adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 32 (2822)
10 sierpnia 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



Decentralizacja po polsku

Marcin Król


Wśród warunków, jakie teoretycy demokracji stawiają tak zwanym "silnym demokracjom", jest decentralizacja władzy wykonawczej i w miarę możliwości sądowniczej. Decentralizacja władzy ustawodawczej jest możliwa tylko w państwie federalistycznym, a Polska do takich nie należy.

Od 1989 roku wszyscy: kolejne ekipy rządzące i - jednym chórem - wszyscy publicyści polityczni, a także eksperci w zakresie administracji i prawa administracyjnego, edukacji i służby zdrowia wypowiadali się nieustannie za decentralizacją. W zakresie gospodarki wydawało się to jeszcze bardziej oczywiste, bo przecież prywatyzacja majątku państwowego i przedsiębiorstw zarządzanych przez państwo (czyli na przykład przez skarb państwa lub przez wojewodów) jest automatycznie formą decentralizacji.

Decentralizacja jednak do dzisiaj ma we wszystkich dziedzinach, z wyjątkiem części gospodarki tej naprawdę prywatnej, taki sam przebieg, jaki znany mi jest doskonale na przykładzie wyższych uczelni. To znaczy wyższe uczelnie są samodzielne i autonomiczne niemal całkowicie. Wyjątek stanowią tytuły profesorskie i mianowanie na profesora zwyczajnego, ale to akurat dobry wyjątek, bo w tej mierze jest niezbędna jakaś forma kontroli nad zróżnicowanymi przecież pod względem poziomu uczelniami. A jednocześnie wyższe uczelnie są całkowicie uzależnione od państwa.

Ich budżet podstawowy pochodzi od państwa, ale także ich budżet pozyskany nie od państwa, a od płacących za różne formy studiów studentów, także zależy od widzimisię państwa, gdyż cała zarobkowa działalność opiera się na dyskusyjnym fragmenciku konstytucji, głoszącym, że nauczanie wyższe w Polsce jest bezpłatne z wyjątkiem niektórych usług edukacyjnych. Ponadto władze finansowe mogą różnie interpretować fakt, że część dochodów pracowników wyższych uczelni to dochody z honorariów opodatkowane znacznie niżej. Czyli zależność od państwa jest całkowita, a samodzielność minimalna.

Identycznie jest z samorządem lokalnym, szpitalami i innym instytucjami służby zdrowia czy wreszcie szkołami. Samorządność tak, ale tylko teoretyczna, praktyczna zaś, czyli finansowa - nie. Nie dziwię się zatem ani trochę, kiedy słyszę absurdalne w zasadzie informacje, że znany szpital może zbankrutować lub nie ma już pieniędzy na podstawowe zabiegi, a szkołom samorząd nie daje pieniędzy na ustawowe premie lub trzynastki. Przecież, pada argument, wszystko to obciążyłoby budżet, w którym jest pusto.

Czyż nie byłoby i bardziej przyzwoicie, i bardziej skutecznie przyznać wszystkim samorządnym i zdecentralizowanym instytucjom pewien sensowny budżet i pozwolić im potem działać na własną rękę? Czyż nie ma już żadnego znaczenia fakt, że na ubezpieczenia zdrowotne płyną kolosalne sumy z pensji obywateli, którzy niemal nic nie dostają w zamian? I dlaczego władza nie chce się pozbyć tego ciężaru, jakim jest centralne sterowanie państwem?

Polska nie jest w tej mierze wyjątkiem. Trudne boje o decentralizację toczono we Francji i we Włoszech. Niewątpliwie tradycja ma tu pewien wpływ i takie państwo jak Niemcy, stworzone nie tak dawno z wielu państewek i potężnych Prus, łatwiej dało się rzeczywiście zdecentralizować, a tradycyjne państwa absolutystyczne trudniej (tu warto wymienić także przykład walk o lokalną autonomię toczonych w Hiszpanii). Jednak Polska ma właśnie tradycję decentralizacji (może nawet nadmiernej), więc nie ten argument wchodzi w grę. Moim zdaniem w grę wchodzi fakt, że każda partia czy koalicja, która obejmuje władzę, musi obsadzić odpowiednio dużo stanowisk, żeby dać pieniądze i inne atrybuty władzy tak zwanym "swoim". A ponadto władza scentralizowana jest silniejsza. Więc władze w Polsce, które przecież od co najmniej dziesięciu lat boją się wszelkiej odpowiedzialności, wolą symulować decentralizacje niż ją przeprowadzać naprawdę, a stanowi to jeszcze jeden dowód, że demokracji jeszcze (już?) nie mamy.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny