dotb.gif

„TP”, Nr 32 (2822), 10 sierpnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2832/felkrol.php




Decentralizacja po polsku

Marcin Król


Wśród warunków, jakie teoretycy demokracji stawiają tak zwanym "silnym demokracjom", jest decentralizacja władzy wykonawczej i w miarę możliwości sądowniczej. Decentralizacja władzy ustawodawczej jest możliwa tylko w państwie federalistycznym, a Polska do takich nie należy.

Od 1989 roku wszyscy: kolejne ekipy rządzące i - jednym chórem - wszyscy publicyści polityczni, a także eksperci w zakresie administracji i prawa administracyjnego, edukacji i służby zdrowia wypowiadali się nieustannie za decentralizacją. W zakresie gospodarki wydawało się to jeszcze bardziej oczywiste, bo przecież prywatyzacja majątku państwowego i przedsiębiorstw zarządzanych przez państwo (czyli na przykład przez skarb państwa lub przez wojewodów) jest automatycznie formą decentralizacji.

Decentralizacja jednak do dzisiaj ma we wszystkich dziedzinach, z wyjątkiem części gospodarki tej naprawdę prywatnej, taki sam przebieg, jaki znany mi jest doskonale na przykładzie wyższych uczelni. To znaczy wyższe uczelnie są samodzielne i autonomiczne niemal całkowicie. Wyjątek stanowią tytuły profesorskie i mianowanie na profesora zwyczajnego, ale to akurat dobry wyjątek, bo w tej mierze jest niezbędna jakaś forma kontroli nad zróżnicowanymi przecież pod względem poziomu uczelniami. A jednocześnie wyższe uczelnie są całkowicie uzależnione od państwa.

Ich budżet podstawowy pochodzi od państwa, ale także ich budżet pozyskany nie od państwa, a od płacących za różne formy studiów studentów, także zależy od widzimisię państwa, gdyż cała zarobkowa działalność opiera się na dyskusyjnym fragmenciku konstytucji, głoszącym, że nauczanie wyższe w Polsce jest bezpłatne z wyjątkiem niektórych usług edukacyjnych. Ponadto władze finansowe mogą różnie interpretować fakt, że część dochodów pracowników wyższych uczelni to dochody z honorariów opodatkowane znacznie niżej. Czyli zależność od państwa jest całkowita, a samodzielność minimalna.

Identycznie jest z samorządem lokalnym, szpitalami i innym instytucjami służby zdrowia czy wreszcie szkołami. Samorządność tak, ale tylko teoretyczna, praktyczna zaś, czyli finansowa - nie. Nie dziwię się zatem ani trochę, kiedy słyszę absurdalne w zasadzie informacje, że znany szpital może zbankrutować lub nie ma już pieniędzy na podstawowe zabiegi, a szkołom samorząd nie daje pieniędzy na ustawowe premie lub trzynastki. Przecież, pada argument, wszystko to obciążyłoby budżet, w którym jest pusto.

Czyż nie byłoby i bardziej przyzwoicie, i bardziej skutecznie przyznać wszystkim samorządnym i zdecentralizowanym instytucjom pewien sensowny budżet i pozwolić im potem działać na własną rękę? Czyż nie ma już żadnego znaczenia fakt, że na ubezpieczenia zdrowotne płyną kolosalne sumy z pensji obywateli, którzy niemal nic nie dostają w zamian? I dlaczego władza nie chce się pozbyć tego ciężaru, jakim jest centralne sterowanie państwem?

Polska nie jest w tej mierze wyjątkiem. Trudne boje o decentralizację toczono we Francji i we Włoszech. Niewątpliwie tradycja ma tu pewien wpływ i takie państwo jak Niemcy, stworzone nie tak dawno z wielu państewek i potężnych Prus, łatwiej dało się rzeczywiście zdecentralizować, a tradycyjne państwa absolutystyczne trudniej (tu warto wymienić także przykład walk o lokalną autonomię toczonych w Hiszpanii). Jednak Polska ma właśnie tradycję decentralizacji (może nawet nadmiernej), więc nie ten argument wchodzi w grę. Moim zdaniem w grę wchodzi fakt, że każda partia czy koalicja, która obejmuje władzę, musi obsadzić odpowiednio dużo stanowisk, żeby dać pieniądze i inne atrybuty władzy tak zwanym "swoim". A ponadto władza scentralizowana jest silniejsza. Więc władze w Polsce, które przecież od co najmniej dziesięciu lat boją się wszelkiej odpowiedzialności, wolą symulować decentralizacje niż ją przeprowadzać naprawdę, a stanowi to jeszcze jeden dowód, że demokracji jeszcze (już?) nie mamy.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl