dotb.gif

„TP”, Nr 32 (2822), 10 sierpnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2822/wiara04.php

Bernardyni: długa walka o dobrowolne ubóstwo


Braciszkowie

Ks. Jan Kracik


W połowie sierpnia na dróżkach Kalwarii Zebrzydowskiej znów pojawią się pątnicy. Ojcowie bernardyni dopiero co świętowali 400-lecie powstania tego klasztoru, a w tym roku mija również 550 lat od ich pojawienia się w Polsce. W 1453 r. kard. Oleśnicki ufundował im u stóp Wawelu klasztor i kościół pod wezwaniem św. Bernardyna ze Sieny, od którego imienia poszła z czasem polska nazwa tej obserwanckiej, czyli deklarującej kierowanie się surowszą wersją reguły, gałęzi franciszkanów.


Polski start zakonu był mocny. Do klasztoru wstąpiło około stu chętnych, najwięcej spośród studentów, a nawet magistrów miejscowej Akademii. Wpływ na tak cenny i liczny pierwszy nabór miały niewątpliwie pokutne kazania, jakie dzień w dzień przez kilka miesięcy wygłaszał wówczas w Krakowie (po łacinie, z gestykulacją i tłumaczeniem) włoski przywódca obserwantów Jan Kapistran. Ten papieski legat i inkwizytor podróżował po Europie, by nawoływać do jedności, zwalczania husytów, ograniczenia praw Żydów i krucjaty przeciw Turkom.
Do końca XV w. bernardyni mieli w Rzeczypospolitej już 24 domy, w XVI dalsze 10, w XVII w. przybyło ich 87, w XVIII w. - 26. W 1600 r. bernardyni stanowili u nas najliczniejszy zakon męski i było ich około 1300 (po nich szli dominikanie - 900 i jezuici - 500). W 1700 r. ustępowali liczebnością tylko dominikanom, tuż przed rozbiorami znów było ich najwięcej: 2359. Wystarczający to powód, by zastanowić się nad przyczynami i konsekwencjami tej popularności, czytelnej w dziejach rodzimego życia religijnego i obyczaju.


Ani prywatnie, ani wspólnie

Najpierw nasuwa się pytanie: co stało się z ideami wielkiej społeczności Franciszkowych braci mniejszych, którzy od XIII w. starali się naśladować Chrystusa nie tylko przez osobiste - tu kończyło się podobieństwo do starych zakonów - ale i wspólne, do tego całkowite ubóstwo. W dodatku nie przez oddzielanie się od złego świata murem, lecz poprzez uznanie w nim każdego dobra, miłość do stworzeń, a zwłaszcza dla ludzi najbardziej potrzebujących. Bogactwo biskupów i mniszych klasztorów było wtedy ogromne. Uznaniem chrześcijan zaczynali się cieszyć heretycy, którzy praktykując ewangeliczne ubóstwo jako naśladowanie życia Apostołów, uzasadniali tym próby przejmowania prerogatyw ich następców (nauczanie, sprawowanie sakramentów).

Franciszek nie chciał, by jego bracia wchodzili na utarte drogi dawnych zakonów, obrastających w dobra i przywileje. Nie mają tedy być właścicielami ani kościoła, ani domu, ani warsztatu pracy. I żadnego przyjmowania pieniędzy czy gromadzenia zapasów! Żyć będą z pracy, a o jałmużnę poproszą dopiero wtedy, gdy będzie to całkiem konieczne. Tak postępowała wraz z Biedaczyną z Asyżu garstka entuzjastów. Przyciągało to setki następnych. Jeszcze za życia Franciszka było ich około 5 tys.

Jak tylu ludzi miało zachować tak rygorystyczną regułę? Żyć bez minimum stabilizacji? Utrzymać zakładaną absolutną równość braci w prawach i obowiązkach, skoro część z nich musiała się kształcić, by przyjąć święcenia kapłańskie? Ludzie oczekiwali od nich nie tylko prostych kazań pokutnych, ale i pełnego duszpasterstwa. Do tego nie wystarczał już spontaniczny apostolat i czasowe osiadanie w udostępnionym przez kogoś hospicjum czy eremie. Brak solidnej formacji i wędrowne nauczanie groziły włóczęgostwem i dewiacjami doktrynalnymi.


Nie mieć, a być

Na interwencję papieża Honoriusza III (1220) wprowadzono roczny nowicjat, a podróżujący bracia mieli się legitymować zezwoleniem przełożonych. W 1230 r. zakon uzyskał orzeczenie papieża Grzegorza IX: franciszkanie, owszem, nie mogą posiadać, ale mają prawo używania tego, co potrzebne do życia i działalności. A klasztor może sobie wybrać zaufanych świeckich, którzy będą przyjmować ofiarowane braciom jałmużny, dysponując nimi wedle woli przełożonych.

Współpracownik św. Franciszka (+ 1226), Eliasz z Kortony, zaufany Grzegorza IX, rządził zakonem zdecydowanie. Pilnował - sam laik - by zakonni kapłani nie dominowali nad braćmi (następni generałowie byli już kapłanami, a braci wykluczono na stałe od sprawowania zakonnych urzędów). Równocześnie dbał o wykształcenie święconych i organizował duszpasterstwo. Miały temu służyć łagodzące interpretacje reguły. W miastach bowiem budowano franciszkanom kosztowne klasztory i wielkie kościoły, by tam chodzić na Msze, słuchać trafiających do serc kazań, spowiadać się. Skoro franciszkanie jedynie używają tych bogatych budowli, to kto jest ich właścicielem? Początkowo był nim fundator. W 1245 r. od Innocentego IV uzyskano bullę, że wszystkie nieruchomości i ruchomości franciszkanów to własność papieża, a zakon ma pełną swobodę ich użytkowania. Świeccy, zawiadujący w jego imieniu ekonomicznymi sprawami, zyskali (1283) miano syndyków apostolskich. Czy to wszystko było roztropnym dostosowaniem do potrzeb czasu, czy tworzeniem fikcji prawnych, maskujących odstępowanie od ewangelicznego ubóstwa?


Samym duchem?

Opinie braci były podzielone, trwały napięcia, zmieniały się przeważające w zakonie opcje, a gdy żadna nie zyskała trwałej przewagi, w XV w. doszło do stałego rozłamu. Na tej drodze nie brakowało dramatycznych momentów. Już w XIII w. bracia z małych eremów włoskich bronili nie tylko radykalnego ubóstwa przeciw konwentualnym, czyli mieszkańcom wielkich miejskich klasztorów, gdzie żyło się wygodniej i jadło lepiej. Bronili także prostoty i wolności (im większa społeczność, tym więcej regulacji i kontroli), uznając prymat tych osobistych wartości duchowych. Zwano ich więc spirytuałami, a sympatyzujący z nimi prości ludzie mówili o nich - fraticelli (braciszkowie).

Nie pomogła kompromisowa definicja franciszkańskiego ubóstwa, którego istotę według konstytucji przyjętych przez kapitułę w 1260 r. stanowić miało umiarkowane używanie rzeczy koniecznych, bez ich posiadania, bo to - co potwierdził w 1279 r. Mikołaj III - jest wszak papieskie. Subtelne rozróżnienie nie satysfakcjonowało spirytuałów, którzy zaczęli głosić, że autorytet pierwotnej reguły Franciszka (przez jego upodobnienie do Chrystusa, potwierdzone życiem i stygmatami) jest taki jak Ewangelii. Papieżom nie wolno owej reguły zmieniać, spirytuałowie odrzucili więc poczynione przez nich korekty. Wśród ludu rozpowszechniali idee Joachima z Fiore o nastaniu epoki Ducha Świętego, w której prym wieść będzie nie kler, a zakon doskonałego ubóstwa, który w miejsce Kościoła cielesnego odbuduje Kościół duchowy.


Przeciw Papieżowi

Papież Celestyn V zezwolił spirytuałom na utworzenie osobnej kongregacji, ale niebawem Bonifacy VIII rozwiązał ją (w 1295 r.) i kazał jej członkom wracać do franciszkanów. Większość fraticellich podniosła bunt. Klemens V w 1312 r. wydał kompromisową bullę, którą nie zadowoliła żadnej ze stron. Toksańska grupa spirytuałów zajęła przemocą część klasztorów i wybrała własnego generała. Papież ich ekskomunikował. Nie poddali się. Następca, Jan XXII, w 1317 r. uwięził przywódców spirytuałów, a pozostałym polecił poddać się konwentualnym przełożonym. Czterech najbardziej opornych papieska inkwizycja posłała w Marsylii na stos. Sympatia dla radykalnych idei wzrosła w siłowo scalonym zakonie, w którym zaczęto głosić, że zarówno Chrystus, jak Apostołowie nie posiadali żadnej własności, osobistej czy wspólnej. Zebrana w Perugii kapituła franciszkanów uznała w 1322 r., że jest to nauka Kościoła, czyli prawda wiary. Jan XXII ogłosił więc, że jest to zdanie heretyckie i że zrzeka się własności majątków zakonu. Franciszkanie nie mogli już twierdzić, że ich jedynie używają, a nie posiadają. Byli oburzeni, mniejszość popadła w schizmę i sprzymierzyła się z wrogiem papieża, cesarzem Ludwikiem IV Bawarskim, który jednego ze spirytuałów kreował antypapieżem. Ten, Mikołaj V, nim po dwu latach ukorzył się przed Janem XXII, zdążył mianować kilkunastu biskupów i kardynałów, głównie spośród konfratrów i augustianów.


Reforma czy rozłam?

Czarna śmierć wyniszczająca Europę w 1348 r. wyludniła także klasztory. By je zapełnić i objąć mnożące się fundacje nie przebierano w kandydatach. W czasie Schizmy Zachodniej (1378-1417), gdy Kościół był podzielony między konkurujących z sobą papieży, przełożeni chcąc powstrzymać zakonników przy tym papieżu, którego sami uznawali, przystawali łatwo na dalsze łagodzenie praktyki ubóstwa. Przeciw temu rozluźnieniu oponował nurt obserwantów, kontynuując w łagodniejszej postaci opór dawnych spirytuałów. Nurt ten, zapoczątkowany przez braci-laików, wzmógł się, gdy wsparli go wybitni kaznodzieje zakonu, przyszli święci: Bernardyn ze Sieny, Jakub z Marchii i Jan Kapistran. Przedstawiając w czarnych barwach stan moralny zakonu, obserwanci uzyskali u papieża Marcina V zgodę na organizowanie się w odrębnych klasztorach, co zmierzać miało do reformy całego zakonu. Jego konwentualny zarząd był za usuwaniem nadużyć, lecz dostrzegając w działaniach obserwantów tendencje separatystyczne, zwalczał ich "nawet przy użyciu cenzur kościelnych" - pisał bernardyński historyk, o. prof. Hieronim Eugeniusz Wyczawski.

Nie uratowało to jedności zakonu, jaka marzyła się i Kapistranowi, oczywiście w wersji obserwanckiej. Ułożone przezeń dość umiarkowane konstytucje, przyjęte w 1430 r. przez kapitułę zakonu i zatwierdzone przez Marcina V, spotkały się wkrótce z oporem konwentualnych, którzy wyprosili w Rzymie zatwierdzenie własnego modelu życia. Rozpoczęły się długotrwałe walki między obu gałęziami. Dochodziło do bójek o poszczególne obiekty.


Próby sił

W 1446 r. bulla Eugeniusza IV (układał ją Kapistran) przyznawała obserwantom pełną samodzielność, pozwalając przechodzić do nich konwentualnym, a zakazując ruchu w drugą stronę pod karą ekskomuniki. Za Mikołaja V konwentualni uzyskali uchylenie tego zakazu, a Kalikst III w 1456 r. skasował bullę Eugeniusza IV i ogłosił zasady kompromisu, który żadnej ze stron nie zadowolił. Konflikt trwał nadal. Pius II w 1458 r. przywrócił postanowienia Eugeniusza IV, ale konwentualni zaatakowali je, gdy w 1471 r. papieżem został ich były generał jako Sykstus IV. Waleczne frakcje odwoływały się, do kogo się dało. "W wielu miejscach magistraty miast zmuszały konwentualnych do opuszczenia klasztorów i na ich miejsce wprowadzały obserwantów, w czym niekiedy sami obserwanci maczali palce. W Hiszpanii potężny kardynał Franciszek Ximenes, obserwant, polecił konwentualnym przyjąć obserwancję, a gdy niektórzy się opierali, kazał ich wywieźć na teren Państwa Kościelnego" (Wyczawski "Klasztory bernardyńskie w Polsce", Kalwaria 1985). Niektórzy z konwentualnych schronili się przed gorliwością reformatorów w muzułmańskiej Afryce.

Obserwanci, którzy po tylu mało budujących bojach wyodrębnili się w XV w. w osobny zakon, w XVI w. sami zaczęli się dzielić. Z instytucjonalizującej się reformy obserwanckiej wyłoniła się znów reforma! Była to tzw. ściślejsza obserwancja w postaci alkantarystów i reformatów. Kilku obserwantów, mimo oporu zakonu, zyskało w 1526 r. zgodę papieża Klemensa VII na oddzielenie się, dając początek kapucynom. Historia zakonów zna bez porównania więcej rozłamów niż łączenia się ich członków.


"Są zakonnicy dobrzy i uczeni"

W Polsce, w przeciwieństwie do obserwantów w innych krajach, bernardyni nie dążyli do przejmowania czy reformy istniejących u nas od XIII w. konwentów franciszkańskich, lecz zakładali własne. Zależność od szlacheckich przeważnie fundatorów i potrzebnych na bieżąco większych oraz pomniejszych dobrodziejów, współbrzmiały z franciszkańskim nastawieniem na dostępne każdemu przeżywanie ewangelicznych prawd i wydarzeń. Bernardyni przybliżali je wiernym swymi kazaniami, słuchaniem spowiedzi, licznymi nabożeństwami pozaliturgicznymi, szopką i Kalwarią. Układali polskie kolędy i pieśni pasyjne, skupiając masową pobożność na człowieczeństwie Chrystusa, jego narodzeniu i męce. Rozwijali kult Panny Maryi i św. Anny, zakładali trzeci zakon. Reformacja przyczyniła się do stagnacji zakonu.

Od XVII w. coraz częściej obsługiwali pątników ciągnących do cudownych obrazów Maryjnych w ich kościołach - te musiały więc być duże. W XVIII w. zaprowadzali nadto Drogi Krzyżowe, a pod koniec stulecia zaczęli głosić misje.

Ks. Kitowicz w swym "Opisie obyczajów" uznał, że "bernardyni w regule św. Franciszka trzymają miejsce po reformatach", a przed franciszkanami. Stwierdzał, że "bywają rubaszni, osobliwie kwestarze; i nie wystrzegają się w kompaniach poufałych przesadzać świeckich w tęgości głowy na trunki". Oprócz kwestarza również kapelan, o jakiego ubiegał się skutecznie niejeden benefaktor klasztoru, także łatwo dostosowywał się do Fisarmackich obyczajów, dotrzymując szlachcicowi towarzystwa nie tylko w kaplicy, ale i przy stole.

A ks. Kitowicz tłumaczył i to, że u bernardynów karze się wykroczenia "nie tak, jak po innych klasztorach, samymi umartwieniami, postami", lecz wymierzaną rózgami chłostą. "Która surowość w Polszcze, zadawniona u bernardynów, może stąd pochodzi, że do tego zakonu pospolicie udają się ludzie hajdamacy, awanturnicy, żołnierze, ludzie pasyj rozbujanych, których pohamowanie łagodnymi sposobami jest przytrudne". Uznawszy zapewne, iż rzecz nadto uogólnił, pamiętnikarz dodał: "W powszechności jednak biorąc bernardynów - są zakonnicy dobrzy i uczeni". Kapelan musiał być pobłażliwy dla swego chlebodawcy. Rygorysta straciłby stanowisko, a zakon dobrodzieja. Zakon zaś żebrzący musiał się mocno liczyć z oczekiwaniami benefaktorów, bez których hojnych świadczeń nie dałoby się pielęgnować obserwanckiego ideału ubóstwa.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl