dotb.gif

„TP”, Nr 32 (2822), 10 sierpnia 2003, http://www2.tygodnik.com.pl/tp/2822/komentarze.php


Komentarze

Józefa Hennelowa
Dziesięciolecie i wnioski

Komentarze w dziesięciolecie podpisania konkordatu między III RP a Stolicą Apostolską były zwięzłe i bez wyjątku pozytywne: nie potwierdziły się obawy o dominację Kościoła w życiu państwowym, a gwarancje udzielone pracy Kościoła zaowocowały wielu dobrymi skutkami. Wszystko prawda. Warto jednak pamiętać o kilku jeszcze sprawach.Po pierwsze, dlaczego konkordat ratyfikowano dopiero pięć lat po podpisaniu? Czy nie dlatego, że podpisywano go pośpiesznie, już po rozwiązaniu Sejmu i przed nowymi wyborami? Jakikolwiek by był nowy parlament i nowy rząd, został postawiony przed faktem dokonanym, jakby demonstracyjnie. Niczego już nie wolno było w podpisanym tekście nie tylko poprawić czy uściślić, ale nawet dyskutować. A prawnicy wskazywali na niedoróbki. Choćby na brak uściślenia, kto ma obowiązek - w myśl artykułu pierwszego - zgłosić ślub kościelny w urzędzie stanu cywilnego, by skutkowało to konsekwencjami cywilnoprawnymi. Dobrze, że długotrwała pauza pozwoliła na dopracowanie bodaj aneksów.

Wśród gwarancji danych wierzącym, że ich życie religijne nie napotka przeszkód, jedna z najważniejszych dotyczyła włączenia nauczania religii w system oświaty. Włączenie to jednak jest dalej jakby niepełne i niejasne. Zwalnia rodziców z jakiegokolwiek zaangażowania w wybór (co konkordat przewiduje, ale co w praktyce dokonuje się automatycznie), a równocześnie miejsce religii wśród przedmiotów szkolnych jest innej rangi niż pozostałych (stopień bez znaczenia dla średniej). Czy jest to rozwiązanie na pewno najlepsze i nie wymagające namysłu nad skutkami wychowawczymi - dzisiaj, po tylu latach?

Zaledwie naszkicowane są w konkordacie kwestie finansowe. Odsyła on do planowanej "specjalnej komisji" stworzonej przez obie strony. I nic się tu nie zmienia, gdy tymczasem sytuacja materialna społeczeństwa, a więc i Kościoła, ulega daleko idącym przeobrażeniom i rodzi nowe pytania, np. dotyczące podatków.

Wreszcie najważniejsza dla samych wierzących w Polsce sprawa zabezpieczenia misji Kościoła, a nie tylko jego struktur. Misja ta oparta została na uznanej w umowie "zasadzie niezależności i autonomii obu stron" oraz zobowiązaniu "do pełnego poszanowania tej zasady (...) dla rozwoju człowieka i dobra wspólnego". Tak więc nieustannie my, wierzący, mamy do rozstrzygania, w jakiej mierze problemy stające przed nami są autonomiczne, a w jakiej należą do naszej misji. Styk świeckości i wiary w naszej rzeczywistości społecznej, politycznej, państwowej nie przestaje być problemem numer jeden.



Krzysztof Burnetko
MSWiA: ciemno pod latarnią

W ciągu tygodnia w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji poleciały trzy głowy - i to z najwyższych stołków. Parę tygodni wcześniej były dwie kolejne ofiary. Powód był prosty: prasa ujawniła, że mógł zachodzić tzw. konflikt interesów wynikający z faktu, że równocześnie z funkcjami państwowymi działały one w biznesie prywatnym. Dochodziło lekceważenie ustawy antykorupcyjnej i obowiązku składania oświadczeń majątkowych oraz - być może - oszukiwanie przełożonych. Tak się składa, że większość z tych przypadków dowodzi też skutków omijania przez obecną ekipę zasad służby cywilnej, które winny przyświecać nowoczesnej administracji. Chodzi m.in. o czytelność podziału między funkcjami politycznymi a urzędniczymi w strukturach państwowych oraz o regułę obsadzania najwyższych stanowisk w ministerstwach na podstawie konkursu, a nie partyjnych czy towarzyskich znajomości.

Minister Krzysztof Janik - stojący na czele resortu z "administracją" w nazwie - nie mógł być nieświadomy, że w III RP standardy służby cywilnej są łamane. Nie mógł nie słyszeć o głośnym werdykcie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie pozamerytorycznego obsadzania stanowisk, albo o monitach Rady Służby Cywilnej czy jej Szefa, a wreszcie o alarmach mediów. Tymczasem tolerował bałagan nawet na swoim podwórku. Teraz ostro zabrał się za sprzątanie (m.in. wezwał wojewodów, by pilnie przedstawili plan konkursów na wakujące stanowiska dyrektorów generalnych w swoich urzędach). Czemu tak późno? I czemu dopiero w odzewie na serię skandali.




Anna Mateja
Najważniejsza jest aktywność

Dziura budżetowa zmusiła w grudniu 2001 r. rząd do likwidacji zasiłków, obniżenia świadczeń przedemerytalnych z 90 do 80 proc. i zaostrzenia kryteriów ich przyznawania (posiadając odpowiedni staż pracy, kobiety mogą się o nie ubiegać po ukończeniu 58 lat, mężczyźni - 63). Poza oszczędnościami chodziło o powstrzymanie odchodzenia osób w wieku przedemerytalnym z rynku pracy. Nic dziwnego: tylko 45-50 proc. Polaków w wieku produkcyjnym pracuje zawodowo.

Rozwiązanie to obróciło się jednak przeciwko pracownikom, którzy nie zamierzali z pracy rezygnować. To osoby w wieku zobowiązań, również finansowych, wobec dwóch generacji: dzieci i rodziców. Tymczasem, po utracie pracy, mimo długiego stażu i doświadczenia zawodowego, bezrobotna nauczycielka czy górnik są na rynku pracy bez szans. Większość pracodawców zakłada, że "stare nawyki" nie pozwolą pracownikom po 50. dostosować się do "nowych wymagań". W Polsce zaczęła więc powstawać grupa "ludzi niepotrzebnych": zwolnieni pracownicy po 50., bez emerytury i możliwości korzystania z zasiłku przedemerytalnego.

Mimo 650 tys. podpisów, jakie zebrała "Solidarność" pod projektem obywatelskim, postulującym przywrócenie dawnych zasiłków i świadczeń, trudno liczyć na jego realizację. Dziura budżetowa straszy nadal. Potrzebie zatrzymania ludzi na rynku pracy też nikt nie zaprzeczy. Rząd zaproponował jednak, aby świadczenia przedemerytalne trafiły do osób zwolnionych z przyczyn ekonomicznych i tych, które utraciły prawo do innych świadczeń społecznych, np. renty. 50-latek miałby się rejestrować jako bezrobotny; przez pół roku otrzymywać zasiłek i korzystać z pomocy urzędów pośrednictwa pracy w znalezieniu zatrudnienia. W grę wchodziłoby także opłacenie szkolenia i udział w pracach interwencyjnych. Jeśli próby znalezienia pracy zakończyłyby się niepowodzeniem, osoba otrzymywałaby świadczenie przedemerytalne. To już coś: zaczęto rozmawiać o bezrobociu osób dojrzałych, które marzą nie tyle o karierze, co o wywiązaniu się z życiowych zobowiązań.

Jeszcze jedno: jako społeczeństwo starzejemy się. Dzisiejsi 50-latkowie przychodzili na świat podczas powojennego boomu demograficznego, a odchodzą na emeryturę, gdy przyrost jest znikomy. Niedługo możemy stanąć przed problemem niewypłacalności systemu emerytalno-rentowego. Niewykluczone, że wydłużona aktywność zawodowa stanie się wymuszonym modelem życia.



Andrzej Brzeziecki
Lew pisnął

Miała być sensacja, jest żenada. W "Trybunie" ukazał się wywiad Marka Barańskiego z Lwem Rywinem. Z tekstu "Lew otworzył paszczę" o kulisach afery Rywina nie dowiadujemy się niczego nowego. Za to poznajemy jej głównego bohatera jako człowieka kultury i sztuki, rozczytanego w Gombrowiczu, będącego za pan brat z Wajdą i Spielbergiem i tylko przypadkiem wplątanego w polityczną aferę i zdradzonego przez dawnych przyjaciół z Agory - "złowrogiej potęgi Adama Michnika", a teraz niesłusznie poniewieranego przez dziennikarzy i polityków.

Właściwie nie wiadomo, kto z kim przeprowadza wywiad. Barański nie zadaje trudnych pytań, za to prawi rozmówcy komplementy: - Jest Pan człowiekiem światowym - mówi mu.

Dwaj panowie gawędzą sobie niespiesznie: Rywin żali się, że nie może wyjeżdżać za granicę, a przecież zaproszeń ze świata filmu ma aż nadto, Barański pociesza go: - Niech Pan będzie dobrej myśli. Nie ma takiej możliwości, żeby Panu ten paszport odebrali na zawsze. (...) To się kiedyś musi skończyć.

Obaj są zgodni: "Trybuna" nie jest organem Rywina. - Jak Pan wie, tak nas połączono... - żali się Barański. - Zarówno pan, jak i ja wiemy, że to nieprawda. - mówi Rywin.

Wywiad ma jednak wyraźne cele, zupełnie nie nowe: przedstawić Agorę jako firmę nielojalną, a jej kierownictwo, zwłaszcza Wandę Rapaczyńską, jako spiritus movens całej afery i zasugerować, że jej ofiarą miał paść premier Leszek Miller, który tylko "dzięki wyjątkowym talentom politycznym" zdołał wyjść z niej cało. Ale "nie złożono broni": każdy, najbardziej banalny pretekst jest wykorzystywany do ataku na jego najbliższych współpracowników. (...) za chwilę znów sięgnie się po niego [Millera] - wróży Barański. Faktycznie: mataczenie przy ustawie o mediach, Łapiński, Starachowice, afery w MSWiA - same banały.

Oczywiście, "Trybuna" nie jest organem Rywina, ani tym bardziej Millera. W ogóle nie jest organem.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl