adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 32 (2822)
10 sierpnia 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



Nieznane rozkosze

Anita Piotrowska


Jeśli ktoś zdążył już utracić wiarę we współczesne kino, festiwal w Cieszynie został stworzony właśnie dla niego. To tutaj zobaczyć można, jak bardzo jest ono żywotne i nieobliczalne.

Rozmiar: 9541 bajtów

Nicole Kidman w "Dogville"
Co ciekawe, wielu twórców wyznaczających "nowe horyzonty" w dzisiejszym kinie stroni od łatwych prowokacji, nie próbuje dezorientować nas rozwichrzoną formą czy mamić wątpliwej jakości poezją trzewi. Po cieszyńskim maratonie filmów niekonwencjonalnych nasuwa się jedna przewrotna dość refleksja: to właśnie ze świadomych samoograniczeń, z maksymalnego skupienia i dużej dawki pokory wobec filmowej materii wyrastają dzieła naprawdę przekraczające horyzonty.


Tajemnica "Dogville"

Mogliśmy się o tym przekonać już na otwarciu festiwalu. "Dogville" Larsa von Triera, pierwsza część szykowanej przez niego amerykańskiej trylogii, podniósł poprzeczkę bardzo wysoko, zabierając nas w mroczną podróż do krainy zła, rezygnując zarazem z całego arsenału dostępnych kinu środków ekspresji. Von Trier zakpił sobie ze starych sposobów budowania filmowej iluzji. W wielkim studiu dźwiękowym zgromadził kilkunastu znamienitych aktorów, każąc im poruszać się po narysowanych na podłodze uliczkach nieistniejącego miasteczka z czasów Wielkiego Kryzysu. Przybywa tam ścigana przez gangsterów młoda kobieta (Nicole Kidman), której mieszkańcy udzielają schronienia, by w końcu uczynić ją swą zakładniczką, obnażając przy okazji swe najniższe instynkty.

Opowieść wzięta zostaje w dystansujący cudzysłów. Przestrzeń, dekoracje, gesty aktorów są w "Dogville" czysto umowne i ograniczone do symbolicznego minimum. Całość kojarzy się początkowo z teatrem telewizji, a nawet z gatunkiem reality show, a sztuczność tej wywiedzionej z Brechta kreacji ma potęgować literacka osnowa filmu, wzorowana na XVIII-wiecznej powiastce filozoficznej, z rozbudowanymi tytułami kolejnych rozdziałów i nieustającym komentarzem filozofującego z offu narratora. Z tradycji filmowej kłania się tu oczywiście wielki "Barry Lyndon" Kubricka. Odzywa się też stary, opisany choćby przez André Bazina spór o filmowy realizm: "Dogville" to właśnie triumf bazinowskiego modelu kina, w którym prawda nie jest wypadkową prostych mimetycznych zabiegów.

"Dogville" na szczęście wejdzie na nasze ekrany jeszcze w tym roku, będzie więc okazja, by zmierzyć się "na zimno" z tym niepokojącym dziełem. To film, który uporczywie nie chce być filmem, a zarazem w swym ostentacyjnym buncie nie pozostaje eksperymentalną igraszką, ale wielowarstwowym filmowym traktatem. O mechanizmach władzy, o szkodliwości pięknych utopii, o złu popełnianym w imię miłości, o potrzebie kozła ofiarnego... Aż dziw bierze, że pierwsi widzowie, którzy zobaczyli ten film na tegorocznym festiwalu w Cannes, raczyli dostrzec w nim zaledwie doraźny antyamerykański paszkwil.

Japończycy nowi i dawni

Von Trier wyznaczył punkt odniesienia, zwłaszcza dla 18 filmów z cieszyńskiego konkursu. Zebrane w nim tytuły, podobnie jak pozakonkursowy przegląd "Francuskie rewolucje", pokazują, jak bardzo poszukujące i bogate może być dzisiejsze kino, choć zdarza się też, że na samych poszukiwaniach poprzestaje. Dlatego wiele filmów pozostawia wrażenie krótkotrwałego spotkania z "dziwnością istnienia", daje przedsmak twórczego objawienia, ale stwarza też poczucie, że jednak wszystko już było.

Dowodem filmy fetowanego (i cieleśnie obecnego) w Cieszynie Japończyka Shinya Tsukamoto, twórcy m. in. konkursowego filmu "Czerwcowy wąż". Z jego chorobliwej wręcz fascynacji cielesnością i współczesną technologią wyłania się przerażający portret człowieka epoki postindustrialnej. Cała para idzie jednak w histeryczną formę, a twórcę bardziej zajmuje nasz "fizjologiczny" odbiór tego kina niż oryginalna refleksja nad światem. Pozostaje teatr okrucieństwa w dynamicznym filmowym wydaniu.

Inny Japończyk, adorowany przez młodą widownię Takeshi Kitano, zachwycił malarskim, inspirowanym japońskim teatrem bunraku filmem "Lalki" (zwycięzca plebiscytu publiczności). Fascynacja to jednak raczej natury zmysłowej. Reżyser spełnił swoje artystyczne marzenie, by każdy z jego kadrów nadawał się do powieszenia na ścianie i kontemplowania niczym obraz. Tak właśnie opowiedziane zostały trzy smutne historie o kruchym pięknie życia, o samotności i zmierzaniu ku śmierci, osadzone w zapierającej dech w piersiach scenerii japońskich czterech pór roku. Jednakże dramat nieszczęśliwych kochanków, którzy wędrują przez świat przywiązani do siebie sznurem, historia okaleczonej gwiazdy popu i starzejącego się gangstera yakuzy - zastygają w wystudiowanej drętwocie.

Tymczasem gdzieś w tle głównych wydarzeń festiwalu majaczyły niemal nieznane w Polsce skromne filmy mistrza Jasujiro Ozu, o których Wim Wenders w głośnym dokumencie "Tokyo - Ga" powiedział, że miasta, ludzie, rzeczy same się w nich objawiały. Bez krzykliwej estetyki, natrętnego rozpoetyzowania, bez tego obezwładniającego nadmiaru, którym chełpią się dzisiejsi artyści.


Turcja, Iran, Afganistan

W tureckim filmie "Uzak" Nuri Bilge Ceylana w surowym pejzażu zimowego Stambułu takie objawienie ma miejsce. Spotykają się dwa światy: nowoczesny, uczuciowo sterylny i pozornie samowystarczalny świat zachodniej kultury, uosabiany przez wziętego fotografika, a tuż obok oparty na tradycji, ubogi świat kuzyna z anatolijskiej prowincji, który zjawia się pewnego dnia w mieszkaniu tego pierwszego. Film Ceylana jest refleksyjny, minimalistyczny, przywołuje skojarzenia z dostojnym powolnym rytmem filmów Irańczyka Abbasa Kiarostamiego.

W Cieszynie przypomniano także wcześniejszy film Turka, "Chmury w maju", jeszcze bardziej ekstatyczny w zachwycie nad chwilą, jeszcze bardziej skupiony na jej bezlitosnym przemijaniu. Filmowiec ze Stambułu przybywa do rodzinnej wioski, by nakręć film z udziałem swoich rodziców. Zajęty realizacją abstrakcyjnego scenariusza, skrupulatnie przeliczający kolejne metry zmarnowanej taśmy, nie dostrzega, jak na jego oczach snuje się inny, równie fascynujący film, jak ulatniają się raz wypowiedziane słowa, jak rozkwitają i zacierają się niepowtarzalne obrazy. Kino tureckie, jeśli w ogóle znane, kojarzy się zazwyczaj z zaangażowanym dramatem społecznym spod znaku Yilmaza Güneya. Okazuje się jednak, że subtelnym rysunkiem i uważnością spojrzenia dorównuje ono opiewanym przez krytykę filmom irańskim. Cóż z tego: tendencyjny dobór dystrybuowanych w Polsce filmów pozbawia nas możliwości spotkania z kinem znad Bosforu. Na szczęście pozostaje jeszcze Cieszyn.

Wspomniany już Kiarostami zaprezentował swój najnowszy, znacznie odbiegający od poprzednich osiągnięć film pt. "Dziesięć". W dziesięciu nieprzerwanych ujęciach, nakręconych we wnętrzu jadącego samochodu, obserwujemy dziesięć wcieleń współczesnej kobiety irańskiej: żony, matki, kochanki, prostytutki, kobiety sukcesu czy bogobojnej staruszki. Wszystko składa się na niejednoznaczny, daleki od stereotypowych wyobrażeń obraz życia w kraju ajatollahów. I znów: minimum środków (zbliżenia twarzy i znakomite, zapewne w dużej mierze improwizowane dialogi), a przy tym maksimum znaczeń - dręczących pytań i nieoczywistych wniosków. Podobnie jak von Trier w "Dogville", Kiarostami pozostawia pole naszej wyobraźni, bo przecież tam ostatecznie tworzy się kino, tam dojrzewają zasugerowane ledwie obrazy i chwała reżyserom, którzy jeszcze naszym możliwościom ufają.

Owej szlachetności brakuje nieco najnowszemu dziełu Samiry Makhmalbaf "O piątej po południu", pierwszemu ponoć filmowi nakręconemu w wolnym Afganistanie, a inspirowanemu (czemu nie?) wierszem Federica Garcii Lorki. Młoda Afganka marząca o zostaniu prezydentem (!), skrywająca pod burką pantofle na wysokim obcasie, zmaga się z codziennymi udrękami spustoszonego przez wojnę kraju. Makhmalbaf łączy szacunek dokumentalisty z wysmakowaną kaligrafią, tak charakterystyczną również dla filmów jej ojca, Mohsena Makhmalbafa, twórcy znanego u nas filmu "Kandahar". Wprowadzając postać amerykańskiego żołnierza czy starego taliba z ludzką twarzą, młoda reżyserka próbuje upolitycznić swój film, a z drugiej strony nadać mu sens symbolicznej przypowieści o absurdach współczesnego świata. Lecz usiłując skojarzyć wzruszającą niewinność irańskiego kina z zaangażowaniem w pełni świadomej nowoczesnej reżyserki, czyni ten wysiłek nadto wyczuwalnym.


Uwięzieni

Śmiałym wychyleniem poza nasz kulturowy horyzont był w Cieszynie film "Nieznane rozkosze" młodego Chińczyka Kia Zhang-Ke, chaotycznie opowiedziana historia o wykorzenieniu młodych ludzi, żyjących w prowincjonalnym miasteczku gdzieś w głębi Chin. Luźna struktura opowieści sugeruje dziwaczne zawieszenie dzisiejszych młodych Chińczyków, rozdartych pomiędzy atakującą zewsząd popkulturą, wolnym rynkiem, sekciarską religijnością spod znaku Falun Gong i zdegenerowanym, ale ciągle przecież aktywnym komunistycznym systemem. Beznadzieja i marazm życia bohaterów zderzona zostaje z ich nadmierną, nie bardzo ukierunkowaną ruchliwością.

Podobną nerwowość wypełnia film "Oddech" debiutanta Damiena Odoula - jeden dzień upalnego lata na francuskiej prowincji, bodaj nigdy nie pokazanej w kinie w sposób tak jaskrawy. Dojrzewający w zapyziałej wsi, nabuzowany hormonalną energią chłopak usiłuje znaleźć sobie miejsce pomiędzy naturalistycznym, rubaszno-męskim światem wuja i jego kompanii, a wysublimowaną, jakby nierealną rzeczywistością pobliskiego zamku, gdzie dorasta otoczona pięknem i sztuką dziewczyna, obiekt erotycznej fascynacji bohatera. Odoul, jak sam wyznał, pragnie odzyskać w swym filmie utracony w zamierzchłym dzieciństwie "liryczny związek ze światem": jego film olśniewa, a zarazem przytłacza ekspresyjną monochromatyczną fotografią, stwarza poczucie uwięzienia wraz z bohaterem w spalonej słońcem wiosce, z każdą minutą nabrzmiewa fatalistycznym przeczuciem.

Zupełnie inny rodzaj zamknięcia, wręcz zakleszczenia w wykreowanym na ekranie mikroświecie przyniósł australijski film "Tajemnica Aleksandry" Rolfa De Heera, wspomniany już na tych łamach przy okazji festiwalu w Berlinie. Rozkoszny, "amerykański" wstęp: biznesmen otoczony kochającą rodziną wraca do domu, by celebrować urodziny, przeistacza się na naszych oczach w bolesną wiwisekcję chorej (choć pozornie zwyczajnej) małżeńskiej relacji, sprowokowaną nagranym na taśmie wideo monologiem współczesnej pani Bovary. Podczas seansu w cieszyńskim teatrze panowała przenikająca na wskroś cisza, choć film dotyka przecież spraw dla młodej widowni jeszcze dość odległych. Mistrzostwo de Heera polega na wykorzystaniu bardzo klasycznych, hitchcockowskich wręcz metod filmowego opowiadania i stworzeniu przy ich pomocy paraliżującej atmosfery thrillera o głębokich, często nieuleczalnych ranach zadawanych w domowym zaciszu. Efekt jest przygniatający.


Sens festiwalu

Festiwal w Cieszynie przyćmiewa rozmachem i programem wszystkie inne tego rodzaju imprezy w Polsce. Można się o ten program spierać, bo dyktuje go w dużej mierze subiektywny gust organizatorów, ale takie też jest założenie "Nowych Horyzontów" - kino jest tworem żywym, pączkującym w rozmaitych kierunkach i na szczęście jest jeszcze o co kruszyć kopie.

Sens festiwalu ujawnia się często w filmach wyciszonych i pozornie nieefektownych, jak choćby we francuskim "W piątek wieczorem" Claire Denis - zapisie przypadkowego spotkania dwojga dojrzałych ludzi uwięzionych w ulicznym korku, kiedy to pozornie nic się nie zdarza, drogi bohaterów bardzo szybko się rozchodzą, ale od tej jednej intymnej chwili życie każdego z nich będzie wyglądać zupełnie inaczej. W filmie "Nietknięty przez Zachód" Raymond Depardon opowiedział historię afrykańskiego koczownika uciekając się do najprostszych środków, bliższych raczej kinu dokumentalnej rejestracji: całkowicie poddał się rytmowi czasu, który na pustyni ulega szczególnemu rozrzedzeniu, pozwolił sycić się obrazem. Historia schodzi tu na dalszy plan, liczy się doświadczenie pewnego tu i teraz, tym bardziej niezwykłe, że Depardon opowiada o świecie praktycznie ginącym.

Na osobne omówienie zasługuje imponujący przegląd dorobku Alejandro Jorowskiego, chilijskiego geniusza filmowego surrealizmu, współpracownika Arrabala i Topora, którego filmy ze względu na śmiałość wyobraźni (religijnej, obyczajowej, erotycznej) znane są wyłącznie kręgom wtajemniczonych. Nie sposób też zapomnieć o Dereku Jarmanie, którego kompletny dorobek pokazano w tym roku w Cieszynie, a nawet wydano przy tej okazji książkę. Najmocniejszych wzruszeń dostarczały jednak dokumentalne eseje zgromadzone w cyklu "W poszukiwaniu znaczenia" - jak choćby "Baraka" Rona Fricke, współtwórcy znanego u nas "Koyaanisqatsi" - porażający traktat o duszy świata, złożony z hipnotyzujących obrazów utrwalonych w różnych częściach naszego globu. Z kolei we francuskim dokumencie "Być i mieć" Nicolasa Philiberta (uwaga, będzie w naszych kinach!) udało się dotknąć czegoś, co nazwałabym tajemnicą najpiękniej przeżytego życia, a jest ono udziałem odchodzącego na emeryturę nauczyciela z wiejskiej szkółki w Owernii. Właśnie dla takich chwil warto było zaszyć się w przygranicznym mieście nad Olzą.

*   *   *

Organizatorzy (firma dystrybucyjna Gutek Film) w tym roku jeszcze bardziej się postarali, by te 10 dni w Cieszynie były czymś więcej niż kulturalnym spędzeniem czasu wolnego. Znaleźli nowego głównego sponsora, którego nazwa znalazła nawet miejsce w tytule imprezy. Efekt - więcej filmów, lepsza organizacja, więcej dodatkowych atrakcji. Jak widać, mariaż sztuki i biznesu nie musi oznaczać kompromisu. Szkoda tylko, że władze Cieszyna, czerpiącego z festiwalu pełną garścią (tysiące gości zostawiających tu spore pieniądze, promocja miasta i ożywienie jego atmosfery), niespecjalnie przejmują się jego wspieraniem. Nie zdziwiłabym się, gdyby dyrektor Roman Gutek zaczął w przyszłości szukać bardziej gościnnych progów.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny