodniczej głupoty i nieodpowiedzialności stworzenia, nazywającego się dumnie rodzajem ludzkim.

A teraz coraz częściej trzeba sobie zadawać pytanie, czy aby naprawdę Ziemia została nam dana tak do końca. Bo ostrzeżenia przychodzą coraz częściej. Czy to w postaci prognoz, które sam człowiek zmuszony jest artykułować: ku czemu zmierzają zmiany, którym beztrosko patronował, albo zaniedbania, o których w ogóle myśleć nie miał ochoty. A kiedy z kolei ziemia staje dęba jak niezależne zwierzę, dalej, mimo naszych osiągnięć cywilizacyjnych okazuje się potęgą, wobec której nie znaczymy nic. Ani zabezpieczenia się z góry, ani ratunku w porę. Wybuchający wulkan, trzęsienie ziemi, tsunami - o tym można tylko cyklicznie zapominać, na krótko, do następnego razu. Albo pocieszając się, że nie wszędzie jest jednakowo niebezpiecznie, że akurat nam się zawsze upiecze. I na ten rodzaj ślepoty jak dotąd nie ma lekarstwa.

Bo owa "ziemia za darmo" ciągle w nas tkwi jako niewzruszona prawda. Taka sama jak to, że istniejemy. Im bardziej dotąd przyjazna, oswojona jak gdyby, tym bardziej wydaje się pewna na wieki i na zawsze. Przecież wschody i zachody pozostają w tym samym cyklu, miesiące roku kojarzą się mniej więcej nieodmiennie z temperaturami i z pogodą, rytm rosnących drzew i kwiatów wydaje się niezakłócony. Czasem zdarzy się odstępstwo od normy, ale krótkotrwałe: za dużo deszczu, za dużo posuchy - ale zawsze jak dotąd poszukamy winnych: wały nie w porządku, zapomniano o zbiornikach retencyjnych, a w najgorszym razie nie ogłoszono stanu klęski żywiołowej, który by przynajmniej zaspokoił najciężej dotkniętych. Jakoś jak dotąd w naszych przyjaznych klimatach, na przyjaznych cząstkach naszej planety nie dopuściliśmy myśli, że może to się zmienić nieodwracalnie. A wtedy?

Niedawno lokalny dodatek gazety ogólnopolskiej zajął się problemem wody w regionie. Jej wciąż rosnącej ceny. I natychmiast odezwał się głos, przez redaktora chętnie drukowany: głos oburzenia. Jakim prawem cena wody rośnie, kiedy powinna być jak najbardziej przystępna? Kto miałby za to płacić, kiedy większości przecież nie stać?

I nikomu, ani czytelnikom, ani redaktorom nie przyszło na razie na myśl, że to może być nieodwracalne: że któregoś dnia woda z kranu nie popłynie, bo jej zabraknie. I żaden krzyk oburzenia na nic się nie zda. A cena okaże się w ogóle nieważna: woda będzie bezcenna, ponieważ zacznie znikać. Czy zaprotestujemy nad rzeką każdego dnia płytszą, nad wysychającym źródłem - i przeciw komu? Czy ustanowimy dyżury przy coraz bardziej nielicznych studniach i kto się im podporządkuje? Czy zaczniemy odmierzać dawki dzienne, nie dlatego, że tak jest roztropnie, tylko dlatego, że rachunki nie pokazują już żadnego innego rozwiązania, a i to jest tylko doraźne, nie wiadomo na jak długo?

W moim przedsoborowym Kościele dzieciństwa chowam jedno wspomnienie, które wydaje mi się samą mądrością: każdoroczne modlitwy wspólnot parafialnych o czas przyjazny ludzkiemu bytowi. Raz o pogodę, gdy groził nieurodzaj albo klęska gnijących plonów i powodzi. Kiedy indziej o deszcz - bo wszystko umierało z pragnienia. Dzisiejsza ziemia dokoła nas, już nie tylko w Europie, wydaje się dojrzała do takiej modlitwy.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny