dotb.gif

„TP”, Nr 32 (2822), 10 sierpnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2822/kraj01.php

Beger, Skowyra i inni...


Wspomaganie demokracji

Andrzej Brzeziecki


Posłanka Renata Beger z "Samoobrony" ma dochodzić prawdy w sprawie Rywina, tymczasem na niej samej ciążyć może zarzut fałszerstw przy "sporządzaniu list z podpisami obywateli zgłaszających kandydatów w wyborach" (art. 248 Kodeksu Karnego) i poświadczenia nieprawdy w dokumentach. Grozi za to pozbawienie wolności do lat pięciu. Podobny zarzut prokuratura chce postawić posłowi Skowyrze z Ligi Polskich Rodzin. Będzie to możliwe, gdy sejm uchyli im immunitety. Nie wiadomo jeszcze, kiedy - na razie posłowie rozjechali się na wakacje.


Dochodzenie w tej sprawie rozpoczęło się już we wrześniu 2001 r., gdy ugrupowanie Polska Wspólnota Narodowa poinformowało prokuraturę o wykorzystaniu list z podpisami poparcia dla swoich kandydatów w ówczesnej kampanii parlamentarnej. W marcu 2002 r. wszczęto śledztwo, które od listopada ub. r. rozdzielono na dwa osobne, jedno tyczące Samoobrony, drugie: Ligi Polskich Rodzin.

Co ustalono? Na 6167 podpisów złożonych pod listą LPR na pewno 3380 podrobiono, z czego 11 podpisów złożonych zostało za osoby zmarłe jeszcze przed kampanią. Świadkowie zeznali, że nie wiedzą skąd komitet LPR dysponował ich danymi - m.in. numerem PESEL. Główną podejrzaną jest żona posła Skowyry, Maria, która reprezentowała komitet wyborczy LPR, ale i sam poseł miał wypełniać listy i podrabiać podpisy.

W przypadku Beger rzecz ma się trochę inaczej: ona sama prawdopodobne nie fałszowała podpisów, ale - jak informuje prokuratura w Pile - "działając wspólnie i w porozumieniu z Ryszardem P. i innymi osobami, potwierdziła nieprawdę w listach z poparciem dla kandydatów, dostarczając Ryszardowi P. dane 237 osób, które ten na jej prośbę wpisał na listy poparcia. Następnie posłanka miała listy te odebrać, i po sfałszowaniu podpisów przez nieznanych sprawców, złożyć w komisji wyborczej". Sama Beger miała wypełnić część list. Prokuratora ustaliła, że podrobiono blisko 2500 podpisów. Cztery osoby nie żyły już w momencie zbierania podpisów, a nazwiska kilkunastu osób się powtarzały.

Obydwa śledztwa są w toku i lista osób podejrzanych nie została zamknięta. W obu przypadkach nie udało się ustalić, skąd podejrzani zdobyli dane osób, które wpisano na listy - Badana jest również kwestia naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych. - mówi pani prokurator rejonowy w Pile, Maria Wierzejewska-Raczyńska. W lipcu do sejmu wpłynął wniosek o uchylenie posłom immunitetu.


Prokuratura-kijek

Beger zamieszanie wokół jej osoby interpretuje jako atak polityczny. Twierdzi, że ciągnąca się od wielu miesięcy sprawa nabrała przyspieszenia, gdy Beger weszła w skład sejmowej komisji śledczej: - Prokuratura wystąpiła o uchylenie mojego immunitetu, zaraz gdy zgłosiłam na posiedzeniu komisji wniosek o przesłuchanie prezydenta, choć dzień wcześniej twierdziła, że śledztwo nie jest prowadzone przeciw mnie i zarzut postawiony jest innej osobie.

Postępowanie prokuratury Beger tłumaczy jej politycznym uzależnieniem. - Jeśli chce się uderzyć psa, kij zawsze się znajdzie. - powiedziała "TP" Beger.

- Pani poseł ma o tyle rację, że póki chroni ją immunitet, nie może być podejrzaną, ale jest "osobą podejrzaną" - to niuans, ale prawnie znaczący. Dopiero, jeśli sejm uchyli jej immunitet, wszczęte zostanie przeciw niej postępowanie. - tłumaczy prokurator Wierzejewska-Raczyńska. - Natomiast wiązanie działalności posłanki w komisji śledczej z prowadzonym śledztwem jest nieporozumieniem. Musieliśmy przesłuchać łącznie prawie 12 tys. osób - to żmudna i czasochłonna praca.

W kwestii sfałszowanych list stanowisko Beger jest jasne: - Jeśli podrobiono podpisy, ma to sprawdzić prokuratura. Mnie to nie interesuje. Byłam pełnomocnikiem komitetu, a żaden pełnomocnik nie ma obowiązku sprawdzać wiarygodności podpisów.

Beger, jak mówi, nie wie też, w jaki sposób podrabiający podpisy zdobyli dane osób, które rzekomo poparły listę Samoobrony. Na pytanie, czy wpisywała nazwiska i dane na listy, odpowiada: - Obojętnie, kto wpisywał, proszę mi pokazać przepis, który tego zabrania.

- Każda linia obrony jest możliwa, a czy okaże się skuteczna, rozstrzygnie sąd. - argumenty posłanki kwituje prok. Wierzejewska-Raczyńska.

Beger nie obawia się ani uchylenia immunitetu, ani procesu: - Jeśli stanę przed sądem i jeśli sądy w tym kraju są niezawisłe, zostanę oczyszczona z zarzutów.

Nie udało nam się skontaktować z posłem Skowyrą. Z relacji "Gazety Wyborczej" (14.07) wynika, że przyjął on inną linię obrony. Twierdzi, że "nie może wziąć odpowiedzialności za listy, ponieważ zostały naruszone procedury ich przekazania prokuratorowi". Jak mówił, listy podczas przekazania nie zostały skontrolowane w obecności przedstawicieli wszystkich zainteresowanych stron i odpowiednio zabezpieczone. Prokuratura pilska temu przeczy: wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Także jest zastępca komisarza wyborczego, Maria Trzebna twierdziła w "Gazecie", że przy odbiorze list przez prokuratora spisano protokół przekazania, który podpisała również Maria Skowyra.

Co się stanie, jeśli sejm nie uchyli posłom immunitetu? - Wówczas śledztwa będą kontynuowane w stosunku do innych podejrzanych, natomiast materiały dotyczące posłów zostaną wyłączone, a śledztwo zawieszone do czasu ustania przeszkody tj. wygaśnięcia immunitetu - wyjaśnia prokurator Wierzejewska-Raczyńska.

Jeśli zaś sejm uchyli immunitet, a głosowanie w sprawie posła Andrzeja Jagiełły na to wskazuje, i jeśli podejrzani o fałszerstwa posłowie zostaną uznani za winnych, ale nie pozbawieni praw obywatelskich, to dalej będą współstanowić prawo w Polsce. Nawet, jeśli mandat zdobyli drogą oszustwa.

- To trochę paranoiczne, ale takie jest prawo. Zanegowanie podpisów nie ma wpływu na ważność mandatów. - mówi dr Bogumił Naleziński z Katedry Prawa Konstytucyjnego Uniwersytetu Jagiellońskiego. - Sąd Najwyższy stwierdził ważność wyborów. Fałszowanie dokumentów będzie rozpatrywane jak inne przestępstwo np. jazda po pijanemu. Obecność Beger i Skowyry w sejmie nie podważa jego prac w większym stopniu, niż obecność innych osób, którym grozi postępowanie karne.

Na osoby takie w sejmie RP jest najwyraźniej urodzaj, a fakt, że próbują chronić się przed prawem za immunitetem jest oczywiście bulwersujący. Dr Naleziński zwraca uwagę, że immunitet nie jest związany z osobą, tylko z funkcją. Jego zdaniem, przywilej nietykalności jest zbyt szeroki. Powinien chronić tylko od odpowiedzialności za działalność w ramach wykonywania mandatu. Można by też odwrócić mechanizm głosowania: - Sejm nie głosowałby nad uchyleniem immunitetu, ale nad ochroną podejrzanego. Na co dzień poseł byłby równy innym obywatelom - proponuje Naleziński.


Wódka, podpis i plan lekcji

Nie tylko zbieranie podpisów, ale same wybory narażone są na nieprawidłowości. Protestów dotyczących przebiegu wyborów parlamentarnych zwykle jest jednak relatywnie mało. - Podczas głosowania poważnym nadużyciom zapobiega wiele czynników. W komisjach wyborczych zasiadają ludzie z kilku komitetów i patrzą sobie na ręce, a praca komisji może zostać zawsze zweryfikowana. - tłumaczy dyrektor Zespołu Prawnego i Organizacji Krajowego Biura Wyborczego, Bohdan Szcześniak.

W przypadku ostatnich wyborów do sejmu, Sąd Najwyższy 7 (na 108 rozpatrywanych) protestów uznał za zasadne - np. w dwóch komisjach wyborcy stwierdzili, że mimo, iż jeszcze nie głosowali, obok ich nazwisk widniały już podpisy i komisje nie wydały im kart; w innym przypadku stwierdzono naruszenie zakazu agitacji wyborczej na terenie komisji; gdzie indziej członkowie komisji błędnie informowali wyborców o rezygnacji jednego z kandydatów do Senatu, a oddane na niego głosy uznali za nieważne. Zdaniem Sądu Najwyższego stwierdzone naruszenia nie miały wpływu na wynik wyborów.

Częściej do nieprawidłowości dochodzi podczas wyborów samorządowych. Inna jest tu skala: oszustwa mogą nie tylko wpłynąć na wynik wyborów, ale wręcz go zmienić. Z danych Państwowej Komisji Wyborczej wynika, że po ostatnich wyborach samorządowych spośród zgłoszonych 723, a ostatecznie załatwionych 709 protestów wyborczych, za zasadne uznanych zostało 45 - z czego 28 przez sądy apelacyjne. Do tej pory (część spraw w toku) odbyło się ponad 30 powtórzonych wyborów.

Tak było m.in. w Kamiennej Górze. Podczas głosowania mieszkańcy wynosili z lokali wyborczych karty do głosowania i - w zamian za pieniądze lub alkohol - oddawali je innym osobom, byli też nakłaniani do głosowania na konkretnych kandydatów. Wyniesione karty znalazły się potem w urnach - wrzucone w pakietach po kilkanaście sztuk. Sąd uznał, że nie jest przestępstwem wyniesienie karty wyborczej z komisji i oddanie jej komuś innemu za korzyść majątkową, że nie jest przestępstwem "nakłanianie wyborców do oddania głosu na konkretnego kandydata w zamian za wynagrodzenie pieniężne lub inną korzyść majątkową". Dopatrzył się jednak naruszenia zasady bezpośredniości wyborów: nakazał ich powtórzenie wyłącznie dlatego, że to nie sami uprawnieni oddali głosy. Jeden z czytelników "TP", który w liście do redakcji opisał tę sprawę, był zbulwersowany taką interpretacją ordynacji wyborczej, która zezwala na handel kartami wyborczymi.

Z argumentacją sądu zgadza się jednak dr Nalezińśki. - Nie każde przestępstwo popełniane przy okazji wyborów jest przestępstwem przeciw wyborom. Art. 250 Kodeksu Karnego mówi, że do przestępstwa dochodzi, gdy mamy do czynienia z przemocą, groźbami lub stosunkiem zależności - np. pracodawca zmusza pracownika do głosowania na kandydata, grożąc mu zwolnieniem. W Kamiennej Górze mieszkańcy dobrowolnie oddawali karty. Oczywiście jest to zachowanie skandaliczne. Natomiast naruszenie zasady bezpośredniości wyborów jest ewidentnym złamaniem ordynacji wyborczej. W Polsce zasada ta jest ściśle przestrzegana, nie można nawet głosować listownie. Przy każdym naruszeniu ordynacji sąd musi rozważyć, czy miało ono wpływ na wynik, tu najwyraźniej uznał, że tak.

Karty wyborcze i głosy kupowano też w słynnych ostatnio Starachowicach. Stał za tym nie kto inny, jak przebywający w areszcie wiceprzewodniczący rady powiatu Marek B. (ten, którego ostrzegał poseł Andrzej Jagiełło). W czasie ostatnich wyborów samorządowych w jednej z komisji, "już przed godz. 9 frekwencja przekroczyła 80 proc. Ludzi dowożono samochodami, przed lokalami trwała agitacja. Za czystą kartkę wyniesioną z lokalu, można było dostać 15-20 zł lub pół litra. Wódkę lub pieniądze można było też dostać za obietnicę oddania głosu na wskazanego kandydata. Wśród tych, którzy byli wskazywani, pojawiają się nazwiska Marka B. i prezydenta Starachowic Sylwestra Kwietnia" ("Gazeta Wyborcza" 9 lipca). Oburzeni działacze SLD pisali o sprawie m.in. do Leszka Millera i Krzysztofa Janika. Bez odpowiedzi. Sprawę fałszowania wyborów w Starachowicach włączono do śledztwa prowadzonego przez Wydział ds. Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Okręgowej.

Pomysłów na nieuczciwe zwycięstwo jest więcej. We wrześniu 2001 r. uczniowie jednej z łódzkich podstawówek dostali od nauczycielek plany lekcji, na odwrocie których był ulotka wyborcza kandydata SLD. Podczas ostatnich wyborów samorządowych w Kościerzynie (woj. Pomorskie) na kartach wyborczych nazwa komitetu związanego z wójtem napisana była w całości wielkimi literami, a pozostałe - małymi. Zdaniem protestujących naruszyło to ordynację, która mówi, że "wielkość i rodzaj czcionek powinny być jednakowe dla nazwisk wszystkich kandydatów i oznaczeń umieszczonych na karcie". Obrońcy wójta twierdzili, że ordynacja uściśla krój czcionek, a nie wielkość liter. Wójta oskarżono też o wykorzystywanie podległych sołtysów do zbierania podpisów pod jego kandydaturą. Jeden z nich powiedział dziennikarzom: - Zbierałem po wsi poparcie dla wójta, chyba połowa się podpisała. Ale nikt nikogo do tego nie zmuszał.

Sąd nakazał powtórzenie wyborów w Wyszygrodzie do rady powiatu ziemskiego płockiego: komisja sfałszowała protokół do głosowania, gdy okazało się, że do urny wrzucono o 17 kart więcej niż było głosujących.

Za to w Gryficach (woj. Zachodniopomorskie) sąd oddalił protest ze względu na brak związku między nieprawidłowościami a wynikiem wyborów: kandydat SLD-UP na radnego tak skutecznie łamał ciszę wyborczą, namawiając do głosowania na siebie, że dostał najmniej głosów.

Wciąż trwa śledztwo w sprawie próby sfałszowania wyborów na prezydenta Płocka. W czasie nocy wyborczej działacze SLD próbowali sfałszować protokół jednej z komisji: na korzyść kandydata ich partii dopisali 300 głosów. Wystarczyłoby to do zmiany wyniku wyborów.


Mniej ale uczciwiej

Czy można się uchronić przed oszustwami dokonywanymi przez kandydatów, nim jeszcze zostaną wybrani? Zdaniem dyr. Szcześniaka jest to prawie niemożliwe: - Zbierający podpisy czasem idą na skróty i listy wypełniają w sposób nieuczciwy. Taki proceder może mieć miejsce nawet bez wiedzy kandydatów.

Co prawda osoba doświadczona zorientuje się, że niektóre podpisy zostały podrobione: nie wystarczy zmienić długopis i kąt nachylenia liter. - Ale solidne zbadanie listy, wymagałoby dotarcia do każdej podpisanej osoby. Jest to niewykonalne przed zarejestrowaniem kandydatów. Ale w przypadkach wątpliwych okręgowe komisje zawiadamiają organy ścigania - mówi Szcześniak.

Zarzuty mogą więc zostać postawione dopiero, gdy osoby łamiące prawo już zasiadają w sejmie. Dyrektor zespołu prawnego KBW nie przecenia jednak znaczenia zbierania podpisów dla wyborów: nie są one wyrazem woli wyborców i skuteczność machlojek przy ich zbieraniu jest mała. To tylko proces przygotowawczy. Ma na celu dokonanie pierwszego odsiewu i sprawdzenie, czy kandydat jest poważnym podmiotem kampanii, czy ma zaplecze, struktury itd. Ale jeśli partia jest słaba i nie może uczciwie zebrać podpisów, nie ma co liczyć na uzyskanie mandatów w wyborach.

Zgadza się z nim dr Naleziński: - Przecież wiele list kandydatów zdobywa mniej głosów, niż udało im się zebrać podpisów.

Zwraca jednak uwagę na nierracjonalność polskiego systemu, który sprowadza się do zasady: wystaw stolik, ogłup ludzi, zbierz podpisy i jesteś kandydatem. - Nawet magiczni producenci wkładek do butów potrafili zebrać po 100 tys. podpisów.

Ordynacja nakłada na kandydatów obowiązek zebrania dużej liczby podpisów, zaś wyborca może podpisać się pod kilkoma listami - w żaden sposób nie pozwala to na weryfikację poparcia. Zdaniem Nalezińskiego, trzeba tak skonstruować system, by weryfikować podpisy jeszcze przed rejestracją kandydata. Wyjściem byłoby dopuszczenie składania podpisu tylko pod jedną listą. Wymagałoby to sprawnego aparatu urzędniczego. Skuteczną metodą, stosowaną np. we Francji, wydaje się zbieranie podpisów od ludzi pełniących już jakieś funkcje np. radnych. Trudniej byłoby je zdobyć, ale byłyby pewniejsze i łatwiejsze do weryfikacji.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl