Z płyty na płytę

Zobacz "Z płyty na płytę" w poprzednich numerach "TP"
Maurice Ravel
Koncert D-dur,
Richard Strauss Symfonia Alpejska;
Robert Casadesus - fortepian, Wiener Philharmoniker, Dimitri Mitropoulos - dyrygent, Orfeo
2002
Dyrygent każdy chce zrobić z orkiestry instrument, posłuszny jego ruchom i gotów na każde
skinienie. Każdy, ale nie Mitropoulos. Ten orkiestrę rozszczepia, różniczkuje, poddaje
stratyfikacjom i dyfuzjom. Każdy instrument, każda grupa ma tu do powiedzenia coś odrębnie
własnego, smyczki jeszcze figlują, a blacha już płacze etc., brzmienia są
niestopliwe, a piętrzące się klatki taktów odrobinę jakby poprzesuwane względem
siebie, co daje efekt totalnej polifonizacji najbardziej nawet prostackich struktur.
Słychać to doskonale na tej płycie, jednej z kilku dokumentujących koncerty, jakie
grecki kapelmistrz dawał pod koniec życia na festiwalu salzburskim, gdzie go - w
przeciwieństwie do New Yorku - ceniono i lubiano. (Warto dodać, że w zestawieniu ze źle
zazwyczaj zachowanymi i "zakaszliwanymi" przez publiczność amerykańskimi
nagraniami Mitropoulosa, te brzmią wyjątkowo dobrze.)
Najpierw mamy tu mocno i wyraziście, bez impresjonistycznych zamgleń odegrany Koncert
Ravela, powstały - wiadomo - na zamówienie jednorękiego brata znanego filozofa, który
jednak podobno grał go tak fatalnie, że każdym wykonaniem tylko kompozytora rozwścieczał.
Interpretację Roberta Casadesusa uznać należy (pomimo kilku nieuniknionych
"wpadek") za wzorcową, bardzo szlachetną i szarmancką, jakkolwiek oczywiście
przy takim akompaniamencie usuwa się ona nieco na drugi plan. Zindywidualizowanie
orkiestry dochodzi tu do zenitu, we fragmentach groteskowych instrumenty przedrzeźniają
się i przekrzykują niczym kapitoliński zastęp gęsi, w tragicznych - wyją jak stado
bab trojańskich, uszu nie można oderwać, ale to jeszcze nic.
Nic przy następującej z kolei Symfonii Alpejskiej Straussa, uznawanej za jedno z
gorszych (czy może raczej "przedobrzonych") dzieł tego geniusza, a chodzi
mianowicie o to, że rozbudowany przesadnie aparat wykonawczy nieco przerasta skromny
temat utworu, jakim jest miła wycieczka w góry. W ujęciu Mitropoulosa (które jeden z
krytyków nazwał "nietzscheańskim") cała sielskość wyparowuje, po wielekroć
wyśmiewane dzwonki krowie brzmią groźnie i złowieszczo jak jakieś blachy przerdzewiałe,
zdobycie szczytu jest dziwnie ciężkie i charczące, szybka zaś burza poprzedza istną
Ernstowską "Europę po deszczu" - ten właśnie fragment, zejście, stanowi tu
wyrazową kulminację Symfonii, przypominając, iż powstała ona w 1915 r., w czasie tej
samej wojny, na której Paul Wittgenstein stracił swą słynną rękę, a Franz Marc
strzelał do uwielbianych koni (zanim i jego zastrzelono), i wszystko pokryła gruba
warstwa rdzawego błocka.
Wspaniała, mroczna, nieprzyjemna, wojenna płyta. Czy raczej po-wojenna, bez złudzeń.
Adam Wiedemann
Giovanni Mirabassi &
Andrzej Jagodziński Trio
Dreadlines, 2003
"Ta płyta jest nudna" - powiedział mój znajomy. Odpowiedziałem, że jeszcze
nie słuchałem. Wróciłem do domu i... poczekałem kilka dni.
Była noc, parna i duszna, gdy zaczęło grać. Giovanni Mirabassi - czyli Włoch w Paryżu
na fortepianie oraz Andrzej Jagodziński Trio - czyli polscy jazzmani wszędzie i w każdym
palcu. Lider tym razem na akordeonie, Adam Cegielski z nieodłącznym kontrabasem, jak
zwykle na perkusji Czesław "Mały" Bartkowski. "Panta rei"
Mirabassiego (nr 1) spokojnie, z miłym pulsem, delikatnie. Jakby panowie czuli, że jest
gorąco, a zbyt silne podgrzanie atmosfery mogłoby grozić zawałem. Nie daj Boże.
Atmosfera zaczęła się tworzyć szczególnie od "El peublo unido jama sera
vencido", zwłaszcza gdy temat rozwijał "Jagódkowy" akordeon. Zaraz potem
zabrzmiało "La petite valse brillante" Jagodzińskiego i wydawało się, że zwłaszcza
trio kontynuuje osiągnięcia z płyt Chopinowskich, osiągając podobny stopień
intensywności. Przy "Frankfurt Serenade" Mirabassiego czułem spory niedosyt,
bo muzyka nie rozwinęła się w taki sposób, w jaki się pojawiła, bo puls tanga uciekł
gdzieś niepostrzeżenie bocznymi drzwiami. Ale wynagrodził to po chwili dynamiczny duet
fortepianu i akordeonu w "You Don't Know What Love Is": solo Mirabassiego -
lekkie i przejrzyste, i dopowiedź Jagodzińskiego - zmysłowa i intensywna. Nie mówiąc
już o cudownym graniu akordeonu w "Behind The White Door".
Przyszedł kolejny wieczór i noc, zdecydowanie chłodniejsze. Znów zaczęło grać. I może
poczułem, na czym polega siła tej płyty; odnalazłem sposób jej zjawiania się. To
dobra muzyka na późną jesień i zimę, kiedy wieczory stają się dłuższe, mniej
przyjemne, kiedy szukamy ciepła w jego różnych przejawach. Bo ta muzyka jest ciepła i
przyjemna. I w zasadzie prosta, choć ani ja, ani wielu do mnie podobnych i innych jeszcze
tak prosto w życiu byśmy nie zagrali, mimo żeśmy prości ludzie. Jest więc przede
wszystkim melodią, która ma swój wyraźny klimat i przestrzeń, która podpowiada
harmonię i rozwój w improwizacjach. Jest w niej też coś z włoskiego południa - jakby
słońce i wino, ale i z naszego środka - jakby szeroki (romantyzujący?...) gest, czyli
dusza.
Płynie sobie spokojnie, trwa gdzieś w oddali, nie przeszkadzając, nie angażując. Może
być dobra jako tło rozmów lub książki. Ale nigdy w dzień, zawsze w nocy. I na pewno
chłodne. I jeszcze ten piękny akordeon Andrzeja Jagodzińskiego, ale ja zawsze miałem słabość
do tego instrumentu, więc... Już wiem, co powiem znajomemu.
Tomasz Cyz
Miles Davis
"In Person Friday And Saturday Nights At The Blackhawk, Complete"
Columbia/Legacy, 2003 (4 CD)
Najpierw arytmetyka. 2 wieczory - 21 i 22 kwietnia 1961 - w klubie Blackhawk w San
Francisco. Davis między pierwszym a drugim kwintetem. 7 setów. Prawie 4 godziny grania.
29 ścieżek, z czego 13 opublikowanych po raz pierwszy. Ile to razem? Bardzo dużo, a
wynik należy korzystnie przemnożyć przez cenę: 4 kompakty tylko za ciut ponad 80 PLN.
Liderowi towarzyszyli: Hank Mobley (ts), Wynton Kelly (p), Paul Chambers (b) oraz Jimmy
Cobb (dr). To bardzo przyzwoity skład, chociaż sesje z Blackhawk nie należą do najważniejszych
dokonań Davisa, który miał przecież lepsze zespoły. Tyle że, skoro chodzi o niego,
spokojnie pozostajemy na wysokościach ponadalpejskich. Co oznacza tu również wędrówkę
po trasach, by tak rzec, międzyhimalajskich. Nagrania z San Francisco należą w
dyskografii Davisa do ciągu tytułów występujących między arcydziełami ("Kind
Of Blue" z jednej strony, z drugiej zaś np. rejestracje z Plugged Nickel).
W Blackhawk muzycy (więc) grali najczęściej według dość tradycyjnego schematu. Trąbka
podaje temat i improwizuje, potem saksofon (Mobley niemal chwyta się ostatnich nut
Davisa) przedstawia swoją wersję, dalej rolę prowadzącego przejmuje pianista, z kolei
komentarz Chambersa (czasem arco), niekiedy solówka perkusji - i lider podsumowuje.
Owszem, bywają chwile, kiedy Kelly czy Mobley mogliby z większym ryzykiem podjąć
wyzwanie lidera. Najczęściej jednak godnie mu partnerują (zwłaszcza Kelly), dowodząc,
jak wiele można wygrać także w relatywnie prostych pomysłach na wykonanie. Davis i
koledzy proponują zresztą wersje nowe, różne od znanych (np. "So What"). No
i ta fascynująca zmienność, konstatowana po wysłuchaniu całości. Dzieje się jazz -
i dzieje się czas.
Adam Poprawa
Cristina Branco
"Sensus"
Universal Classics, 2003 r.
Słuchając płyty "Sensus" nie sposób nie zadać sobie pytania - czym jest
fado? Wbrew obiegowej opinii, pieśni fado nie wykonuje wcale grupa Madredeus, bez której
film Wima Wendersa "Lisbon Story" nie byłby tym, czym jest.
Największą pieśniarką fado była Amalia Rodrigues. Gdy w październiku 1999 r. zmarła,
rząd Portugalii ogłosił trzydniową żałobę narodową, jej grób w katakumbach na
cmentarzu Prazeres stał się celem pielgrzymek, by nie powiedzieć, że miejscem kultu.
Nad Tagiem, niezależnie od publicznych debat na temat polityki i piłki nożnej, toczy się
do dzisiaj równie ważna debata na temat tego, kto przejmie po wielkiej Amalii sławę i
legendę. Czy może - znane już z występów w Polsce - Bevinda, Mariza lub Mísia, czy
może czekające na odkrycie nad Wisłą: Dulce Pontes, Mafalda Arnauth bądź Cristina
Branco?
Fado, czyli fatum, fatum, czyli los. Skomponowane przez geniusza gitary portugalskiej
Custodio Castelo, pieśni Cristiny Branco traktują więc o losie; o tym, że z
tajemniczej przyczyny spotyka nas to, co spotyka - tu i teraz. Piosenki te przepełnione są
tym, co Portugalczycy określają mianem "saudade". Saudade znaczy mniej więcej
tyle, co smutek. Tyle tylko, że tego, czym w istocie jest saudade, można doświadczyć
wyłącznie późnym wieczorem w knajpce z widokiem na Tag, siedząc nad szklanką mocnego
czerwonego wina.
Zgodnie z tradycją, przy akompaniamencie akustycznych gitar: portugalskiej, klasycznej i
basowej, Cristina Branco śpiewa wiersze Luisa Vaz de Camoesa, który dla Portugalczyków
jest tym, kim dla nas Kochanowski, a także takich poetów, jak: Maria Teresa Horta,
Vinicius de Moraes czy David Mourao-Ferreira. Przy okazji przekonuje, że tekstem pieśni
fado może być nawet sonet Szekspira. Jak wszystkie śpiewaczki fado, ubrana w długą
czarną suknię, okryta długim czarnym szalem, opowiada - szepcząc, krzycząc, śpiewając
pełną piersią - że nasz los jest przeklęty i błogosławiony, że jesteśmy szczęśliwi
i nieszczęśliwi w każdej chwili swojego życia. Fado to Lizbona. Lizbona to fado.
Janusz Drzewucki
Allman Brothers Band
"Hittin' The Note"
Peach Records, 2003
To dwie największe legendy southern rocka, czyli mieszaniny bluesa i rocka, czasem
okraszonej wątkami country, a nawet zydeco i cajun, podanej - co najważniejsze - w
momentalnie rozpoznawalnym klimacie amerykańskiego Południa. Obie są legendami po przejściach:
katastrofy i wypadki, nałogi i zwykłe choroby zabrały im najlepszych. Dlatego nawet
zaprzysięgli zwolennicy czekają na nowe dzieła obiektów swego kultu z nadzieją, ale i
niepokojem. Allman Brothers Band na nową płytę kazali czekać 9 lat (szczęśliwie
dawali w tym czasie koncerty, a z bootlegów można było wnosić, że forma zespołu jest
doskonała). Lynyrd Skynyrd wydali swoją niemal równolegle - po 3 latach milczenia, a
okazją jest 30 rocznica debiutanckiego albumu.
ABB brzmi dziś potężniej i surowiej, w ostrzejszych utworach (choćby w rozpoczynającym
album "Firing Line") niemal hard rockowo. Jednak na płycie najwięcej jest
starego, dobrego nastroju południowych jamów: snujących się - a to leniwie ("High
Cost Of Low Living" czy "Old Before Me Time"), a to na wyścigi
("Maydell" czy "Rockin Horse"), a to i tak, i tak
("Desdemona") - pojedynków na gitary (także slide!) Warrena Haynesa (lat 53) i
Dereka Trucksa (lat 22), przeplatanych dźwiękami klasycznego Hammonda B3 Gregga Allmana
na tle charakterystycznego dla ABB wzmocnionego zestawu perskusyjnego Jaimoe, Butcha
Trucksa i Marca Quinonesa. Do nastroju płyty nie pasuje może tylko "Instrumental
Illness" - też wielka improwizacja, lecz w jazzrockowym już stylu (nie bez powodu
Gregg Allman mówił w rozmowie z pismem "Twój Blues", że ABB to nie
southern rock, lecz "progresywny jazz-blues--rock'n'roll"). Coś szczególnego
zostawiają na koniec: to "Old Friend", ballada poświęcona Allenowi Woody,
zmarłemu w 2000 r. basiście ABB i Gov't Mule, najważniejszej dziś grupie Ameryki (w której
udziela się też Haynes, a na koncertowych jamach goszczą i inni allmanowcy).
Lynyrd Skynyrd też gra ciężej niż kiedyś. Praktycznie nie ma już nut country, bywają
natomiast ckliwe (czasem aż nadto) rockowe ballady. Ale nie ma co narzekać: przynajmniej
"Sweet Mama", "Dead Man Walkin", "Mad Matter",
"Rockin" czy "Little Town" to Skynyrd w stylu najlepszych lat. A i w
pozostałych kompozycjach wystarczy, że gitarzyści zaczną solowe popisy, by pojawiły
się stare skojarzenia (wszak Gary Rossington jest w Skynyrd od początku).
Greg Allman nie wyklucza, że ABB przyjedzie wkrótce na trasę do Europy. Skynyrd z racji
jubileuszu obiecują też okolicznościowy box i koncertowe DVD.
Krzysztof Burnetko
Myslovitz
"The Best of..."
Sony Music Polska, 2003
Najnowsza płyta zespołu Myslovitz - dwupłytowe wydanie "The Best of..." -
znakomicie dowodzi wyższości artystycznej konsekwencji nad koniunkturalnym skakaniem z
kwiatka na kwiatek. Pochodzący z Mysłowic zespół wszedł w nowy, wspaniały świat
show biznesu z kompleksami małego miasta, jednak robiąc konsekwentnie swoje, mimo
wiecznych zarzutów o zniewieściałość wokalną, grafomanię czy ściąganie z twórczości
grup takich jak My Bloody Valentine, Stone Roses, Stereolab czy Radiohead zdołał na pięciu
autorskich albumach zawrzeć pamiętnik muzycznego dojrzewania.
Kompilacja podsumowuje dotychczasową karierę śląskiego zespołu, mamy na niej zatem
zarówno największe przeboje, włączając na śmierć "zajechane" przez rozgłośnie
radiowe "Długość dźwięku samotności", "Scenariusz dla moich sąsiadów"
czy "Acidland", jak i te, które nigdy nie ukazały się na żadnym z wydanych
wcześniej albumów ("To nie był film", "Książka z drogą w
tytule", "Polowanie na wielbłąda").
Najbardziej poruszająco na "The Best of..." brzmi jednak moim zdaniem nowa
wersja utworu "Kraków" (pierwotnie pochodzącego z albumu "Miłość w
czasach popkultury"), który dzięki głosowi Marka Grechuty i brzmieniu zespołu
ANAWA - z ładnej pioseneczki zmienił się w niezwykle intensywną impresję, pozwalającą
opisać fenomen naszego miasta okiem przybysza bez potrzeby zaglądania na ulicę Bracką.
Robert Kasprzycki
Grzegorz Turnau
Magda Umer
"Kołysanki - utulanki"
Fokus, 2003
Turnauiumer, umeriturnau - przypadek skleił te dwa egzotycznie brzmiące nazwiska w jakąś
dźwięczną abrakadabrę, dziecięce zaklęcie przeganiające precz złe sny. Zaklęcie
należy wyśpiewać, bo inaczej nie działa. Nie potrzeba do tego dużego głosu,
wystarczy ot, taki niewielki, maminy głos, jakim los obdarzył Magdę Umer, albo nasenny
alt (?) Grzegorza Turnaua. A najlepiej oba.
Ciut ekscentryczna Ciotka Magda z melancholijnym Wujem Grzesiem usypiają jak zręczny
anestezjolog - niezawodnie i profesjonalnie. Nawet "Aaa, kotki dwa" w ich
wykonaniu nie trącą myszką. Tak właśnie chcę usypiać i być usypiana - starą kołysanką
w nowej aranżacji. Że co?... Że to nie dla mnie śpiewa Wujek Grześ z Ciotką Magdą?...
Otóż poniekąd dla mnie, bo do powstania płyty przyczyniła się Fundacja "Przytul
Dziecko" - propagująca śpiewanie dzieciom i przytulanie ich. Przytulać już umiem,
teraz będę śpiewać...
"Kołysanki - utulanki" są muzyczną ściągawką dla nie dość
wykwalifikowanych muzycznie rodziców. Umeriturnau - muzykalny stwór na czterech nogach -
śpiewa skromnie, domowo, przytulnie... Pluszowym głosem nuci najładniejsze, znane nam
wszystkim kołysanki ("Ach, śpij, kochanie...", "Z popielnika na
Wojtusia...", "Słoneczko już..."), ale także całkiem nowe, albo
zaledwie kilkuletnie - jak - moja ulubiona - "W muszelkach twoich dłoni..." -
pochodząca z wydanej przed pięcioma laty KAPITALNEJ płyty dla dzieci Grzegorza T.,
zatytułowanej "Księżyc w misce".
Zachęcam do wieczornej, poetyckiej turnalizacji i czułej umeryzacji dzieci, z udziałem
wokalnym rodziców.
Joanna Olech
|