adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 32 (2822)
10 sierpnia 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet

Z płyty na płytę

Zobacz "Z płyty na płytę" w poprzednich numerach "TP"



Maurice Ravel
Koncert D-dur,
Richard Strauss Symfonia Alpejska;
Robert Casadesus - fortepian, Wiener Philharmoniker, Dimitri Mitropoulos - dyrygent, Orfeo 2002


Dyrygent każdy chce zrobić z orkiestry instrument, posłuszny jego ruchom i gotów na każde skinienie. Każdy, ale nie Mitropoulos. Ten orkiestrę rozszczepia, różniczkuje, poddaje stratyfikacjom i dyfuzjom. Każdy instrument, każda grupa ma tu do powiedzenia coś odrębnie własnego, smyczki jeszcze figlują, a blacha już płacze etc., brzmienia są niestopliwe, a piętrzące się klatki taktów odrobinę jakby poprzesuwane względem siebie, co daje efekt totalnej polifonizacji najbardziej nawet prostackich struktur.

Słychać to doskonale na tej płycie, jednej z kilku dokumentujących koncerty, jakie grecki kapelmistrz dawał pod koniec życia na festiwalu salzburskim, gdzie go - w przeciwieństwie do New Yorku - ceniono i lubiano. (Warto dodać, że w zestawieniu ze źle zazwyczaj zachowanymi i "zakaszliwanymi" przez publiczność amerykańskimi nagraniami Mitropoulosa, te brzmią wyjątkowo dobrze.)

Najpierw mamy tu mocno i wyraziście, bez impresjonistycznych zamgleń odegrany Koncert Ravela, powstały - wiadomo - na zamówienie jednorękiego brata znanego filozofa, który jednak podobno grał go tak fatalnie, że każdym wykonaniem tylko kompozytora rozwścieczał. Interpretację Roberta Casadesusa uznać należy (pomimo kilku nieuniknionych "wpadek") za wzorcową, bardzo szlachetną i szarmancką, jakkolwiek oczywiście przy takim akompaniamencie usuwa się ona nieco na drugi plan. Zindywidualizowanie orkiestry dochodzi tu do zenitu, we fragmentach groteskowych instrumenty przedrzeźniają się i przekrzykują niczym kapitoliński zastęp gęsi, w tragicznych - wyją jak stado bab trojańskich, uszu nie można oderwać, ale to jeszcze nic.

Nic przy następującej z kolei Symfonii Alpejskiej Straussa, uznawanej za jedno z gorszych (czy może raczej "przedobrzonych") dzieł tego geniusza, a chodzi mianowicie o to, że rozbudowany przesadnie aparat wykonawczy nieco przerasta skromny temat utworu, jakim jest miła wycieczka w góry. W ujęciu Mitropoulosa (które jeden z krytyków nazwał "nietzscheańskim") cała sielskość wyparowuje, po wielekroć wyśmiewane dzwonki krowie brzmią groźnie i złowieszczo jak jakieś blachy przerdzewiałe, zdobycie szczytu jest dziwnie ciężkie i charczące, szybka zaś burza poprzedza istną Ernstowską "Europę po deszczu" - ten właśnie fragment, zejście, stanowi tu wyrazową kulminację Symfonii, przypominając, iż powstała ona w 1915 r., w czasie tej samej wojny, na której Paul Wittgenstein stracił swą słynną rękę, a Franz Marc strzelał do uwielbianych koni (zanim i jego zastrzelono), i wszystko pokryła gruba warstwa rdzawego błocka.

Wspaniała, mroczna, nieprzyjemna, wojenna płyta. Czy raczej po-wojenna, bez złudzeń.

Adam Wiedemann




Giovanni Mirabassi &
Andrzej Jagodziński Trio
Dreadlines, 2003


"Ta płyta jest nudna" - powiedział mój znajomy. Odpowiedziałem, że jeszcze nie słuchałem. Wróciłem do domu i... poczekałem kilka dni.

Była noc, parna i duszna, gdy zaczęło grać. Giovanni Mirabassi - czyli Włoch w Paryżu na fortepianie oraz Andrzej Jagodziński Trio - czyli polscy jazzmani wszędzie i w każdym palcu. Lider tym razem na akordeonie, Adam Cegielski z nieodłącznym kontrabasem, jak zwykle na perkusji Czesław "Mały" Bartkowski. "Panta rei" Mirabassiego (nr 1) spokojnie, z miłym pulsem, delikatnie. Jakby panowie czuli, że jest gorąco, a zbyt silne podgrzanie atmosfery mogłoby grozić zawałem. Nie daj Boże.

Atmosfera zaczęła się tworzyć szczególnie od "El peublo unido jama sera vencido", zwłaszcza gdy temat rozwijał "Jagódkowy" akordeon. Zaraz potem zabrzmiało "La petite valse brillante" Jagodzińskiego i wydawało się, że zwłaszcza trio kontynuuje osiągnięcia z płyt Chopinowskich, osiągając podobny stopień intensywności. Przy "Frankfurt Serenade" Mirabassiego czułem spory niedosyt, bo muzyka nie rozwinęła się w taki sposób, w jaki się pojawiła, bo puls tanga uciekł gdzieś niepostrzeżenie bocznymi drzwiami. Ale wynagrodził to po chwili dynamiczny duet fortepianu i akordeonu w "You Don't Know What Love Is": solo Mirabassiego - lekkie i przejrzyste, i dopowiedź Jagodzińskiego - zmysłowa i intensywna. Nie mówiąc już o cudownym graniu akordeonu w "Behind The White Door".

Przyszedł kolejny wieczór i noc, zdecydowanie chłodniejsze. Znów zaczęło grać. I może poczułem, na czym polega siła tej płyty; odnalazłem sposób jej zjawiania się. To dobra muzyka na późną jesień i zimę, kiedy wieczory stają się dłuższe, mniej przyjemne, kiedy szukamy ciepła w jego różnych przejawach. Bo ta muzyka jest ciepła i przyjemna. I w zasadzie prosta, choć ani ja, ani wielu do mnie podobnych i innych jeszcze tak prosto w życiu byśmy nie zagrali, mimo żeśmy prości ludzie. Jest więc przede wszystkim melodią, która ma swój wyraźny klimat i przestrzeń, która podpowiada harmonię i rozwój w improwizacjach. Jest w niej też coś z włoskiego południa - jakby słońce i wino, ale i z naszego środka - jakby szeroki (romantyzujący?...) gest, czyli dusza.

Płynie sobie spokojnie, trwa gdzieś w oddali, nie przeszkadzając, nie angażując. Może być dobra jako tło rozmów lub książki. Ale nigdy w dzień, zawsze w nocy. I na pewno chłodne. I jeszcze ten piękny akordeon Andrzeja Jagodzińskiego, ale ja zawsze miałem słabość do tego instrumentu, więc... Już wiem, co powiem znajomemu.

Tomasz Cyz




Miles Davis
"In Person Friday And Saturday Nights At The Blackhawk, Complete"
Columbia/Legacy, 2003 (4 CD)


Najpierw arytmetyka. 2 wieczory - 21 i 22 kwietnia 1961 - w klubie Blackhawk w San Francisco. Davis między pierwszym a drugim kwintetem. 7 setów. Prawie 4 godziny grania. 29 ścieżek, z czego 13 opublikowanych po raz pierwszy. Ile to razem? Bardzo dużo, a wynik należy korzystnie przemnożyć przez cenę: 4 kompakty tylko za ciut ponad 80 PLN.

Liderowi towarzyszyli: Hank Mobley (ts), Wynton Kelly (p), Paul Chambers (b) oraz Jimmy Cobb (dr). To bardzo przyzwoity skład, chociaż sesje z Blackhawk nie należą do najważniejszych dokonań Davisa, który miał przecież lepsze zespoły. Tyle że, skoro chodzi o niego, spokojnie pozostajemy na wysokościach ponadalpejskich. Co oznacza tu również wędrówkę po trasach, by tak rzec, międzyhimalajskich. Nagrania z San Francisco należą w dyskografii Davisa do ciągu tytułów występujących między arcydziełami ("Kind Of Blue" z jednej strony, z drugiej zaś np. rejestracje z Plugged Nickel).

W Blackhawk muzycy (więc) grali najczęściej według dość tradycyjnego schematu. Trąbka podaje temat i improwizuje, potem saksofon (Mobley niemal chwyta się ostatnich nut Davisa) przedstawia swoją wersję, dalej rolę prowadzącego przejmuje pianista, z kolei komentarz Chambersa (czasem arco), niekiedy solówka perkusji - i lider podsumowuje. Owszem, bywają chwile, kiedy Kelly czy Mobley mogliby z większym ryzykiem podjąć wyzwanie lidera. Najczęściej jednak godnie mu partnerują (zwłaszcza Kelly), dowodząc, jak wiele można wygrać także w relatywnie prostych pomysłach na wykonanie. Davis i koledzy proponują zresztą wersje nowe, różne od znanych (np. "So What"). No i ta fascynująca zmienność, konstatowana po wysłuchaniu całości. Dzieje się jazz - i dzieje się czas.

Adam Poprawa




Cristina Branco
"Sensus"
Universal Classics, 2003 r.


Słuchając płyty "Sensus" nie sposób nie zadać sobie pytania - czym jest fado? Wbrew obiegowej opinii, pieśni fado nie wykonuje wcale grupa Madredeus, bez której film Wima Wendersa "Lisbon Story" nie byłby tym, czym jest.
Największą pieśniarką fado była Amalia Rodrigues. Gdy w październiku 1999 r. zmarła, rząd Portugalii ogłosił trzydniową żałobę narodową, jej grób w katakumbach na cmentarzu Prazeres stał się celem pielgrzymek, by nie powiedzieć, że miejscem kultu. Nad Tagiem, niezależnie od publicznych debat na temat polityki i piłki nożnej, toczy się do dzisiaj równie ważna debata na temat tego, kto przejmie po wielkiej Amalii sławę i legendę. Czy może - znane już z występów w Polsce - Bevinda, Mariza lub Mísia, czy może czekające na odkrycie nad Wisłą: Dulce Pontes, Mafalda Arnauth bądź Cristina Branco?

Fado, czyli fatum, fatum, czyli los. Skomponowane przez geniusza gitary portugalskiej Custodio Castelo, pieśni Cristiny Branco traktują więc o losie; o tym, że z tajemniczej przyczyny spotyka nas to, co spotyka - tu i teraz. Piosenki te przepełnione są tym, co Portugalczycy określają mianem "saudade". Saudade znaczy mniej więcej tyle, co smutek. Tyle tylko, że tego, czym w istocie jest saudade, można doświadczyć wyłącznie późnym wieczorem w knajpce z widokiem na Tag, siedząc nad szklanką mocnego czerwonego wina.

Zgodnie z tradycją, przy akompaniamencie akustycznych gitar: portugalskiej, klasycznej i basowej, Cristina Branco śpiewa wiersze Luisa Vaz de Camoesa, który dla Portugalczyków jest tym, kim dla nas Kochanowski, a także takich poetów, jak: Maria Teresa Horta, Vinicius de Moraes czy David Mourao-Ferreira. Przy okazji przekonuje, że tekstem pieśni fado może być nawet sonet Szekspira. Jak wszystkie śpiewaczki fado, ubrana w długą czarną suknię, okryta długim czarnym szalem, opowiada - szepcząc, krzycząc, śpiewając pełną piersią - że nasz los jest przeklęty i błogosławiony, że jesteśmy szczęśliwi i nieszczęśliwi w każdej chwili swojego życia. Fado to Lizbona. Lizbona to fado.

Janusz Drzewucki




Allman Brothers Band
"Hittin' The Note"
Peach Records, 2003


To dwie największe legendy southern rocka, czyli mieszaniny bluesa i rocka, czasem okraszonej wątkami country, a nawet zydeco i cajun, podanej - co najważniejsze - w momentalnie rozpoznawalnym klimacie amerykańskiego Południa. Obie są legendami po przejściach: katastrofy i wypadki, nałogi i zwykłe choroby zabrały im najlepszych. Dlatego nawet zaprzysięgli zwolennicy czekają na nowe dzieła obiektów swego kultu z nadzieją, ale i niepokojem. Allman Brothers Band na nową płytę kazali czekać 9 lat (szczęśliwie dawali w tym czasie koncerty, a z bootlegów można było wnosić, że forma zespołu jest doskonała). Lynyrd Skynyrd wydali swoją niemal równolegle - po 3 latach milczenia, a okazją jest 30 rocznica debiutanckiego albumu.

ABB brzmi dziś potężniej i surowiej, w ostrzejszych utworach (choćby w rozpoczynającym album "Firing Line") niemal hard rockowo. Jednak na płycie najwięcej jest starego, dobrego nastroju południowych jamów: snujących się - a to leniwie ("High Cost Of Low Living" czy "Old Before Me Time"), a to na wyścigi ("Maydell" czy "Rockin Horse"), a to i tak, i tak ("Desdemona") - pojedynków na gitary (także slide!) Warrena Haynesa (lat 53) i Dereka Trucksa (lat 22), przeplatanych dźwiękami klasycznego Hammonda B3 Gregga Allmana na tle charakterystycznego dla ABB wzmocnionego zestawu perskusyjnego Jaimoe, Butcha Trucksa i Marca Quinonesa. Do nastroju płyty nie pasuje może tylko "Instrumental Illness" - też wielka improwizacja, lecz w jazzrockowym już stylu (nie bez powodu Gregg Allman mówił w rozmowie z pismem "Twój Blues", że ABB to nie southern rock, lecz "progresywny jazz-blues--rock'n'roll"). Coś szczególnego zostawiają na koniec: to "Old Friend", ballada poświęcona Allenowi Woody, zmarłemu w 2000 r. basiście ABB i Gov't Mule, najważniejszej dziś grupie Ameryki (w której udziela się też Haynes, a na koncertowych jamach goszczą i inni allmanowcy).

Lynyrd Skynyrd też gra ciężej niż kiedyś. Praktycznie nie ma już nut country, bywają natomiast ckliwe (czasem aż nadto) rockowe ballady. Ale nie ma co narzekać: przynajmniej "Sweet Mama", "Dead Man Walkin", "Mad Matter", "Rockin" czy "Little Town" to Skynyrd w stylu najlepszych lat. A i w pozostałych kompozycjach wystarczy, że gitarzyści zaczną solowe popisy, by pojawiły się stare skojarzenia (wszak Gary Rossington jest w Skynyrd od początku).
Greg Allman nie wyklucza, że ABB przyjedzie wkrótce na trasę do Europy. Skynyrd z racji jubileuszu obiecują też okolicznościowy box i koncertowe DVD.

Krzysztof Burnetko




Myslovitz
"The Best of..."
Sony Music Polska, 2003


Najnowsza płyta zespołu Myslovitz - dwupłytowe wydanie "The Best of..." - znakomicie dowodzi wyższości artystycznej konsekwencji nad koniunkturalnym skakaniem z kwiatka na kwiatek. Pochodzący z Mysłowic zespół wszedł w nowy, wspaniały świat show biznesu z kompleksami małego miasta, jednak robiąc konsekwentnie swoje, mimo wiecznych zarzutów o zniewieściałość wokalną, grafomanię czy ściąganie z twórczości grup takich jak My Bloody Valentine, Stone Roses, Stereolab czy Radiohead zdołał na pięciu autorskich albumach zawrzeć pamiętnik muzycznego dojrzewania.

Kompilacja podsumowuje dotychczasową karierę śląskiego zespołu, mamy na niej zatem zarówno największe przeboje, włączając na śmierć "zajechane" przez rozgłośnie radiowe "Długość dźwięku samotności", "Scenariusz dla moich sąsiadów" czy "Acidland", jak i te, które nigdy nie ukazały się na żadnym z wydanych wcześniej albumów ("To nie był film", "Książka z drogą w tytule", "Polowanie na wielbłąda").

Najbardziej poruszająco na "The Best of..." brzmi jednak moim zdaniem nowa wersja utworu "Kraków" (pierwotnie pochodzącego z albumu "Miłość w czasach popkultury"), który dzięki głosowi Marka Grechuty i brzmieniu zespołu ANAWA - z ładnej pioseneczki zmienił się w niezwykle intensywną impresję, pozwalającą opisać fenomen naszego miasta okiem przybysza bez potrzeby zaglądania na ulicę Bracką.

Robert Kasprzycki




Grzegorz Turnau
Magda Umer
"Kołysanki - utulanki"
Fokus, 2003


Turnauiumer, umeriturnau - przypadek skleił te dwa egzotycznie brzmiące nazwiska w jakąś dźwięczną abrakadabrę, dziecięce zaklęcie przeganiające precz złe sny. Zaklęcie należy wyśpiewać, bo inaczej nie działa. Nie potrzeba do tego dużego głosu, wystarczy ot, taki niewielki, maminy głos, jakim los obdarzył Magdę Umer, albo nasenny alt (?) Grzegorza Turnaua. A najlepiej oba.

Ciut ekscentryczna Ciotka Magda z melancholijnym Wujem Grzesiem usypiają jak zręczny anestezjolog - niezawodnie i profesjonalnie. Nawet "Aaa, kotki dwa" w ich wykonaniu nie trącą myszką. Tak właśnie chcę usypiać i być usypiana - starą kołysanką w nowej aranżacji. Że co?... Że to nie dla mnie śpiewa Wujek Grześ z Ciotką Magdą?... Otóż poniekąd dla mnie, bo do powstania płyty przyczyniła się Fundacja "Przytul Dziecko" - propagująca śpiewanie dzieciom i przytulanie ich. Przytulać już umiem, teraz będę śpiewać...

"Kołysanki - utulanki" są muzyczną ściągawką dla nie dość wykwalifikowanych muzycznie rodziców. Umeriturnau - muzykalny stwór na czterech nogach - śpiewa skromnie, domowo, przytulnie... Pluszowym głosem nuci najładniejsze, znane nam wszystkim kołysanki ("Ach, śpij, kochanie...", "Z popielnika na Wojtusia...", "Słoneczko już..."), ale także całkiem nowe, albo zaledwie kilkuletnie - jak - moja ulubiona - "W muszelkach twoich dłoni..." - pochodząca z wydanej przed pięcioma laty KAPITALNEJ płyty dla dzieci Grzegorza T., zatytułowanej "Księżyc w misce".

Zachęcam do wieczornej, poetyckiej turnalizacji i czułej umeryzacji dzieci, z udziałem wokalnym rodziców.

Joanna Olech


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny