adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 32 (2822)
10 sierpnia 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet

Listy antykoncepcja


Dar z siebie samego

"Każda okresowa wstrzemięźliwość w małżeństwie, by mogła służyć miłości, wymaga uzasadnienia. Nie po to przecież bierzemy ślub, by uprawiać wstrzemięźliwość" - pisze Artur Sporniak w tekście "Bóg, biologia i trudne sytuacje". Pomijam tu kwestię, na ile miłość można uzasadnić. Problem jest o wiele głębszy, m.in. dlatego, że sformułowanie zawarte w ostatnim zdaniu kończy wszelką dyskusję i odbiera możliwość argumentowania. Zawiera bowiem pytanie już nie tylko o wstrzemięźliwość, ale o to, kim jest człowiek. A chrześcijaństwo widzi człowieka - aby użyć sformułowania Tadeusza Gadacza, jednego z przyjaciół, jak sądzę, "Tygodnika" i "Znaku" - jako szczelinę metafizyczną czy tkwiącego w szczelinie metafizycznej. Szczelinę tę, jak każdą, tworzą dwie krawędzie. Z jednej strony jest to człowiek poddawany nieustannie pokusie egoistycznego zagarniania wszystkiego pod siebie, nie tylko w sensie materialnym, lecz trzeba też powiedzieć o pysze, arogancji, podłości, bucie, byciu bez serca. Z drugiej strony, aby być czy stawać się człowiekiem, jest skazany na nieustanne samoograniczanie się, pracę nad sobą, nieustannie przekraczanie siebie i wyrastanie z egoistycznego zagarniania wszystkiego pod siebie. Tę fundamentalną prawdę o człowieku Sobór Watykański II streścił następująco: "człowiek, będący jedynym na ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego samego, nie może odnaleźć się w pełni inaczej, jak tylko poprzez bezinteresowny dar z siebie samego" (Konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym, 24).

Ta prawda jest nie tylko trudna do skodyfikowania, ale nawet do uzasadnienia. Albo się ją "uzyska" na drodze przemyśleń i medytacji, albo będzie się stwierdzać, że nie po to bierze się ślub...

Ks. JAN TYRAWA
biskup pomocniczy wrocławski





Poza dyskusją

Czytając artykuł Artura Sporniaka "Bóg, biologia i trudne sytuacje" miałam wrażenie, że autor porusza problem antykoncepcji w sposób nieprzemyślany. Może wynika to z niezrozumienia wypowiedzi Magisterium i próby dowiedzenia, że ten, kto potrafi znaleźć argumenty przeciw, może się z nim nie zgadzać

Zrozumienie zła antykoncepcji poza wiarą jest trudne. Zresztą nie musi być ono zrozumiałe dla każdego (obiektywność zła nie oznacza, że wszyscy muszą je za takie uznawać). Respektowanie woli Boga to respektowanie biologii kobiety i mężczyzny, która jest taka, a nie inna. I taka, a nie inna powinna być zaakceptowana. Próba poprawiania Stwórcy, o której wspomina Jan Paweł II, wyraża się w przekonaniu człowieka, że coś się Bogu nie udało, bo np. sprawił, że kobieta może począć dziecko, a mężczyzna może być płodny (może, bo jak przekonuje się coraz więcej małżeństw, poczęcie dziecka staje się niełatwe). Wiara nie potrzebuje argumentów intelektualnych. Jeśli Bóg jest Panem, przyjmuję Jego prawdy, także prawdę o płodności. W niej też dostrzegam Jego miłość do mnie, w końcu wszystko co uczynił "było bardzo dobre".

Jedna z najważniejszych różnic między antykoncepcją, a metodami naturalnymi polega na nastawieniu: za lub przeciw potencjalnemu dziecku. Oczywiście, również metody naturalne można stosować ze względów czysto "ekologicznych", ponieważ są nieszkodliwe, z mentalnością antykoncepcyjną: przeciw potomstwu. Ale jest to rzecz niezgodna z przysięgą małżeńską, w której pada zadanie: "czy przyjmiecie i po katolicku wychowacie potomstwo, którym was Bóg obdarzy?". Zarówno metody naturalne, jak antykoncepcja mogą zawieść, ale jeśli stosuję metodę "dla dziecka", to przyjmę nawet nieplanowane.

Czy nie można by stosować antykoncepcji z nastawieniem pro life? Nie, ponieważ wybierając właśnie taki sposób zapobiegania ciąży, jestem nastawiona przeciw dziecku i nie chcę, by ten środek zawiódł. Próba uznania antykoncepcji za "odpowiedzialne rodzicielstwo" (utożsamiane z posiadaniem "właściwej" liczby dzieci czy unikaniem dzieci z "wpadek") jest przejawem naszej schizofrenicznej mentalności, gdy, np. wiedząc, że palenie papierosów powoduje raka i choroby płuc, sięgamy po papierosy w przekonaniu, że akurat nam nic nie zrobią. Podobnie, podejmując działania przeciw dziecku, nie mogę sugerować, że to dla jego dobra.

Współżycie w małżeństwie chrześcijańskim ma trzy poziomy: okazanie wzajemnej miłości, otwartość na ewentualne dziecko i przyjemność. Tylko miłość otwarta jest prawdziwa, jak mówi św. Jan: "w miłości nie ma lęku, a kto się lęka, nie wydoskonalił się jeszcze w miłości" (1 J 4,18). Nie chcemy tego zauważyć. Chcemy okazać sobie miłość, ale boimy się skutków takiego wyznania, jesteśmy niewydoskonaleni w miłości, przeraża nas przyszłość, nie mamy ufności, wiary i mało kogo przekonuje argument "Bóg się zatroszczy". Dlatego próbujemy udowodnić, że jesteśmy w porządku, uciekając się do antykoncepcji. Uzasadniamy nasze postępowanie, aby inni zaczęli je akceptować i mogli "robić swoje" bez poczucia winy. Ale Bóg ma prawo być Bogiem, a nie marionetką.

Nie są to intelektualne argumenty, ale antykoncepcja nie jest sprawą dyskusji. Ten, kto wierzy, zrozumie; kto nie wierzy, nie zrozumie i żadne argumenty go nie przekonają. Wierzący opiera się na prawdzie, nie na błyskotliwości argumentów. A właśnie prawdy ma bronić Magisterium Kościoła.

AGNIESZKA MYSZEWSKA-DEKERT
(Kraków)





Coś jakby spowiedź

Nie jestem teologiem i trudno mi przedrzeć się przez gąszcz argumentów za i przeciw w "Tygodnikowej" dyskusji o antykoncepcji: z jednej strony doktryna Kościoła, od którego tyle otrzymałem i otrzymuję, z drugiej - proza życia.

Oboje z żoną jesteśmy lekarzami. Dyżury, kiepskie płace, stres, chroniczny brak czasu to nasza codzienność. Kochamy nasze dzieci. Pierwsza córka, Zuzia, (4 lata) była dzieckiem planowanym. Nie mieliśmy problemu z ciążą, tylko poród trwał bardzo długo. Druga córka, 8-miesięczna, poczęła się niespodziewanie - w terminie miesiączki (!). Dwa miesiące wcześniej żona poroniła i zgodnie z zaleceniem ginekologa miała przez pół roku nie zachodzić w ciążę. Ciąża była trudna: w 20. tygodniu wystąpiły obfite krwawienia z dróg rodnych z rozwieraniem się szyjki macicy, zagrażając poronieniem. Choć płód ważył wtedy 400 g, 18 tygodni później urodziła się śliczna Marta!

Moja żona jest wspaniałą dziewczyną, naprawdę. Tyle, że jest niewierząca. Ja natomiast wierzę i rozumiem, że najlepiej byłoby stosować naturalną regulację poczęć. Czuję jednak, że wymagania Kościoła w tej mierze są wygórowane. Mimo przeczytania listów do redakcji i artykułów nie wiem, na czym polega przewaga naturalnej regulacji poczęć nad regulacją "sztuczną". Na czym polega jej wyższość etyczna? Sytuacja, kiedy rozum mówi: "nie miej teraz trzeciego dziecka, nie poradzisz sobie", a Kościół: "zaufaj Panu Bogu, dasz radę", doprowadza mnie do olbrzymiego dysonansu. Tym bardziej, że ilekroć chciałbym zastosować w 100 proc. naukę Kościoła, czeka mnie jeszcze rozmowa z żoną, sprowadzająca się często do podliczenia naszych długów... Tak więc nieetycznie wybieram sztuczną regulację poczęć i zżera mnie poczucie winy. Mam poczucie oddalenia się od Boga. Nie potrafię wypełnić Jego Nauki, a przecież "Jego brzemię jest lekkie...".

Chciałbym, aby w Kościele mówiono o Komunii tak, jak brat Roger na spotkaniu Taizé w Wiedniu: Chrystus nie dzielił ludzi na dobrych i złych, tylko kazał im usiąść w grupach po pięćdziesięciu i podzielił między nimi chleb i ryby... Gdybyśmy tak myśleli o naszych bliźnich, rozumielibyśmy ich lęki, wybaczalibyśmy niedoskonałość i stawianie "ratio" nad "fides".

(dane osobowe do wiadomości redakcji)

 


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny