adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 32 (2822)
10 sierpnia 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz


Komentarze

Józefa Hennelowa
Dziesięciolecie i wnioski

Komentarze w dziesięciolecie podpisania konkordatu między III RP a Stolicą Apostolską były zwięzłe i bez wyjątku pozytywne: nie potwierdziły się obawy o dominację Kościoła w życiu państwowym, a gwarancje udzielone pracy Kościoła zaowocowały wielu dobrymi skutkami. Wszystko prawda. Warto jednak pamiętać o kilku jeszcze sprawach.Po pierwsze, dlaczego konkordat ratyfikowano dopiero pięć lat po podpisaniu? Czy nie dlatego, że podpisywano go pośpiesznie, już po rozwiązaniu Sejmu i przed nowymi wyborami? Jakikolwiek by był nowy parlament i nowy rząd, został postawiony przed faktem dokonanym, jakby demonstracyjnie. Niczego już nie wolno było w podpisanym tekście nie tylko poprawić czy uściślić, ale nawet dyskutować. A prawnicy wskazywali na niedoróbki. Choćby na brak uściślenia, kto ma obowiązek - w myśl artykułu pierwszego - zgłosić ślub kościelny w urzędzie stanu cywilnego, by skutkowało to konsekwencjami cywilnoprawnymi. Dobrze, że długotrwała pauza pozwoliła na dopracowanie bodaj aneksów.

Wśród gwarancji danych wierzącym, że ich życie religijne nie napotka przeszkód, jedna z najważniejszych dotyczyła włączenia nauczania religii w system oświaty. Włączenie to jednak jest dalej jakby niepełne i niejasne. Zwalnia rodziców z jakiegokolwiek zaangażowania w wybór (co konkordat przewiduje, ale co w praktyce dokonuje się automatycznie), a równocześnie miejsce religii wśród przedmiotów szkolnych jest innej rangi niż pozostałych (stopień bez znaczenia dla średniej). Czy jest to rozwiązanie na pewno najlepsze i nie wymagające namysłu nad skutkami wychowawczymi - dzisiaj, po tylu latach?

Zaledwie naszkicowane są w konkordacie kwestie finansowe. Odsyła on do planowanej "specjalnej komisji" stworzonej przez obie strony. I nic się tu nie zmienia, gdy tymczasem sytuacja materialna społeczeństwa, a więc i Kościoła, ulega daleko idącym przeobrażeniom i rodzi nowe pytania, np. dotyczące podatków.

Wreszcie najważniejsza dla samych wierzących w Polsce sprawa zabezpieczenia misji Kościoła, a nie tylko jego struktur. Misja ta oparta została na uznanej w umowie "zasadzie niezależności i autonomii obu stron" oraz zobowiązaniu "do pełnego poszanowania tej zasady (...) dla rozwoju człowieka i dobra wspólnego". Tak więc nieustannie my, wierzący, mamy do rozstrzygania, w jakiej mierze problemy stające przed nami są autonomiczne, a w jakiej należą do naszej misji. Styk świeckości i wiary w naszej rzeczywistości społecznej, politycznej, państwowej nie przestaje być problemem numer jeden.



Krzysztof Burnetko
MSWiA: ciemno pod latarnią

W ciągu tygodnia w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji poleciały trzy głowy - i to z najwyższych stołków. Parę tygodni wcześniej były dwie kolejne ofiary. Powód był prosty: prasa ujawniła, że mógł zachodzić tzw. konflikt interesów wynikający z faktu, że równocześnie z funkcjami państwowymi działały one w biznesie prywatnym. Dochodziło lekceważenie ustawy antykorupcyjnej i obowiązku składania oświadczeń majątkowych oraz - być może - oszukiwanie przełożonych. Tak się składa, że większość z tych przypadków dowodzi też skutków omijania przez obecną ekipę zasad służby cywilnej, które winny przyświecać nowoczesnej administracji. Chodzi m.in. o czytelność podziału między funkcjami politycznymi a urzędniczymi w strukturach państwowych oraz o regułę obsadzania najwyższych stanowisk w ministerstwach na podstawie konkursu, a nie partyjnych czy towarzyskich znajomości.

Minister Krzysztof Janik - stojący na czele resortu z "administracją" w nazwie - nie mógł być nieświadomy, że w III RP standardy służby cywilnej są łamane. Nie mógł nie słyszeć o głośnym werdykcie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie pozamerytorycznego obsadzania stanowisk, albo o monitach Rady Służby Cywilnej czy jej Szefa, a wreszcie o alarmach mediów. Tymczasem tolerował bałagan nawet na swoim podwórku. Teraz ostro zabrał się za sprzątanie (m.in. wezwał wojewodów, by pilnie przedstawili plan konkursów na wakujące stanowiska dyrektorów generalnych w swoich urzędach). Czemu tak późno? I czemu dopiero w odzewie na serię skandali.

Anna Mateja
Najważniejsza jest aktywność

Dziura budżetowa zmusiła w grudniu 2001 r. rząd do likwidacji zasiłków, obniżenia świadczeń przedemerytalnych z 90 do 80 proc. i zaostrzenia kryteriów ich przyznawania (posiadając odpowiedni staż pracy, kobiety mogą się o nie ubiegać po ukończeniu 58 lat, mężczyźni - 63). Poza oszczędnościami chodziło o powstrzymanie odchodzenia osób w wieku przedemerytalnym z rynku pracy. Nic dziwnego: tylko 45-50 proc. Polaków w wieku produkcyjnym pracuje zawodowo.

Rozwiązanie to obróciło się jednak przeciwko pracownikom, którzy nie zamierzali z pracy rezygnować. To osoby w wieku zobowiązań, również finansowych, wobec dwóch generacji: dzieci i rodziców. Tymczasem, po utracie pracy, mimo długiego stażu i doświadczenia zawodowego, bezrobotna nauczycielka czy górnik są na rynku pracy bez szans. Większość pracodawców zakłada, że "stare nawyki" nie pozwolą pracownikom po 50. dostosować się do "nowych wymagań". W Polsce zaczęła więc powstawać grupa "ludzi niepotrzebnych": zwolnieni pracownicy po 50., bez emerytury i możliwości korzystania z zasiłku przedemerytalnego.

Mimo 650 tys. podpisów, jakie zebrała "Solidarność" pod projektem obywatelskim, postulującym przywrócenie dawnych zasiłków i świadczeń, trudno liczyć na jego realizację. Dziura budżetowa straszy nadal. Potrzebie zatrzymania ludzi na rynku pracy też nikt nie zaprzeczy. Rząd zaproponował jednak, aby świadczenia przedemerytalne trafiły do osób zwolnionych z przyczyn ekonomicznych i tych, które utraciły prawo do innych świadczeń społecznych, np. renty. 50-latek miałby się rejestrować jako bezrobotny; przez pół roku otrzymywać zasiłek i korzystać z pomocy urzędów pośrednictwa pracy w znalezieniu zatrudnienia. W grę wchodziłoby także opłacenie szkolenia i udział w pracach interwencyjnych. Jeśli próby znalezienia pracy zakończyłyby się niepowodzeniem, osoba otrzymywałaby świadczenie przedemerytalne. To już coś: zaczęto rozmawiać o bezrobociu osób dojrzałych, które marzą nie tyle o karierze, co o wywiązaniu się z życiowych zobowiązań.

Jeszcze jedno: jako społeczeństwo starzejemy się. Dzisiejsi 50-latkowie przychodzili na świat podczas powojennego boomu demograficznego, a odchodzą na emeryturę, gdy przyrost jest znikomy. Niedługo możemy stanąć przed problemem niewypłacalności systemu emerytalno-rentowego. Niewykluczone, że wydłużona aktywność zawodowa stanie się wymuszonym modelem życia.



Andrzej Brzeziecki
Lew pisnął

Miała być sensacja, jest żenada. W "Trybunie" ukazał się wywiad Marka Barańskiego z Lwem Rywinem. Z tekstu "Lew otworzył paszczę" o kulisach afery Rywina nie dowiadujemy się niczego nowego. Za to poznajemy jej głównego bohatera jako człowieka kultury i sztuki, rozczytanego w Gombrowiczu, będącego za pan brat z Wajdą i Spielbergiem i tylko przypadkiem wplątanego w polityczną aferę i zdradzonego przez dawnych przyjaciół z Agory - "złowrogiej potęgi Adama Michnika", a teraz niesłusznie poniewieranego przez dziennikarzy i polityków.

Właściwie nie wiadomo, kto z kim przeprowadza wywiad. Barański nie zadaje trudnych pytań, za to prawi rozmówcy komplementy: - Jest Pan człowiekiem światowym - mówi mu.

Dwaj panowie gawędzą sobie niespiesznie: Rywin żali się, że nie może wyjeżdżać za granicę, a przecież zaproszeń ze świata filmu ma aż nadto, Barański pociesza go: - Niech Pan będzie dobrej myśli. Nie ma takiej możliwości, żeby Panu ten paszport odebrali na zawsze. (...) To się kiedyś musi skończyć.

Obaj są zgodni: "Trybuna" nie jest organem Rywina. - Jak Pan wie, tak nas połączono... - żali się Barański. - Zarówno pan, jak i ja wiemy, że to nieprawda. - mówi Rywin.

Wywiad ma jednak wyraźne cele, zupełnie nie nowe: przedstawić Agorę jako firmę nielojalną, a jej kierownictwo, zwłaszcza Wandę Rapaczyńską, jako spiritus movens całej afery i zasugerować, że jej ofiarą miał paść premier Leszek Miller, który tylko "dzięki wyjątkowym talentom politycznym" zdołał wyjść z niej cało. Ale "nie złożono broni": każdy, najbardziej banalny pretekst jest wykorzystywany do ataku na jego najbliższych współpracowników. (...) za chwilę znów sięgnie się po niego [Millera] - wróży Barański. Faktycznie: mataczenie przy ustawie o mediach, Łapiński, Starachowice, afery w MSWiA - same banały.

Oczywiście, "Trybuna" nie jest organem Rywina, ani tym bardziej Millera. W ogóle nie jest organem.

 


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny