dotb.gif

„TP”, Nr 32 (2822), 10 sierpnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2822/kultura04.php

Wystawa monograficzna w Galerii Zachęta


Niejednoznaczny Gwozdecki

Bogusław Deptuła


Był artystą niespokojnym, nie osiągnął jednorodności stylistycznej ani nie ugruntował sobie jednoznacznego miejsca w dziejach polskiej sztuki XX wieku. Poszukując nieustannie, zasłużył na kłopotliwą etykietkę "interesującego". Wystawę Gustawa Gwozdeckiego (1880-1935) można zobaczyć teraz w Warszawie, a na jesieni w Krakowie.


Żył na przełomie wielkich epok: modernizmu i nowoczesności. Ten czas przemian dał mu szerokie pole do poszukiwań i nie zmuszał do opowiedzenia się za jedną wybraną stylistyką. W tym niedomknięciu tkwi zarazem siła i słabość jego sztuki. Kolejną przeszkodą, charakterystyczną dla wielu polskich artystów XX stulecia, jest rozproszenie artystycznej spuścizny Gustawa Gwozdeckiego. Znaczącą komplikacją okazała się również wielotorowość jego zainteresowań. Był autorem kilku świetnych rzeźb, ale być może największe jego osiągnięcia to rysunkowe cykle mocno stylizowanych aktów i portretów z lat 1912-1929.

Bywał przez ówczesną krytykę postrzegany jako samouk, co jest daleko posuniętą przesadą. Oglądając jego płótna dość łatwo wskazać na kolejnych mistrzów i nauczycieli, a i trudno doszukać się tam warsztatowej nieporadności, choć faktem jest, że dyplomu nie zdobył. Uczył się w Warszawie, Monachium, Krakowie, najdłużej i najowocniej dopełniał wiedzę i umiejętności w Paryżu, w kręgu międzynarodowej bohemy, ale i wśród największych mistrzów sztuki francuskiej, u Antoine'a Bourdelle'a i Henri Matisse'a. Choć dość łatwo rozpoznawalna, indywidualna maniera Gwozdeckiego ulega znacznym i konsekwentnym przemianom.

Mając dwadzieścia lat maluje swój wizyjny, nieporównany "Autoportret [Głowa chłopca - Apokalipsa]" (ok. 1900). W malarskiej czerni tła lewituje głowa młodzieńca wydobyta mocnym, punktowym strumieniem światła. Ta głowa robi niezwykłe wrażenie: to jednocześnie portret własny malarza i jego maska, o pustych, czarnych oczodołach. Pełnoplastyczność i wyrazistość tego wizerunku każe myśleć o rzeźbie, jakby to przedstawienie powstało z namalowania portretu-rzeźby, a nie realnej twarzy. O tym, że myśl taka nie jest zupełnie bezpodstawna, świadczy fakt stworzenia dwa lata później przez Gwozdeckiego rzeźbiarskiej wersji malarskiego autoportretu.

Niewiele ocalało dzieł z najwcześniejszego okresu twórczości Gwozdeckiego, ale na pewno żadne inne nie osiągnęło podobnej intensywności. Kto obejrzy raz ten obraz, nie zapomni go nigdy. "Autoportret" to skutek pojawienia się w Krakowie Stanisława Przybyszewskiego. Autorka kalendarium twórczości artysty, Anna Lipa tak pisze o tym momencie: "[Gwozdecki] entuzjastycznie przyjmuje modernistyczną koncepcję twórcy, głoszoną w manifeście "Confiteor"... znajduje się w grupie najwierniejszych, wśród rzeźbiarzy, "czeladników". Za sprawą Przybyszewskiego odkrywa malarstwo Edvarda Muncha, rzeźby Gustava Vigelanda, rysunki i grafikę Féliciena Ropsa oraz Francisca Goi, a pod wpływem propagowanych przez niego idei satanizmu i okultyzmu oraz pierwszej konfrontacji z artystycznym językiem sztuki Muncha - przełomowego przeżycia wczesnej młodości - maluje "czarny" "Autoportret"...".

W 1904 roku Antoni Potocki, wydający w Paryżu ekskluzywne pismo "Sztuka", ogłasza konkurs na "kompozycję rysunkową o tematyce chopinowskiej". Gwozdecki zgłasza na konkurs rysunkową kompozycję "Ballada F-dur". Wygrywa, choć pierwszego miejsca nie przyznano. Jego pracownię odwiedza Potocki i zdaje bardzo ciekawą relację z tej wizyty: "On rzeczywiście kocha się w barwach, wielbi kadm, szaleje za kobaltem, tarza się w karminach. Gdyby mógł, obrazy malowałby po prostu promieniami czystych barw tęczy, choć nęci go i sam szlachetny materiał farby (tej właśnie najdroższej!)".

Można by powiedzieć, że to prawie opis fowistycznego obrazu. W istocie Gwozdeckiemu do fowizmu było blisko, obrazy fowistów musiał oglądać, bywał w pracowni Matisse'a. Trudno rozstrzygać, czy to zmaganie z kolorem wisiało w powietrzu, ale na pewno doszło do przecięcia się dróg artystycznych poszukiwań Polaka z dziełami wielu innych europejskich artystów. Oglądając przed kilku laty wielką wystawę europejskich fowizmów, na której pokazano min. obrazy malarzy z kręgu "Die Brücke", ze zdziwieniem i smutkiem nie zobaczyłem na niej ani jednego obrazu Gwozdeckiego, a pasowałby tam wprost znakomicie.

Ciemne obrazy młodopolskie dzieli przepaść od tych następnych, które bezprawnie i przesadnie pozwoliłem sobie porównać do fowistycznych, o barwach czystych, mocnych i nasyconych. Najpiękniej sztuka Gwozdeckiego rozkwita w latach 1911-1912. Powstaje wtedy cykl z japońskimi lalkami, zapewne wynik fascynacji zbiorami Mangghi-Jasieńskiego. Znamy dziś zaledwie kilka z tych obrazów; na prawie wszystkich powraca ten sam zielony flakon, znak, że malowano je w jednym czasie i miejscu. Jeden z najładniejszych, "Maska [Martwa natura z maską]" (1912), został ofiarowany Apollinaire'owi, który przychylnie pisał o Gwozdeckim. Wśród zagranicznych krytyków nasz malarz miał w ogóle więcej szczęścia. Jego talent rozpoznali André Salmon i Louis Vauxcelles, naprawdę pierwsze pióra ówczesnej krytyki artystycznej. Gorzej szło na polskim gruncie, choć nie brakowało szczerych pochwał. Uważa się, że Gwozdecki miał wpływ na powstanie naszego formizmu.

Pomieszanie w ocenach pozostanie pewnie już na zawsze. Wszyscy piszący mają z niejednoznacznym Gwozdeckim kłopoty, przy mnogości pochwał zawsze jakieś zastrzeżenia. Jak choćby w tekście Elżbiety Grabskiej z katalogu wystawy "Wahania interpretatora", gdzie czytamy: "Nie mnie jednej przychodzi, może z pewnym żalem, konstatować, że w późnych obrazach i rysunkach Gwozdeckiego główny temat jego prac, głowa i ciało kobiece, które dukt jego rysunku z precyzją modelował, stawały się mu pułapką, wzorem maniery, zachętą do eleganckiej powtórki".

Mowa tu o późniejszym okresie, w którym powstawały nieco seryjne portrety i kwiaty w wazonach, ocierające się już o kicz. Na pewno po drugiej stronie, tej kiczowatej, znajduje się "Mały sycylianin" (ok. 1929), bo to, co jeszcze uchodziło przy pochlebnych portretach kobiet, w portrecie chłopca jest już tylko przesłodzonym sycylijskim marcepanem. Nieprzekonująco wypadają zmagania z tematami poważniejszymi: "Sen św. Augustyna", "Judyta I" i "Judyta II".

Objawieniem okazują się natomiast się wspomniane ołówkowe głowy i akty: skomplikowane, wyrafinowane, ekscentryczne, poddane silnej stylizacji. Nigdy nie wiadomo, co artyście zachce się zaakcentować: piętę, pępek, łokieć, oko, kok. Czasem wyglądają jak rebusy, ale zawsze przyciągają uwodzicielską siłą nieodgadnionej kreski. Patrząc na nie, zachwycając się ich różnorodnością i nieprzewidywalnością, wiem, czego mi brak w obrazach Gwozdeckiego, które są właśnie gładkie i sprawdzalne. Gdyby przeszedł na stronę swoich rysunków, być może zajmowałby zupełnie inne miejsce w historii sztuki i to nie tylko polskiej.

Może na przeszkodzie stanęły choroby, bo był Gwozdecki bardzo schorowany i całe lata tracił na kosztowne kuracje. Może płacił za swoją podwójność, najpierw polsko-francuską, a potem francusko-amerykańską. A był przy tym również społecznikiem próbującym tworzyć miejsca dla spotkań polskich artystów, najpierw we Francji, a potem w Ameryce. Do tego jeszcze nieustająca konieczność walki o przetrwanie, która być może zmuszała do wygładzania policzków portretowanych. Bo ładność to jeszcze jeden wielki problem tej sztuki. Zdaje się, że Gwozdecki chwilami widział doskonale, jak piękno wygląda i gdzie je odnajdywać, jednak wielokrotnie zwodziła go ładność i brała w swoje syrenie władanie.


"Gustaw Gwozdecki 1880-1935. Wystawa monograficzna." Muzeum Narodowe w Poznaniu luty - kwiecień 2003; Zachęta - Państwowa Galeria Sztuki w Warszawie 7 lipca - 18 sierpnia 2003; Muzeum Narodowe w Krakowie 26 sierpnia - 15 października 2003. Scenariusz i koncepcja wystawy: Maria Gołąb i Anna Lipa.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl