adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 32 (2822)
10 sierpnia 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
W numerze 29/03 "TP" opublikowaliśmy tekst Zbigniewa Nosowskiego "Potrzeba sensownej krytyki Kościoła". Redaktor naczelny miesięcznika "Więź", odwołując się do zdania ks. Józefa Tischnera: "Sensowna krytyka Kościoła to taka krytyka, która wcześniej czy później musi stać się afirmacją Kościoła - musi przerodzić się w jego obronę", pokazał pułapki, które czyhają na krytyków i spróbował sformułować "dekalog sensownej krytyki Kościoła". Polemikę podjęła w następnym numerze Halina Bortnowska, a później Wojciech Bonowicz. Dziś publikujemy głos Jarosława Makowskiego.

Wersja do druku
Napisz komentarz

Potrzeba sensownej krytyki Kościoła - dyskusja


Milczenie, które rani

Jarosław Makowski


Nie jest rzeczą łatwą naśladować postępowanie dobrego Boga. Równie trudno jest być w tym świecie
Jego rzecznikiem. Na pierwszy rzut oka są to ciężary nie do udźwignięcia. A mimo to Jezus Chrystus złożył je na barki Kościoła. I zrobił tak, choć musiał wiedzieć, że jego wyznawcy będą dopuszczać się czynów, które nawet pogan wprawiać będą w osłupienie.


Zbigniew Nosowski napisał monumentalny tekst o potrzebie "sensownej krytyki Kościoła". Idąc, przynajmniej w początkowym etapie swojego wywodu, śladami ks. Józefa Tischnera nakreślił szereg kryteriów, które powinni spełnić wszyscy chcący sensownie i krytycznie mówić o Kościele. Mnie z kolei intryguje, czy Kościół w ogóle może sobie pozwolić - jakakolwiek by to krytyka nie była - na jej brak.

Ciekawe, że w Piśmie św. tylko raz pojawia się słowo "krytyka". Pojęcie to nie opisuje jednak postępowania ludzi wierzących, nie odnosi się do działalności apostołów czy pierwszych wspólnot chrześcijańskich, które przecież nie były wolne od grzechu. Słowo to wypowiada sam Bóg w ostatniej części księgi Hioba zachęcając go, by "zabrzmiał głos krytyka": by Hiob wykrzyczał swoje żale, by dał upust swojemu gniewowi za to, co go spotkało. Ale nic takiego nie następuje: Hiob nie potrafi znaleźć krytycznych słów pod adresem swego Stwórcy. "Jam mały, cóż Ci odpowiem, rękę przyłożę do ust". Człowiek pobożny, a z pewnością był nim Hiob, może Bogu grozić, może przed Nim lamentować, nie zgadzać się z jego wyrokami. Może zanosić do Niego swoje modlitwy, ale nie może Go krytykować. Wyroki i decyzje Pana Boga są nie tylko suwerenne, ale także "słuszne i sprawiedliwe".


Kto kocha, ten napomina

Nie znaczy to, że w Biblii próżno szukać określenia, które piętnuje zło: rozwiązłości, oszustwa, bałwochwalstwa, faryzeizmu, egoizmu... A więc tych przejawów zła, od których nie jest wolny także dzisiejszy Kościół. W tekście biblijnym nie pada jednak słowo "krytyka", gdyż, jak się zdaje, każda krytyka ma w sobie coś z oceny, wystawiania cenzury: beznamiętnego patrzenia z boku na to, co czyni i mówi drugi człowiek - w tym przypadku człowiek wierzący.

Bohaterowie biblijni nie postępują w ten sposób. Dobitnie jednak odsłaniają zło i grzech. Jak to robią? Oni przede wszystkim napominają. Kim jest ten, kto napomina? To ktoś, komu zależy na tych, do których kieruje słowa napomnienia. Trudno wtedy o beznamiętność, która charakteryzuje rasowego i obiektywnego krytyka. Napominać w biblijnym sensie to prosić o opamiętanie. To znaczy także: pouczać i ganić, by ten, kto popełnił grzech, przyznał się do niego, wyznał winy, obiecał poprawę i zadośćuczynił krzywdzie, którą wyrządził.

Metodę napominania stosuje sam Bóg, kiedy gani swój lud, gdy ten zrywa zawarte z Nim przymierze; kiedy miast składać ofiary miłe Bogu, szuka sobie nowych cielców; kiedy zamiast cieszyć się długo upragnioną wolnością, myśli o powrocie do niewoli egipskiej. Także Jezus Chrystus napomina uczniów, kiedy nie pojmują, że jego królestwo nie jest z tego świata; kiedy zarzuca kapłanom, że przyzwolili, by świątynia jerozolimska przerodziła się w miejsce transakcji i hazardu. Św. Paweł gani członków wspólnoty Koryntu, że swoim postępowaniem nie różnią się niczym od tych, którzy nie podzielają wiary w Jezusa Chrystusa ("Słyszy się powszechnie o rozpuście między wami, i to o takiej rozpuście, jaka się nie zdarza nawet wśród pogan: mianowicie, że ktoś żyje z żoną swojego ojca" 1 Kor 5,1). Napominać więc, to mieć odwagę powiedzieć, że ci, którzy wierzą w Jezusa Chrystusa postępują tak, jakby w Niego nie wierzyli; którzy głosząc jego przykazania zachowują się tak, jakby były one skrojone nie na ludzką miarę.

Zaraz jednak rodzi się pytanie: kto ma prawo napominać? Kto ma legitymację do pokazywania zła w Kościele. Św. Paweł w Liście do Kolosan podpowiada, że przede wszystkim mamy baczyć, byśmy sami nie upadali: "z wszelką mądrością nauczajcie i napominajcie samych siebie przez psalmy, hymny, pieśni pełne ducha pod wpływem łaski śpiewając Bogu w waszych sercach" (Kol 3,16). Ale trzeba pamiętać, że Kościół to nie klub dyskusyjny, a we wspólnocie ludzi wierzących - jak poucza Biblia - jedni "drugich mamy brzemiona nosić". Dlatego też mamy nie tylko prawo, ale obowiązek jedni drugich napominać; i nie jest ważne, czy ktoś jest prezbiterem, biskupem czy "szeregowym świeckim". Choć nie wolno zapominać, że "komu więcej dano, od tego więcej się także wymaga".

Jasno więc widać, że Biblia roi się od przykładów, gdzie zło demaskowane jest za pomocą logiki napominania. Czy, używając współczesnego języka, choć nie oddającego sedna sprawy, krytyki. Tak czynili prorocy, tak czynił Jezus Chrystus. Dlatego warto przyjąć, że ci chrześcijanie, którzy pokazują zło i grzech w Kościele, czynią tak nie dlatego, że im na Kościele nie zależy, ale robią tak dlatego, że im bardzo zależy. Bo ten, kto kocha, napomina.


Lęk przed prawdą

Oczywiście, byłoby cudownie, gdyby Kościół był wolny od błędów, gdyby zawsze sposób i styl jego przepowiadania Dobrej Nowiny budził powszechny szacunek. Dzieje Kościoła pokazują jednak, że nigdy tak dobrze nie było i nic nie wskazuje na to, by coś miało się zmienić w przyszłości. Kościół bowiem tworzą przede wszystkim konkretni ludzie, którzy nie są wolni od ułomności i grzechów. Doskonale wiedział o tym Jezus Chrystus, który przestrzegał swoich uczniów: "Niepodobna, żeby nie przyszły zgorszenia, lecz biada temu, przez którego przychodzą" (Łk 17,1). Dlatego sedno sprawy nie polega na tym, czy Kościół jest wolny od grzechu (wiemy, że nie jest!), ale jak sobie radzi z własnymi słabościami, ze słabościami swoich wiernych? Czy znajduje w sobie tyle siły i takich ludzi, którzy nie bacząc na koszty, potrafią napominać tych, którzy sieją zgorszenie? I czy potrafi sprawić, by ci, którzy zgrzeszyli, zadośćuczynili wyrządzonym krzywdom?

Ostatnie głośne historie dobitnie pokazały, że grzech może znaleźć podatny grunt nawet w Kościele. Przyznajmy jednak, że Kościół w Polsce nie stał się przedmiotem napastliwej nagonki. Na przykład ludzie, którzy przymykali oko na poczynania poznańskiego arcybiskupa, nie stali się przedmiotem oskarżeń, nie wysuwano też wobec niech zarzutu - jak to miało ostatnio miejsce w Stanach Zjednoczonych - że tworzą "organizację mafijną".
Nieliczni tylko, jak redaktor naczelny "Znaku" Jarosław Gowin, pytali: jak Kościół - czyli my - mógł przymykać tak długo oko na zło, które trapiło Kościół w Poznaniu? Pisał Gowin na łamach "Rzeczpospolitej": "Zapewne część hierarchów Kościoła, którzy starali się sprawę zatuszować, kierowała się troską o dobre imię Kościoła. Tyle tylko, że jest to troska pojęta zupełnie opacznie. W praktyce oznacza tolerowanie zła, byle wiadomość o nim nie przedostała się do opinii publicznej. Brak odwagi i lęk przed prawdą były w historii Kościoła źródłem licznych nieszczęść. Dramatycznie zaciążyły także na sposobie, w jaki wielu ludzi Kościoła ustosunkowało się do sytuacji, której rzeczywistego oblicza byli przecież świadomi. Język dyplomacji długo przeważał nad językiem prawdy".

Czyż lęk przed prawdą, nawet najbardziej gorzką dla Kościoła i jego wiernych, nie zdradza słabości naszej wiary? Co by się stało, gdyby nie znaleźli się tacy, którzy zdecydowali się w końcu głośno powiedzieć, że zła dłużej niepodobna tolerować? Czy ujawnienie tej sprawy, jak również każdej innej, gdzie dochodzi do sprzeniewierzania się ewangelicznym zasadom, można nazwać krytyką Kościoła? Czyż ukrywanie takich przejawów zachowania, które stają w jawnej sprzeczności ze wskazaniami Dobrej Nowiny, nie nadwerężają jego wiarygodności?

Kościołowi do skutecznego głoszenia Dobrej Nowiny konieczna jest wiarygodność. A wiarygodnym może być tylko ten, kto potrafi powiedzieć całą prawdę, kto ma odwagę przyznać się do popełnionego grzechu. "Bo zło raz popełnione nie znika - podpowiada wybitny polski teolog, ks. Wacław Hryniewicz - nie ulega unicestwieniu. Stąd konieczność wyznawania grzechów naszych przodków, bo ich winy gdzieś wsiąknęły i szły za nami, rzucając cień na dalsze losy. Przeszłość bowiem żyje w człowieku, w sumieniu, w pamięci kolejnych pokoleń, w lękach, w obawach, w nieufności. Gdzieś to wszystko się gromadzi...". Nie uciekniemy od odpowiedzialności za to, co dzieje się w Kościele: w mojej diecezji, w mojej parafii.


Zranienie

Kościołowi więc nie tyle zagrażają ci, którzy zachowują intelektualną i duchową czujność (jak czynił to ks. Józef Tischner), by w chwili próby dać świadectwo prawdzie, ale ci, którzy uprawiają kunktatorstwo i oportunizm. Żaden chrześcijanin (szczególnie, jeśli pamięta, że Matka Teresa z Kalkuty na pytanie: "Co jest złego w Kościele?", odpowiedziała: "Ja i Ty!") nie może pozwolić sobie na banalizowanie zła. Dlaczego? Ponieważ krzywda zadana w Kościele boli dotkliwiej, bo człowiek się jej nie spodziewa. W odróżnieniu od społeczności świeckiej, gdzie jest na nią przygotowany.

Dobitnie pokazał to Jan Paweł II wyznając winy Kościoła w czasie roku jubileuszowego. Czyż Papież nie wystąpił tu w roli tego, kto napomina córki i synów Kościoła za ich nieprawości? Jednak, co musi dawać do myślenia, ten biblijny gest Papieża nie spotkał się z powszechną aprobatą. Przeciwnicy tego aktu skruchy argumentowali, że Kościół przyznając się do grzechów i wyznając je, traci wiarygodność. A czy nie zatraci wiarygodności wtedy, kiedy przymyka oko na zło swoich wyznawców? Czy nie traci wiarygodności skrzętnie skrywając grzechy biskupów, księży czy wiernych, które - wychodząc w końcu na światło dzienne - wprawiają w osłupienie tych, którzy nie wyznają wiary w Jezusa Chrystusa?

Kościół jest wiarygodnym głosicielem prawd, które wyznaje i naucza, kiedy ma odwagę piętnować zło we własnych szeregach. W innym przypadku będą o nas mówić, że jesteśmy hipokrytami, którzy dostrzegą źdźbło w oku drugiego, a we własnym nie zauważą belki.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny