adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 32 (2822)
10 sierpnia 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet

Listy


Instalacja z PIT-ów

Cokolwiek by powiedzieć o instalacji pani N., niewątpliwie wywołała ona dyskusję na temat prawnych ograniczeń artysty i tworzonego przezeń dzieła. Zagrzmiało od głosów oburzenia na łamanie wolności słowa i sumienia, wprowadzanie cenzury. Powoływano się na historię, z której jasno wynika, że i dawniej twórcy łamali bariery obyczajowości. Konkludowano: takie jest niezbywalne prawo sztuki. Poseł, i redaktor tygodnika "Nie", żądał kary dla sądu, który wydał tak skandaliczny wyrok. To akurat mnie nie zdziwiło, bo jego stosunek do religii chrześcijańskiej jest znany. Jednak po oświadczeniu duszpasterza środowisk twórczych Gdańska ks. Krzysztofa Niedałtowskiego, uważającego, że skazanie artystki wyrządza jej krzywdę, doznałam lekkiego szoku. LPR nie jest moim ulubionym ugrupowaniem, ojciec dyrektor nigdy nie był moim idolem, Radia Maryja nie słucham, aby nie używać wulgarnych wyrazów, "Nasz Dziennik" omijam łukiem z podobnych powodów (pewien ksiądz powiedział mi nawet, że nie jestem katoliczką, bo nie uznaję autorytetów), ze sztuką obcuję od dziecka na co dzień (ojciec malarz, syn muzyk, mąż i ja architekci) - a jednak wypowiedź księdza zbulwersowała mnie. Bo moje uczucia religijne instalacja pani N. obraziła.

Krzyż jest najświętszym, wspólnym symbolem chrześcijan. Słowo "Pasja" w zestawieniu z krzyżem łączy się nierozerwalnie z męką Chrystusa, a potoczne nazwy genitaliów męskich kojarzą się w kulturze europejskiej z lekceważeniem i obrazą. Artyści nie mogą stawiać się ponad prawem, bo wszyscy są wobec prawa równi. A jeśli, jak w przeszłości, czują wewnętrzny przymus łamania barier, niech to robią, ale ponoszą też tego konsekwencje. Kilka godzin w tygodniu poświęconych pracom na rzecz bliźniego potrzebującego pomocy nie jest paleniem na stosie, a może po takim półrocznym doświadczeniu otworzą osobie wrażliwej nowe perspektywy.

O artystycznej wartości rozsławionej instalacji nie piszę, bo nie ma ona tutaj nic do rzeczy.

BARBARA KALISZEWSKA
(Warszawa)


PS. Co powiedzieliby obrońcy nieskrępowanej wolności sztuki, gdyby np. czytelne kopie ich PIT-ów umieszczono w wykonanym przez artystę kolażu? Nie chcę przyzywać bardziej drastycznych pomysłów, bo ktoś mógłby je w przyszłości wykorzystać.




Mogę być starożytny

Zdecydowanie nie zgadzam się z ks. Krzysztofem Niedałtowskim. W "Tygodniku" nr 30/03 (kronika "Kościół w Polsce") umieszczono informację o "Pasji" - pracy Doroty Nieznalskiej, i opinię ks. Niedałtowskiego na temat owego "dzieła". W tygodniku "Wprost" znalazłem reprodukcję instalacji.

Chcę wyraźnie powiedzieć, że inaczej niż mój Konfrater oceniam tę pracę. Według mnie jest to realizacja pomysłu płaskiego, niesmacznego i obrzydliwego. Nazywam to zdecydowanie i otwarcie, po imieniu. Nie widzę w "Pasji" niczego zabawnego, pięknego i twórczego. Dla mnie jest to prostackie szukanie sensacji i nowości; na nic mi też próby usprawiedliwienia Autorki tezą, że rzecz jest jeszcze "mało dojrzała artystycznie". Czuję się głęboko dotknięty takim sposobem wykorzystywania symboli religijnych i wyrok sądu w Gdańsku ratuje moje poczucie normalności.

Ludzkość w swoich dziejach odnosiła się na ogół z szacunkiem do symboli religijnych. Dla mnie, jako chrześcijanina, krzyż jest wyjątkowym znakiem. Nie mamy ochoty być świadkiem bezmyślnej zabawy i ograniczonej wyobraźni niedojrzałej artystki. Nie ośmieliłbym się podobnie potraktować symboli religii żydowskiej, muzułmańskiej czy symboli świeckich. Wypowiedź księdza Krzysztofa budzi mój najwyższy sprzeciw, uważam, że mąci w głowie normalnym ludziom. A jeżeli ktoś pomyśli sobie, że jestem "wsteczny", "średniowieczny", "nie idę z postępem i osiągnięciami" - to nawet sprawi mi tym jakąś satysfakcję: jeżeli szacunek dla cudzych uczuć religijnych ma być tego dowodem, gotów jestem stać się nawet "starożytny".

Może to tylko trochę rozumiem: nie należało robić reklamy pani Nieznalskiej. "Pasja" istotnie zasługuje wyłącznie na zapomnienie.

Ks. WIESŁAW A. MERING
biskup włocławski





Nawałnica z piorunami

Jestem nauczycielem od 20 lat. Uczyłem w szkole podstawowej, a od 6 uczę w liceum. Dojeżdżam do pracy codziennie 15 km. Uczę historii, wiedzy o kulturze i filozofii. Byłem członkiem dolnośląskiego zespołu przygotowującego syllabus z historii do matury 2002. Proponowano mi także funkcję egzaminatora z historii i filozofii nowej matury, jednak odmówiłem. Jestem wychowawcą, a także przewodniczącym zespołu wychowawców w liceum. Mam przed sobą trzy artykuły dotyczące oceniania punktowego w szkole: Stanisława Bajtlika "Trzeci dzwonek po antrakcie" ("TP" nr 15/03), Anny Nasiłowskiej ,,Nagroda za przewidywalność" (nr 19/03) i Stanisława Bajtlika ,,Etyka na wagę" (nr 26/03). Istota tych artykułów sprowadza się do pytania: czy traktujemy uczniów jak tarczę strzelniczą, czy pozostajemy przy tradycyjnym ocenianiu?

Zdaję sobie sprawę z konieczności porównywania ocen z różnych przedmiotów w różnych szkołach. Nie wiem jednak, jak egzaminatorzy wyobrażają sobie sprawdzanie wiedzy w systemie testowym z przedmiotów humanistycznych. Żaden test nie sprawdzi umiejętności formułowania wniosków, myślenia, argumentacji. Może być tylko wskazówką co do opanowania pojęć, definicji, dat. Co wynika z faktu, że uczeń zna np. datę bitwy pod Grunwaldem/Tannenbergiem, jeśli poza jego wiedzą pozostaną przyczyny i skutki dla Królestwa Polskiego i Europy tamtych wydarzeń? ,,Papierkowość" nauczycielskiej pracy, podporządkowanie poczynań nauczyciela zarządzeniom dyrekcji i MEN są powodem ubezwłasnowolnienia uczącego. Uczenie się przez uczniów słów-haseł wypisanych tłustym drukiem w podręczniku lub wskazanych przez nauczyciela i ich ykorzystanie następnie w teście jest wygodne dla uczącego czy szkoły, ale tacy uczniowie skonfrontowani z problemem wymagającym wnioskowania - przegrywają.

Staram się uczniów zmusić do myślenia. Jest to trudne w czasach kultury obrazkowej, ale nie niemożliwe. Wymagam napisania referatów, do których bibliografię poznają przy podawaniu tematów. Jeśli sięgną po inne lektury, chwała im za to. Zmusza to uczniów do czytania. W trakcie lekcji dyskutuję z nimi, pozwalając im na własne wnioski. Krótkie sprawdziany mają kontrolować umiejętność wnioskowania, a nie opanowania kanonu dat i pojęć. Jeśli uczeń myśli, przeczytał literaturę i ma choć trochę chęci - musi zadowolić każdego, a przede wszystkim siebie.

Wiem, że obecne czasy to ,,wyścig szczurów". Pewnie ani ja, ani inni nauczyciele nie zapobiegniemy temu. Możemy jednak trochę wyhamować, wskazać inne wartości. Może wskazówką powinny stać się słowa Pawła VI ,,być czy mieć"? W mojej klasie powieszone jest nad tablicą (i realizowane) hasło ks. Józefa Tischnera: ,,Żyć w kraju tolerancyjnym, to nie obawiać się tego, kim się jest". Tłumaczenie sensu tych słów i wdrażanie ich w życie jest moim wobec uczniów zadaniem. Nigdy nie pozwoliłem sobie na stwierdzenie, że racja leży wyłącznie po mojej stronie. Opinie uczniów są przecież przejawem ich samodzielności.

Znajomy kolega-nauczyciel głosi niewygodną dla wielu z nas opinię: w szkole są ci, którzy pracują jako nauczyciele i ci, którzy są NAUCZYCIELAMI. Ci ostatni będą dla ucznia przewodnikami, przyjaciółmi i wzorcem. Nigdy nie potraktują ucznia jako tarczy strzelniczej, według hasła: trafiony-zatopiony. Zdobyte przez ucznia punkty w teście będą tylko wskazówką, nie celem samym w sobie. To właśnie testowe badania wyników nauczania spowodowały, że odszedłem z zespołu przygotowującego nową maturę 2002 i nie zgodziłem się zostać egzaminatorem zewnętrznym tejże matury (oraz tej zaplanowanej na rok 2005). Jak mogłem pozwolić sobie na ocenianie "od do"! Czy jeśli pojęcie ,,etyka" lub jakiekolwiek inne uczeń zastąpi słowem, którego nie ma w kluczu bo nie przewidzieli go autorzy, otrzyma zero punktów, nawet jeśli jego odpowiedź byłaby właściwa?

Na końcu roku szkolnego, jako jedyny, oceniałem zachowanie według zasad szkolnego systemu oceniania, gdzie w przybliżeniu określono kryteria przyznawania not. Poprosiłem uczniów, aby na kartkach uzasadnili, dlaczego zasługują na ocenę, którą proponują. Ich oczekiwania porównałem z moimi propozycjami. Obie strony "spotkały się" w przeszło 80 proc. przypadków. Okazało się przy tym, że niektórzy uczniowie pomagali np. w szpitalu, schronisku dla zwierząt, zajmowali się dziećmi z bloku, nie chwaląc się tym w szkole. A takich rzeczy, robionych z potrzeby serca a nie zdobycia punktów, nie przewiduje system ocen punktowych. I nie może ich przewidzieć, bo życie niesie tak wiele niespodzianek, że nie sposób ująć ich w tabelę. Takie traktowanie jest też bardziej partnerskie.

Aby być nauczycielem, trzeba mieć dużo samozaparcia i chęci. Trzeba też poważnego traktowania ze strony przełożonych. A nauczyciel i jego potrzeby są w Polsce, niestety, na jednym z ostatnich miejsc. Polskiej oświacie jest potrzebna nawałnica z piorunami. Oby nie przyszła za późno, kiedy przegramy kilka uczniowskich roczników, a najlepsi z nauczycieli przejdą na emeryturę.

ADAM TRZCIŃSKI
Ciepłowody (woj. dolnośląskie)





Ile osób słucha RM?

W kronice "Kościół w Polsce", w "TP" nr 28//2003, podano informację, że Radio Maryja jest piątą pod względem słuchalności radiostacją w Polsce (badania SMG/KRC Poland Media SA przeprowadzone między marcem a majem 2003 r.). Podane przez "Tygodnik" dane mówią jednak nie o słuchalności, ale udziale w rynku toruńskiej rozgłośni, który wynosi 2,96 proc. Jak podaje instytut SMG/KRC zasięg dzienny Radia Maryja wynosi 4,22 proc. Nie znam zasięgu tygodniowego RM za marzec-maj 2003, ale z reguły oscyluje on wokół 20 proc. (dane z różnych miesięcy opublikowane w miesięczniku "Press"). Z danych wynika, że katolicka stacja z Torunia ma znacznie więcej słuchaczy, niż "TP" próbuje przekazać czytelnikom. Wszystko zależy od ujęcia wskaźnika: czy będzie to zasięg dzienny, tygodniowy czy udział w rynku. Ten ostatni mówi o długości słuchania radia w określonym czasie (np. w ciągu kwadransa), zasięg dzienny o liczbie słuchaczy z dnia poprzedzającego badanie, zaś tygodniowy o liczbie respondentów, słuchających rozgłośni w ciągu ostatniego tygodnia.

Tak więc RM wciąż jest potęgą medialną. Rzeczywista liczba odbiorców może być nawet większa, na co wskazuje metodologia badań instytutu SMG/KRC, który dwa-trzy lata temu wprowadził wywiad ankieterski przeprowadzany wyłącznie drogą telefoniczną wśród osób z populacji 15-75 lat. Wydaje mi się to dyskryminacją odbiorców starszych oraz mieszkańców wsi i miasteczek, gdzie telefonizacja nie jest tak gęsta jak w dużych miastach, oraz obniżaniem zasięgu Jedynki PR i RM - stacji wśród takich odbiorców najbardziej popularnych. Tacy odbiorcy nie są jednak, z punktu widzenia agencji reklamowych, atrakcyjnymi grupami docelowymi. Jednorazowy pomiar audytorium radiowego powinien przeprowadzić rzetelny ośrodek badawczy, który nie liczyłby się z oczekiwaniami agencji reklamowych i różnych firm medialnych.

DAWID KASZUBA
(Toruń)


Dane o słuchalności stacji radiowych znajdują się na stronie internetowej poświęconej mediom: www.wirtualnemedia.pl




Pustki w domu

Drożeje energia elektryczna. Przyczyną podwyżki jest coraz większa liczba odbiorców, nie płacących rachunków. Wytłumaczenie rzeczowe, bo energetyka-monopolista musi mieć pieniądze na istnienie. Najlepiej wziąć je od tych, którzy jeszcze płacą. Kiedy spółdzielnia mieszkaniowa podnosiła czynsz, motywowała to tak samo. Wysoki abonament RTV też uzasadnia się tym, że ledwie połowa użytkowników płaci. W czasach, gdy ludzie zaczęli zakładać liczniki na wodę (robili to za własne pieniądze, bo spółdzielnie nie miały funduszy i nawet zgodę na założenie licznika trudno było zdobyć), cena wody systematycznie rosła. Im więcej liczników, tym droższa woda. Wszystkie straty, jakie ponosiły wodociągi, rekompensowano sobie podnoszeniem ceny. Choć wszyscy już posiadają liczniki, płacą mniej więcej (a może nawet więcej) tyle, ile w czasach, gdy płacili za bezsensownie ustalone wielkości zużycia (w mojej spółdzielni było to 9 metrów sześciennych na osobę!). Czy to państwo jeszcze jest moje, skoro na każdym kroku jedynie wyciąga z mojej kieszeni coraz więcej pieniędzy? Jakie ono jest, skoro jego organy nie będą zajmowały się poszukiwaniem złodzieja mojego roweru, samochodu lub portfela - chyba że miałem w nim 50 tys. zł?

Nie wziąłem udziału w referendum (po raz pierwszy od 1989 r. nie poszedłem do urny) właśnie z przyczyn, o których piszę. Nie dlatego, jak chce pan Roman Giertych, że byłem przeciw (byłem całym sercem za, bo nie widzę innej nadziei dla Polski); nie dlatego, jak chcą euroentuzjaści, że byłem przekonany co do pozytywnego wyniku; nie dlatego, że wolałem patrzeć w okienko telewizora albo spać. To był mój akt niezgody na otaczającą głupotę. Myśląc o przyszłych wyborach ze smutkiem zauważam, że wielkie pustki w moim domu nastały.

MIROSŁAW CHMIEL
(Ruda Śląska)





Nie jestem autorem!

Informacja w "TP" nr 29, wedle której miałbym być autorem zamieszczonego tam zdjęcia Teodora Parnickiego, jest nieprawdziwa. Jestem tylko posiadaczem tego zdjęcia i użyczyłem je wydawnictwu Noir sur Blanc. Kto jest autorem - nie wiem, nie chciałbym komuś odbierać jego praw.

STEFAN SZLACHTYCZ
(Warszawa)





Warunek dla Centrum

Z zainteresowaniem przeczytałem artykuł Nawojki Cieślińskiej "To nie niewinność miała kolor biały" ("TP" nr 29/03) i podzielam jej obawy przed specyficznym charakterem obecnego projektu Centrum przeciw Wypędzeniom ulokowanego w Berlinie. Dziękuję także za przypomnienie, że wygnańców (nie tylko Żydów) z Niemiec w latach 1933-45 określa się - nie tylko w literaturze niemieckiej - mianem emigrantów, aczkolwiek opuszczali Niemcy wbrew własnej woli, uciekając przed prześladowaniami, często przed groźbą śmierci, dosłownie wypędzani siłą przez SA, SS, policję, poganiani przez psy i strzały z karabinów. Chciałbym jednak zwrócić uwagę, że tradycje wypędzania z Niemiec, zwłaszcza wyznawców judaizmu, są dość dawne. Ograniczę się do przypomnienia ważniejszych wydarzeń z minionych dwóch stuleci.

Według Sophii Kemlein ("Żydzi w Wielkim Księstwie Poznańskim 1815-1848") Fryderyk II w listopadzie 1772 r. stwierdził, że nie chce "mieć tej hołoty", czyli niezamożnych Żydów zamieszkałych w zagarniętych prowincjach polskich. Wolę monarchy zrealizowano tylko częściowo (wypędzono na wschód zapewne kilka tysięcy Żydów), gdyż urzędnicy zorientowali się, że spowoduje to fatalne skutki dla gospodarki kraju. Następna fala przymusowych migracji miała odmienny kierunek. Podczas pierwszej wojny światowej władze niemieckie powołały do pracy przymusowej w Niemczech około 15 tys. Żydów z okupowanego zaboru rosyjskiego (Trude Maurer "Ostjuden in Deutschland 1918-1933"). Oprócz nich przymus objął jeszcze większą liczbę robotników nieżydowskich. Kolejna fala wypędzeń nastąpiła w 1923 i 1924 r., gdy władze bawarskie wygnały lub nakazały wyjazd blisko tysiącu Żydów polskich (Józef Adelson "The Expulsion of Jews with Polish Citizenship from Bavaria in 1923", "Polin" t. V).

Proceder ten przybrał jeszcze większe rozmiary po dojściu do władzy Adolfa Hitlera. W 1933 r. mieszkało w Niemczech około 500 tys. osób wyznania mojżeszowego, większość została zmuszona terrorem do wyjazdu, wielu wypędzono w ścisłym znaczeniu tego słowa (m.in. 28-29 października 1938 r. około 17 tys. Żydów, obywateli polskich, wygnano podczas tzw. Polenaktion). Uciekali z Niemiec przeciwnicy systemu hitlerowskiego, niezależnie od pochodzenia. Aneksja Austrii w marcu 1938 r. spowodowała masową ucieczkę Żydów oraz przeciwników Hitlera, w tym zwłaszcza osób, które uprzednio uciekły z Niemiec. Aneksja tzw. Sudetów na jesieni 1938 r., a następnie okupacja reszty ziem czeskich od marca 1939 r., spowodowały kolejne fale uciekinierów, chroniących się poza zasięgiem Wehrmachtu. Określano ich jako uchodźców lub emigrantów. Dyplomaci obradowali, gdzie i w jaki sposób znaleźć dla nich miejsce, lecz bez większych rezultatów. Wyznawcy judaizmu mieli szanse wyjazdu do Palestyny, lecz malejące z powodu ograniczeń stawianych przez Wielką Brytanię, wówczas sprawującą mandat nad Ziemią Świętą. W Jerozolimie powstał gorzki dowcip: - Pan tutaj z przekonania? - Nie, z Niemiec!

To prawda, że większość wychodźców z Niemiec opuściła to państwo formalnie z własnej woli, a wielu tych, którzy pozostali, zazdrościło im powodzenia. W istocie byli to wygnańcy, wypędzeni z kraju przez terror. Wybuch drugiej wojny światowej zapoczątkował okres, w którym państwo niemieckie przeprowadziło największe w XX wieku wypędzenia, zaczynając od zagarniętych ziem polskich. Dzieje te są zbyt dobrze znane, aby o tym pisać.

Mimo obaw, uważam projekt utworzenia Centrum przeciw Wypędzeniom w Berlinie za bardzo racjonalny, lecz pod jednym warunkiem: jeśli powstanie, wówczas najwięcej miejsca zajmie w nim dokumentacja wypędzeń dokonywanych w XIX i XX stuleciu przez państwo niemieckie, a los Niemców wypędzanych po 1944 r. zostanie przedstawiony proporcjonalnie do liczby ofiar oraz czasu, w którym ich dramat się dokonał.

Jerzy Tomaszewski
(Warszawa)

 


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny