dotb.gif

„TP”, Nr 32 (2822), 10 sierpnia, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2822/main03.php

O mitach rodzinnych, ukraińskiej współczesności i Bohdanie Antonyczu


Srebrny sygnet

Z pisarzem ukraińskim Jurijem Andruchowyczem rozmawia Jan Strzałka


JAN STRZAŁKA: - W eseju "Środkowoeuropejskie rewizje" z wydanego razem z Andrzejem Stasiukiem tomu ,,Moja Europa" pisałeś: ,,Na szczęście mieszkam w takim zakątku świata, gdzie przeszłość wiele znaczy. Niektórzy nazywają to zakorzenieniem, a inni zapętleniem". Żyjesz w mieście, które kiedyś zwało się Stanisławów, a dziś Iwanofrankiwsk. W czym przejawia się Twoje zakorzenienie? I co znaczy "zapętlenie"?

JURIJ ANDRUCHOWYCZ: - Ta część świata, gdzie się urodziłem i ciągle żyję, doświadczała w przeszłości wojen, nienawiści, wysiedleń, agresji, waśni etnicznych. Na owym styku kultury polskiej, ukraińskiej oraz wielu innych zamiast historii panuje do dziś niepodzielnie mitologia.


Mity domowe

W czasach radzieckich uczono nas w szkołach niby-historii. Kiedy wracaliśmy do domu, rodzice albo dziadkowie, częściej dziadkowie, przekazywali nam całkiem inną wiedzę. Chłonęliśmy ją z najwyższym skupieniem, lecz co bardziej bystrym podrostkom w którymś momencie musiała zaświtać myśl: a może domowa wersja historii też nie jest obiektywna, może to mit?

- Mit jest chyba lepszy od historii orwellowskiej?

- Mitologia i historia prywatna są z pewnością lepsze od historii, w której człowiek pozostaje jedynie śrubką w maszynie dziejów. Mitologia nie może jednak pretendować do imitowania prawdziwej, obiektywnej historii.

Przez dziesięciolecia na Ukrainie panowała więc mitologia, wielu spośród nas wolało wierzyć w baśń niż w historię skłamaną. Od wczesnych lat młodzieńczych czułem, że mitologia jest sprzymierzeńcem twórczości i sztuki, bo każdemu pisarzowi ofiarowuje nieskończoną ilość możliwości, czyni nas bogatszymi, pozwala dokonywać rewizji tego, co już wiemy. Mitologia prowokuje wręcz pisarza ukraińskiego. W moim przypadku wyzwanie, jakie mit stawia przede mną, bywa impulsem do pisania. To dzięki mitom tej ziemi chcę do niej wracać, ledwo wyjadę ze Stanisławowa. Czasami potrzebuję antidotum na przesyt tym na poły mitologicznym światem, ale szybko do niego wracam. Do ruin, do dawnej świetności miasta, do dziwaków, o których pisałem kiedyś, że należą pewno do ezoterycznego stowarzyszenia im. Brunona Schulza. I to jest właśnie moje zakorzenienie. Ale jego istota nie sprowadza się do poczucia obowiązku: muszę żyć w mieście, z którym od czasów austriackich związanych jest już kilka pokoleń moich przodków. Chcę żyć w Stanisławowie, bo to najdoskonalszy ze światów...

- Najdoskonalszy ze światów? Pisałeś przecież: miasto nieudaczników, pijaków, niezrealizowanych talentów, miasto prowincjonalne, jakich na mapie Ukrainy jest co najmniej kilkaset...

- Ale tak naprawdę, uwierz, takie miasto jest tylko jedno.

- Wierzę. A zapętlenie?

- Społeczeństwo ukraińskie cierpi na kompleks déjŕ vu, nieustannie krążymy wokół tych samych problemów. Czasami trudno uwierzyć, że możemy wyrwać się z zamkniętego kręgu, że oprócz przeszłości mamy przed sobą przyszłość. A żyjąc przeszłością, trudno rozeznać się, ku czemu dążymy i czy w ogóle dążymy do nowej Ukrainy.


Ucieczka jako podróż

- Jakie są Twoje mity, szczególnie rodzinne? Weźmy historię pradziadka Karla, o którym opowiadasz w ,,Mojej Europie": ile w niej prawdy, a ile kreacji?

- Kiedy pisałem o pradziadku, dawno nie żył ani on sam, ani nikt, kto by go pamiętał. Dopóki żyła babcia, dopóty wspomnienia o nim były żywe. Czasami, choć nie za często, opowiadała więc o tym Niemcu z Sudetów, który przybył do Stanisławowa pod koniec XIX wieku. Wiedziałem, że ożenił się z Ukrainką i przyjął obrządek greckokatolicki, a że był malarzem, poświęcił się malowaniu obrazów religijnych dla cerkiewek. Jego obrazy zachowały się jedynie w świątyni blisko Przełęczy Jabłonickiej w Karpatach, pojechałem tam kiedyś specjalnie, by się im przyjrzeć. Niewiele ich ocalało, poczerniały, nie mają tak żywych kolorów jak współczesne, które wiszą obok, ale wyglądają szlachetniej. Niedawno mój przyjaciel odnalazł drugą cerkiew z obrazami pradziadka na wsi pod Nadwórną w okolicach Stanisławowa, ale jeszcze nie zdążyłem się tam wybrać.

Oprócz obrazów niewiele po nim pozostało, szczególnie w ludzkiej pamięci. Z okruchów wspomnień jego córki, czyli mojej babci, nie zdołałbym zrekonstruować historii jego życia, ale skoro jestem pisarzem, mogę stwarzać historię rodzinną. Rekonstruować losy nie tylko pradziadka, ale i dziadka, który walczył o ukraińską niepodległość i został zabity przez Sowietów podczas II wojny światowej. Podobnie jak i losy mojego ojca... Jako młody chłopiec wraz ze swoją matką musiał podczas II wojny światowej uciekać z Galicji przed nadciągającymi ze wschodu Rosjanami - środkowoeuropejska podróż to najczęściej ucieczka. Przez Przemyśl i Kraków dotarł aż na Słowację, potem musiał powrócić z matką na Ukrainę, bo alianci oddali tych wszystkich ludzi Stalinowi. Opisałem jego tułaczkę, jakbym widział ją własnymi oczyma, a przecież musiałem zdać się na wyobraźnię, choć o ojcu wiedziałem więcej niż o pradziadku. Wiele lat później spotykałem ukraińskich emigrantów, którzy tak jak ojciec tułali się w widmowych pociągach przez całą Europę. Ludzie ci potwierdzali moje intuicyjne przeczucia, jak taka podróż-ucieczka wyglądała.

Po dziadku pozostała rzecz, która odegrała w moim życiu rolę niebagatelną - srebrny sygnet z jego inicjałami. Babcia podarowała mi go na czternaste urodziny i odtąd nigdy się z nim nie rozstawałem. Aż w końcu pożarła mi go Ameryka. Pisząc na komputerze, spostrzegłem, że nie mam pierścienia na palcu. Szukałem go długo i nadaremno, ale wierzyłem, że musi się znaleźć. Niestety... To była osobista katastrofa, coś w rodzaju bólu fantomowego, czasami jeszcze dzisiaj wydaje mi się, że nadal noszę ten sygnet na palcu. Zacząłem się zastanawiać, jaki sens wynika z jego zagubienia. Dlaczego stało się to w Ameryce, którą szczerze polubiłem? Bycie w Ameryce, perswadowałem sobie, wymaga, by się odciąć od swoich korzeni - ale przecież nie zamierzałem tam zostawać na zawsze! A może sygnet zginął, bo skoro dzięki niemu zmaterializował się dziadek, skoro poświęciłem sygnetowi tyle miejsca we wspomnianym przez Ciebie eseju, to może spełnił swoją rolę i powrócił do pierwszego właściciela?


Za kurtyną?

- Czytając ten esej, myślałem nie tylko o Twoim dziadku, ale także o dziadku Tarasa Prochaśki, innego młodego, znanego już u nas pisarza ukraińskiego. Dziadek Tarasa był Czechem z Zaolzia, po przyłączeniu Zaolzia do Polski zamieszkał w Stanisławowie. Zginął jako oficer w kampanii wrześniowej, gdzie - nie wiadomo, wiadomo tylko, że w niewoli radzieckiej. Niemiec z Sudetów, Czech z Zaolzia, w których losach zapisała się środkowoeuropejska historia. Nie boisz się, że zjednoczona Europa zapomni o narodzie żyjącym za wschodnią kurtyną?

- Kiedyś kurtyna była żelazna, dziś mówią, że staje się aksamitna. Czy Europa o nas zapomni? Nie sądzę, by było aż tak źle. Żeby Europa o nas zapomniała, najpierw Ukraina musiałaby zaistnieć w europejskiej świadomości - a nie zaistniała, o czym piszę w powieści "Perwersja". Nic więc nie stracimy, kiedy granica na Bugu oddzieli nas od Europy, bo nie wykorzystaliśmy szansy, by związać się z nią na trwałe.

Już bez ironii - tak, boję się, że może spełnić się najczarniejszy scenariusz i znikniemy ze świadomości Europejczyków; ale też nie tracę nadziei, że będzie inaczej. Może nie pozostaniemy na bocznym torze, szczególnie politycznym - ale to będzie zależało przede wszystkim od nas samych. Społeczeństwo musi nad sobą popracować, inaczej znikniemy z orbity europejskiej. Patrząc na Polskę czy innych zachodnich sąsiadów, widzimy, że ponowne włączenie się w europejski nurt jest możliwe. Nie wolno nam tracić nadziei.

- Jednak bilans dwunastoletniej niepodległości jest dla Ukrainy fatalny, zarówno jeśli chodzi o budowę demokracji, jak i o przemiany gospodarcze. Udała wam się jedna transformacja - kulturalna...

- Owszem, zgadzam się, w kulturze coś się udało, chociaż i w życiu politycznym, i w gospodarczym też nie jest beznadziejnie - ścierają się różne tendencje, co znaczy, że społeczeństwo nie stoi w miejscu, choć z drugiej strony - nie zmienia się tak szybko, jak byśmy sobie tego życzyli. Ale wróćmy do spraw, które są mi najbliższe. W literaturze pojawiły się nowe nazwiska, powstało wiele wydawnictw zainteresowanych współczesną literaturą, literatura nie musi egzystować w getcie czy w undergroundzie. Nam jednak, kiedy byliśmy młodzi, marzyło się więcej: że będziemy mieli decydujący wpływ na rozwój kultury, na rozwój naszego życia. Tymczasem Ukraina pełna jest sprzeczności, trudno odciąć się od dziedzictwa minionych dziesięcioleci. Potrzebujemy więcej czasu niż inne kraje postkomunistyczne...

- Czy te zmiany dokonują się tak powoli, bo istnieją dwie Ukrainy?

- A dlaczego nie dwieście dwadzieścia dwie? - jak pyta lwowski historyk Jarosław Hrycak, polemizując z koncepcją dwóch Ukrain autorstwa Mykoły Riabczuka. Z pewnością istnieje wiele Ukrain, nie wolno jednak poddać się fatalizmowi myślenia, że wielość uniemożliwia nam działanie. Cały obszar postsowiecki rządzi się specyficznymi miarami. Powszechnie przyjmuje się, że - poza państwami bałtyckimi - reformy na wschodzie się nie udały, że doznaliśmy porażki. Prawda, trudno przezwyciężyć balast mentalności sowieckiej, niejeden z rozrzewnieniem wspomina idyllę komunistyczną, kiedy żyło nam się podobno lepiej i bezpieczniej. Tak sądzi większość Ukraińców, choć dostrzega się oznaki postępu gospodarczego. Świadczy to o niedojrzałości społeczeństwa, uleganiu nastrojom - w badaniach socjologicznych przeciętny Ukrainiec potrafi opowiedzieć się za gospodarką rynkową, a zarazem za Stalinem...

- W kraju, w którym jest żywa pamięć wielkiego głodu?!

- Ale od pewnego czasu nie mówi się wiele o tej tragedii. Nie zapominajmy, że żyjemy w rosyjskiej przestrzeni informacyjnej i propagandowej, a od chwili, kiedy w Rosji doszedł do władzy Putin - nie straszy się narodu Stalinem, raczej restauruje się imperium. Krytyka stalinizmu nie jest w Moskwie mile widziana, a Kijów podąża za Moskwą. Największe rosyjskie gazety mają kijowskie wersje, ich nakład bije na głowę nakłady gazet ukraińskich. A do tego telewizja rosyjska... W niedawnym sondażu ponad trzydzieści proc. respondentów opowiedziało się za tym, by Ukraina wiązała swoją przyszłość z Rosją, następne dwadzieścia kilka procent wskazało Wspólnotę Niepodległych Państw, czyli znów Rosję, co znaczy, że połowa obywateli przywiązana jest do przestrzeni sowieckiej. Tylko dwadzieścia trzy procent ankietowanych widzi przyszłość Ukrainy w zacieśnianiu więzi z Unią Europejską.


Pierwsza miłość

- Twoja debiutancka powieść "Rekreacje" była ostrą satyrą na styl życia i mentalność Ukraińców stojących na progu niepodległości. Nie kusi Cię, zważywszy na to, co mówisz o Ukrainie, po raz drugi ukazać społeczeństwo i państwo w zwierciadle satyry?

- Wszystko, co napisałem po "Rekreacjach", jest nie tyle satyrycznym, ile sarkastycznym przedstawieniem ukraińskiej rzeczywistości. W najnowszej powieści, którą wydam jesienią, satyra na społeczeństwo chyba jeszcze bardziej się wyostrza. Akcja "Dwunastu obręczy" toczy się na karpackiej połoninie w pewnym ni to hoteliku, ni to pensjonacie. Bohaterowie pochodzą ze Lwowa, ale jeden z nich przyjechał aż z Wiednia. Dotąd w moich powieściach, jak np. w "Perwersji", to Ukraińcy wybierali się do Europy, pora więc na rewizytę.

Co najważniejsze, powieść jest próbą osobistego porachunku z moim ulubionym poetą ukraińskim, Bohdanem Ihorem Antonyczem. Dokonuję "nowej mitologizacji" tej postaci, próbując stworzyć coś w rodzaju alternatywnego życiorysu Antonycza: co zdarzyłoby się na przykład, gdyby nie zmarł w wieku dwudziestu siedmiu lat, a wciąż jeszcze żył? Dziś miałby 94 lata. Jego twórczość żyje nadal, ba! po sześćdziesięciu latach od śmierci Antonycza kształtuje bohaterów mojej powieści.

Dom rodzinny poety - a właściwie ruiny domu - znajduje się dziś po polskiej stronie granicy, we wsi Nowica, skąd wyjechał do szkoły w Sanoku, a potem na studia we Lwowie, z którym był związany do ostatniego dnia życia. Pochowano go na lwowskim Cmentarzu Janowskim. Powiedziałem: dom rodzinny, ale od dawna zastanawiam się, czy jego domem była chata w Nowicy, Lwów, Galicja, czy też poezja ukraińska... Antonycz uważany jest za poetę lwowskiego, a zarazem łemkowskiego, ale jego tożsamość to kwestia skomplikowana.

Jako syn greckokatolickiego popa od dziecka czuł się Ukraińcem, lecz choć Łemkowszczyzna stanowiła składnik jego ukraińskiej tożsamości, język ukraiński nie był jego prawdziwą ojczyzną. Uczył się go dopiero we Lwowie. Badając w archiwach jego rękopisy, widzimy, jak zmagał się z językiem, w którym pisał: sprawdzał w słowniku każde słowo, zwłaszcza akcenty. Łemkowie, podobnie jak Polacy, akcentują przedostatnią sylabę, w ukraińskim zaś akcent jest ruchomy, a akcent jest najważniejszy dla każdego, kto uprawia poezję zrytmizowaną i rymowaną. Nad każdym zapisanym słowem Antonycz zaznaczał więc sprawdzony w słowniku akcent.

Dlaczego poezja Antonycza jest dla mnie tak ważna? To moja pierwsza, młodzieńcza miłość.
Antonycz i Morrison

- Pisałeś kiedyś, że w Twoich studenckich latach ,,na tajnych seansach spirytystycznych początkująca bohema wywoływała jego ducha i wypytywała o kontakty w zaświatach z Jimem Morrisonem"...

- Właśnie, na tajnych! Wtedy Antonycz nie był zbyt znany; odkryło go już i wielbiło pokolenie lat 60., lecz była to tylko grupka patriotycznej inteligencji, która wkrótce miała stać się zalążkiem ruchu dysydenckiego. To właśnie ci ludzie odnaleźli zapomnianą i zdewastowaną mogiłę Antonycza na Cmentarzu Janowskim i wystawili mu tam pomnik. W czasach odwilży, w roku 1966 czy 1967, ukazał się wielki tom Antonycza, lecz poeta nie wszedł do literackiego panteonu, zarezerwowanego dla serwilistów i socrealistów. Dopiero w latach 80. zajął należne mu miejsce pośród największych poetów ubiegłego stulecia i stał się mistrzem "początkującej bohemy".

Ja jako "początkujący" też fascynowałem się jego poezją, później jednak nieco o nim zapomniałem. Powróciłem do Antonycza w latach 90. Pracując nad doktoratem, zastanawiałem się, czym skończy się dla mnie ponowne odkrycie łemkowskiego poety. No i skończyło się tym, że za jego sprawą napisałem powieść współczesną, która w istocie jest dialogiem z Antonyczem.

- W czym przejawia się dialog z nim albo nawet - jak mówisz - próba rozrachunku?

- No właśnie w tworzeniu "alternatywnego Antonycza". Takiego "Jima Morrisona" lat 30. Więcej nie chciałbym o tym opowiadać, to trzeba przeczytać. Mam nadzieję, że za jakiś rok "Dwanaście obręczy" ukaże się w polskim tłumaczeniu.


Słuch absolutny

- Nad literaturą ukraińską ciąży tradycja ludowa, przeciw czemu zbuntowało się Twoje pokolenie, które postanowiło przewietrzyć literacką chałupę. Czy Antonycz był waszym sprzymierzeńcem w walce o nowoczesność?

- I to ważnym! Pracę doktorską poświęciłem związkom jego poezji z koncepcjami literacko-estetycznymi modernizmu, przy czym ukraiński termin "modernizm" nie odpowiada "Młodej Polsce", lecz zachodniemu pojęciu sztuki nowoczesnej. Badałem poezję Antonycza na tle europejskiego modernizmu lat 20. i 30., choć musiałem zacząć ab ovo: od symbolizmu, Baudelaire'a i Rimbauda.

Zdawać by się mogło, że Antonycza ominęły niepokoje, jakie przeżywali poeci umieszczeni w epicentrum zmierzającej do katastrofy Europy. Lektura jego wierszy przywodzi na myśl np. poezję Lorki, którego nie znał, nawet w przekładach. Paralele między ukraińskim a hiszpańskim poetą są wręcz porażające! Antonycz miał słuch absolutny na ducha epoki i, rzecz jasna, znał doskonale poezję polską, w tej zaś w latach 30. pojawił się katastrofizm.

Antonycz to zjawisko wyjątkowe na tle całej poezji ukraińskiej. Był wizjonerem. Pisywał np. o mieście, które w naszej poezji wcześniej było prawie nieobecne, a i później niezbyt interesowało poetów ukraińskich. W ostatnim jego tomie pojawiają się obrazy miejskiej apokalipsy, surrealistyczne, a zarazem konkretne wizje urbanistycznego molocha i czyhającej w nim na człowieka zagłady. Takie przerażenie mógł wówczas wywoływać jedynie Nowy Jork, lecz przecież Antonycz nigdy w nim nie był, bo nie wysunął nosa poza Lwów, a Lwów nie był piekielną metropolią.


Karnawał

- "Perwersja", Twoja powieść, która właśnie ukazała się w Polsce, też dzieje się w mieście, skazanym podobno na śmierć. Dlaczego Wenecja?

- Podczas pierwszego pobytu w Wenecji - było to w roku 1992, spędziłem tam zaledwie szesnaście godzin - obiecałem sobie, że kiedyś napiszę powieść wenecką. Przez wiele lat szamotałem się, odrzucając kolejne pomysły, przerażała mnie też świadomość, że Wenecji poświęcono niejedną powieść. Komu potrzebna następna? Aż w końcu znalazłem formę... "Perwersja" to collage z tego, co przez wieki o Wenecji napisano, ale nie jest tylko postmodernistyczną zabawą, żonglerką stylami i motywami. To przede wszystkim pytanie o los karnawału, z którym Wenecję nierozłącznie kojarzymy.

Karnawał to dla mnie istotna treść życia, epizod związany z pierwszymi krokami w literaturze. Kiedyś współtworzyłem grupę Bu-Ba-Bu, która sprzeciwiła się zmurszałym kanonom socrealizmu i anachronicznym wzorcom ukraińskiej tradycji wyrastającej na podłożu kultury wiejskiej. Bubabizm był naszą odpowiedzią na nudę i pompę, był karnawałem życia i literatury. Kiedy padł totalitaryzm, ogarnęła nas euforia, że już na wieki zapanuje upragniony liberalizm zachodni. I nagle słyszę, że skończył się nie tylko komunizm, ale i historia!

Koniec historii byłby, moim zdaniem, kresem dramatu ludzkiej egzystencji. Jeśli egzystencja przestanie być dramatyczna, to po co nam karnawał? A życie bez niego stanie się dla człowieka prawdziwą tragedią. Czym jest bowiem karnawał? Doświadczaniem wolności. Karnawał może istnieć jedynie w świecie tragicznym, ciemnym jak dawna Wenecja. Serenissima była wprawdzie tyranią, lecz przez kilka dni w roku władze łaskawie pozwalały poddanym oddychać powietrzem wolności. Całkiem niedawno okazało się jednak, że historia wcale się nie skończyła...

*   *   *

- Bohater "Perwersji" nosi na placu srebrny sygnet...

- Tak, srebrny sygnet z inicjałami "M.P." - to są chyba inicjały jego dziadka, Melchiora Perfeckiego, a równocześnie znaczy to "Mistrz Przygnębienia". Na sygnecie, który zgubiłem w Stanach, inicjały były inne - "M.A.", Marijan Andruchowycz.

JURIJ ANDRUCHOWYCZ urodził się 13 marca 1960 w Stanisławowie (obecnie Iwanofrankiwsk), gdzie nadal mieszka. Debiutował w 1985 r. tomem wierszy "Nebo i płoszczi". W 1987 r. wraz z Wiktorem Neborakiem i Ołeksandrem Irwańcem założył grupę poetycką Bu-Ba-Bu, której działania były wyrazem anarchicznego, "karnawałowego" buntu zarówno przeciw reliktom socrealizmu, jak i skostniałej tradycji ukraińskiej, chłopskiej kultury. Jest poetą, prozaikiem, tłumaczem z niemieckiego i polskiego, autorem scenariuszy filmowych, doktorem nauk humanistycznych. Wraz z Jurijem Izdrykiem redagował pisma literackie "Czetwer" i "Perewał".

W Polsce ukazały się dwa tomy esejów Andruchowycza: "Erz-Herz-Perc" (1996) i "Ostatnie terytorium" (2002) oraz szkic "Środkowowschodnie rewizje" w tomie "Moja Europa" (2000, współautor tomu - Andrzej Stasiuk). Esej "Metafizyka "innego Lwowa". O mieście w poezji Bohdana Ihora Antonycza" zamieściła "Krasnogruda" (nr 10). Po polsku mamy też jego powieści: "Rekreacje" (1994) i "Moscoviadę" (2000), a ostatnio w wydawnictwie Czarne opublikowano najnowszą powieść Andruchowycza - "Perwersję".

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl