dotb.gif

„TP”, Nr 32 (2822), 10 sierpnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2822/main02.php

Jaka jest kondycja polskiej dyplomacji


Dyplomata to sługa polityka

z prof. Romanem Kuźniarem, dyrektorem Akademii Dyplomatycznej w Warszawie,
rozmawiają Krzysztof Burnetko i Jarosław Makowski


"TYGODNIK POWSZECHNY";: - Polska znalazła się między młotem a kowadłem: jesteśmy sojusznikiem Ameryki w wojnie irackiej i chcemy dobrych stosunków z Niemcami oraz Francją, które nie poparły tego konfliktu. Co w takich patowych sytuacjach robią dyplomaci?

PROF. ROMAN KUŹNIAR: - Moment jest trudny, bo Polska jest ostatnim krajem, który byłby zainteresowany podtrzymywaniem polaryzacji między Europą a Stanami Zjednoczonymi. Poparliśmy Amerykę, ale nie możemy zapominać, że jesteśmy krajem wchodzącym do UE. Musimy więc uważać, by nie zrażać do siebie już na progu krajów, od których zależy kształt integracji i od których będzie zależeć nasza pozycja w zjednoczonej Europie. Jeśli Polska miałaby pozostać w opozycji do tej linii rozwoju integracji, jaką wyznaczają Niemcy i Francja, stałoby się coś niedobrego. Zwłaszcza, że Amerykanie mogą odbierać nasze poparcie dla wojny z Irakiem jako poparcie dla ich wizji porządku międzynarodowego, a jest ona odmienna od tej, za którą opowiada się UE i która odpowiada przecież naszym interesom.

Cała nadzieja w tym, że rozłam transatlantycki ustąpi miejsca powrotowi do jedności Zachodu. Ale tym razem nie jest to takie pewne. Wbrew pozorom, Polsce nie służy odgrywanie roli języczka u wagi w stosunkach transatlantyckich; jest to raczej coraz trudniejszy do utrzymania szpagat, który nie przysparza nam punktów w Europie. Powoli już usuwamy się z linii zachodnioeuropejskiej krytyki - właśnie za sprawą naszej dyplomacji, która dba, na przykład o to, by w Iraku w naszej strefie działali żołnierze innych państw. By, mówiąc krótko, była to strefa międzynarodowa.

- Nie mamy najlepszych notowań u Francuzów i Niemców, ale za to jesteśmy w jednym obozie z Wielką Brytanią i, po części, z Hiszpanią. Może to znak czasów, że w dobie nieprzewidywalnych zagrożeń powstają takie nieoczekiwane sojusze? Jak taki obrót sytuacji zmienia działania dyplomatów?

- Cele dyplomacji nie zmieniają się od wieków w nawet najbardziej zaskakujących sytuacjach: polegają na realizowaniu zadań wyznaczonych przez długofalowy interes państwa i zmienną koniunkturę polityczną. Dlatego słusznie się niekiedy mówi, że dyplomata jest trochę sługą polityka. A od żołnierza różni się tym, że będzie poszukiwał rozwiązań przez dialog i szukanie punktów stycznych między różnymi stanowiskami - podstawową metodę dyplomaty. Bo dyplomacja to walka o interesy państwa bez używania przemocy czy czynnika siłowego.

Oczywiście pojawiły się nowe formy pracy dyplomatycznej, z udziałem samych polityków. Należy do nich stała dyplomacja konferencyjna. Przykładowo: Unia Europejska cztery razy w roku zwołuje spotkania na szczycie. Te spotkania to nic innego, jak tzw. misje specjalne dyplomacji - a przywództwo misji podczas takich rozmów obejmuje szef państwa czy rządu. I to on staje się dyplomatą. Działa jednak na podstawie dokumentów i stanowisk przygotowanych przez urzędników ministerstwa spraw zagranicznych. A to dlatego, że politycy, zarówno przed takim szczytem jak po, nie mogą wiele zdziałać bez wsparcia dyplomatów. Nie bez powodów dyplomatów przygotowujących spotkania na szczycie nazywa się szerpami. Politycy, zwłaszcza ci z najwyższych półek, wykazują niekiedy pogardę dla rzeczywistości oraz historii, tzn. nauk z niej płynących. Są przekonani, że przy pomocy takiego czy innego planu zbudują "nowy wspaniały świat". Ale zapominają, że nie są wszechwiedzący, że złożoną materią międzynarodową zdaje się kierować złośliwa Nemezis obracająca w niwecz fantastyczne pomysły aroganckich władców. Dlatego czasem lepsza jest odrobina pokory. Warto zapytać eksperta czy posłuchać dyplomaty, który jest fachowcem np. w sprawach Bliskiego Wschodu, zanim wyjdzie się na forum publicznym z jakąś "ciekawą" inicjatywą. Bo wtedy są kłopoty.

Można przytoczyć długą listę niewydarzonych koncepcji, z których później trzeba się było rakiem wycofywać. Słynnym już niewypałem dyplomatycznym okazał się w pierwszej połowie lat 90. francuski plan Eduarda Balladura - pakt stabilności i bezpieczeństwa w Europie. Ileż francuscy dyplomaci musieli się nagimnastykować, by zjeść żabę, którą zaserwował im własny premier! Na szczęście złe projekty umierają w końcu śmiercią naturalną. Nierzadko jednak całe regiony męczą się latami w łożach madejowych traktatów, skonstruowanych przez polityków (przy pomocy dyplomatów) przeświadczonych o zaletach swych idei, lecz głuchych na głos zdrowego rozsądku.

Dyplomata jest też okiem i uchem państwa poza jego granicami. Dlatego jako pierwszy wie, które pomysły pojawiające się w politycznych gabinetach mają szansę realizacji, a które są tylko pobożnymi życzeniami.

- Czy dyplomata powinien być tylko sprawnym urzędnikiem, skutecznie reprezentującym interes państwa, czy też musi posiadać cechy męża stanu?

- Zazwyczaj dyplomaci są ludźmi dobrze wykształconymi i nierzadko mają własne interpretacje życia międzynarodowego. Tym samym dla wielu kusząca jest rola odgrywania czegoś więcej niż narzędzia wielkiej machiny polityki zagranicznej, której ton nadają politycy.

Jednak dyplomacja to przede wszystkim służba. To urząd, który sprowadza się do pracy w biurze, czasami mało twórczej, lecz takiej, w której wymagana jest rzemieślnicza perfekcja. Więcej: pracy ograniczanej dyscypliną i pragmatyką służbową oraz instrukcjami płynącymi z góry. Profesjonalizm w dyplomacji jest równie cenny jak kreatywność.

Dyplomacja jest nadto grą zespołową. Ktoś może mieć dobre pomysły, ale bez starannych konsultacji, rozpoznania czy wcześniejszych poufnych ustaleń nie można ich przedstawić na forum międzynarodowym. Łatwo można dobry pomysł spalić. No i konieczna jest zgoda centrali. Tu nie ma miejsca na samowolę, gdyż wówczas mielibyśmy do czynienia ze szkodliwą dla interesów państwa kakofonią. Innowacyjność czy odgrywanie roli adwokata diabła dopuszczalne są tylko wewnątrz resortu, kiedy formułuje się politykę czy dyplomatyczną inicjatywę lub ustala stanowisko, jakie powinien zająć kraj wobec określonej sprawy.

- Polski rząd i prezydent poparli jednoznacznie atak Ameryki na Irak. Czy istnieje możliwość, by polski dyplomata na forum publicznym twierdził, że była to zła decyzja?

- Oczywiście, że w takich kontrowersyjnych momentach zdarzają się postawy dysydenckie. Nie jest jednak możliwa otwarta kontestacja. Możliwe bywa wyrażanie odmiennej opinii o samej sytuacji, jednak nie publiczna krytyka przyjętej polityki. Zarazem nawet wśród amerykańskich dyplomatów zdarzało się dystansowanie od polityki Busha wobec Iraku, zdarzały się też dymisje. W Waszyngtonie toczy się przecież w tej sprawie publiczny spór między Pentagonem a Departamentem Stanu.

Tak, bywają sytuacje, a konflikt iracki do takich należy, gdzie - nawet w łonie służby dyplomatycznej - nie ma jednomyślności. Oczywiście na zewnątrz trzeba przyjąć określone stanowisko i linię działania. Dlatego dyplomata-urzędnik, i tak jest na całym świecie, nie ma prawa linii swojego państwa kwestionować.

Generalnie dyplomację każdego kraju obowiązuje daleko idąca dyscyplina. W Polsce i tak mamy nieco większą swobodę, niż na przykład w dyplomacji francuskiej czy właśnie amerykańskiej. A to m.in. dlatego, że do polskiej służby dyplomatycznej na początku lat 90. przyszli ludzie ze środowisk akademickich, dziennikarskich, literackich. Ma to swoje zalety, ale i wady. Zaletą jest, że ci ludzie ożywili naszą dyplomację po roku 1989: postrzegana jest dziś ona jako bardzo kreatywna. Minusem z kolei to, że nie wszystkich do końca można utrzymać w sztywnych ryzach, jeśli chodzi o publiczne wypowiedzi. Stąd także w polskiej służbie zagranicznej dało się słyszeć rozbieżne głosy na temat konfliktu irackiego. Wszystko jest jednak kwestią intencji i formy wyrażania stanowiska, a także, co ważne, rozumnej tolerancji zwierzchników.

Są jednak przypadki, które trudno zaakceptować. Choćby tych pracowników resortu, którzy piszą pod pseudonimem teksty radykalnie sprzeczne z przyjętą przez nasz kraj strategią polityczną bądź recenzują politykę kadrową w MSZ. Jeżeli jest to tekst agresywny, stawiający pod znakiem zapytania podstawy polityki zagranicznej, dla takich wystąpień nie może być tolerancji. A czasami wiadomo, kto jest autorem.

- Jednak dużo ludzi z zaciągu solidarnościowego odeszło z dyplomacji. Tych, którzy pozostali, można policzyć na palcach. Może jednak dopiero teraz jest szansa na stworzenie korpusu zawodowych dyplomatów?

- Szkoda, że wielu z tych, którzy pojawili się w służbie zagranicznej po roku 1989, zdecydowało się odejść. Pewnie dokuczał im gorset, z którym trzeba się w tej pracy pogodzić... Ale tu należy dokonać wyboru: albo służbę dyplomaty przyjmuje się wraz z pewnymi ograniczeniami, które są dokuczliwe, albo trzeba sobie szukać innego miejsca w życiu. Niejeden sądził, że praca dyplomaty to same przywileje. Chętnie jechali na rozmaite placówki zagraniczne, ale potem już niekoniecznie chcieli pracować w centrali. Pobyt w centrali, w kraju wydawał się im już mniej atrakcyjny. Tak jednak nie jest. Najbardziej pasjonująca politycznie i intelektualnie jest centrala - dochodzenie w napięciu do decyzji, formułowanie propozycji; niekiedy dyskusje, które temu towarzyszą są bardzo burzliwe. Z drugiej strony, trudno byłoby sobie wyobrazić za biurkiem przy Alei Szucha Ernesta Brylla (byłego ambasadora w Irlandii) czy nieżyjącego już Bolesława Michałka (byłego ambasadora w Rzymie).

Dziś jesteśmy na etapie tworzenia zawodowego korpusu służby zagranicznej. Od lipca 2001 r. obowiązuje ustawa o służbie zagranicznej. Jest to pierwszy taki dokument w historii naszej dyplomacji. Mamy też powołaną przez min. Włodzimierza Cimoszewicza Akademię Dyplomatyczną. Droga do służby zagranicznej jest obecnie jedna: przez aplikację dyplomatyczno-konsularną, której częścią są studia w Akademii. Do Akademii przyjmujemy więcej kandydatów niż jest etatów, którymi dla nowych kadr dysponuje resort. Chodzi o to, by w ciągu kilku lat takie kształcenie ukończyło wielu młodych ludzi - kreatywnych, pracowitych, niezmanierowanych. Ludzi, którzy odmienią oblicze służby zagranicznej. Jeżeli nabór byłby ograniczony do 10 czy 15 osób rocznie, byłaby to kropla w morzu. Nic by się nie zmieniło, gdyż zostaliby poddani konformizującemu walcowi służby, co daje się zaobserwować wśród dyplomatów. Wszak praca ta może rodzić poczucie, że jest się osobą uprzywilejowaną: ,,mnie się należy". Zaczyna się cenić bezpieczną wygodę tej służby. A tak będziemy być może mieli napływ młodej krwi, młodych "gniewnych i profesjonalnych".

- Mówi Pan: dyplomata jest sługą polityka. To jednak sprawia, co pokazuje praktyka III RP, że wraz ze zmianą ministra, zmienia się także skład służby dyplomatycznej. W takich warunkach trudno budować spójną i trwałą politykę zagraniczną.

- Nie całej służby, lecz części stanowisk kierowniczych. Rzeczywiście, od takich praktyk nie byliśmy wolni w całym okresie III RP. Oczywiście nie mam na myśli wymiany kadr po upadku PRL; wtedy była ona konieczna. Otwarliśmy się na świat, zmieniliśmy kierunek polityki zagranicznej, a więc potrzebowaliśmy także wielu nowych ludzi. Wielu powinno było odejść i odeszło. Zbędna była jednak kontynuacja złego PRL-owskiego obyczaju wysyłania na placówki ludzi spoza służby, zasłużonych politycznie czy towarzysko, czy też wielkie ewakuacje dyplomatyczne w obliczu nadchodzących wyborów parlamentarnych. Kolejni ministrowie byli też pod silną presją swoich partyjnych kolegów. Można było słyszeć ministrów, którzy wracali z różnych spotkań poza MSZ mówiących: "Poznałem nazwiska kolejnych kandydatów do wysłania na ambasadora, nieważne dokąd". To rzeczywiście było jakimś nieszczęściem naszej dyplomacji, takich praktyk nie ma w dyplomacjach krajów Unii.

Dziś powoli już staje się normą, że na placówki dyplomatyczne posyła się tylko osoby związane ze służbą zagraniczną. Ustawa o służbie zagranicznej, wprowadzenie aplikacji dyplomatyczno-konsularnej oraz powołanie Akademii powinny uwolnić polską służbę zagraniczną także od balastu partyjnego.

- Jedni dyplomaci pracują na placówkach w Danii czy Niemczech. Inni dbają o interesy kraju przy organizacjach międzynarodowych. Czy ich praca się różni?

- Jest to generalnie różnica między dyplomacją dwu - i wielostronną. W jednym i drugim wypadku reprezentujemy oczywiście nasz kraj, prowadzimy konsultacje, negocjujemy, bronimy i promujemy własne interesy. Politycznie ważniejsza jest ta pierwsza. Stosunki międzynarodowe są nadal przede wszystkim stosunkami między państwami. To od nich zależy sytuacja bezpieczeństwa, procesy gospodarcze, rozwój w sferze nauki czy kultury, czyli sprawy podstawowe także dla naszej narodowej kondycji.

Są jednak tacy, którzy uważają, że dyplomacja wielostronna jest ciekawszym zajęciem. A z pewnością jest bardziej absorbująca. Bruksela, Genewa czy Nowy Jork to główne miejsca dyplomacji wielostronnej. Tam się ma do czynienia ze znacznie większą liczbą i bardziej różnorodnych partnerów. Po pierwsze, są to dyplomaci innych państw, które są członkami danego gremium. Na przykład ONZ tworzy aż 191 państw. Z przedstawicielami tych krajów prowadzimy dialog. Z jednymi tworzymy koalicje, przekonujemy ich do naszych racji i pomysłów, i przeciwstawiamy się projektom innych. Po drugie, są to funkcjonariusze tych organizacji. Oni wiele wiedzą. Mogą podpowiedzieć skuteczny ruch, na przykład w sprawie zdobycia jakichś pieniędzy na program, na którym nam zależy. Czyli prócz negocjacji z innymi państwami w łonie danej organizacji, trzeba prowadzić rozmowy także z samą organizacją. Wreszcie, trzeba dbać o dobre kontakty z krajem, na terenie którego znajduje się siedziba danej organizacji.

W takich miejscach trzeba stale być czujnym. Organizacje międzynarodowe wytwarzają ogromny szum informacyjny: produkują tony dokumentów, organizują setki spotkań różnego rodzaju, od sesji zgromadzeń czy rad po grupy eksperckie. Trzeba umieć wychwycić to, co ważne, a wszystko tak czy inaczej "obsłużyć", nawet jeśli są to rzeczy mało istotne.

Niebagatelną sprawą jest umiejętność przemawiania na forum wielostronnym. Niespodziewanie może dojść sytuacji czy nawet, spięcia, które wymaga od dyplomaty wygłoszenia krótkiego przemówienia, wyrażenia poglądu, zajęcia stanowiska w imieniu kraju. I trzeba pamiętać, że nie zabieram głosu jako Iksiński, ale delegat państwa polskiego. Trzeba więc ważyć słowo, miarkować sąd. Czasem jedno słowo za dużo wypowiedziane w Nowym Jorku wywołuje natychmiast interwencję dyplomatyczną dotkniętego kraju w Warszawie. Musimy być gotowi na to, że w toku obrad wielostronnych stale ma miejsce rozbieżność interesów i stanowisk, często dochodzi do otwartych starć i konfliktów. Przykładowo na posiedzeniu Komisji Praw Człowieka ONZ regularnie dochodzi na sali do nieprzyjemnej wymiany zdań. Dyplomaci czasem wręcz na siebie krzyczą, wydają się wobec siebie niegrzeczni - choć prywatnie mogą być dobrymi kolegami.

Tego nie ma w dyplomacji dwustronnej. Tu spotkania są bardziej spokojne, przebiegające według wcześniej ustalonego scenariusza, eleganckie, także wtedy, gdy w stosunkach wzajemnych panuje chłód. Dyplomację dwustronną charakteryzują kontakty kameralne: jeden na jeden, nawet jeśli po obu stronach stołu siedzi kilku członków delegacji. Tak jest również w części nieoficjalnej, po dobrej kolacji kończonej czasem więcej niż jedną lampką wybornego koniaku.


Roman Kuźniar jest dyrektorem Akademii Dyplomatycznej MSZ i kierownikiem Zakładu Studiów Strategicznych w Instytucie Stosunków Międzynarodowych UW. W latach 1994-1998 pracował w Stałym Przedstawicielstwie RP przy Organizacji Narodów Zjednoczonych w Genewie. W latach 1992-1994 i 2000-2002 kierował departamentem analityczno-planistycznym MSZ.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl