dotb.gif

„TP”, Nr 31 (2821), 3 sierpnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2821/main04.php

Granice krytyki poczciwej

Wojciech Bonowicz


Przed dwoma tygodniami ("TP" nr 29/03)opublikowaliśmy tekst Zbigniewa Nosowskiego "Potrzeba sensownej krytyki Kościoła". Redaktor naczelny miesięcznika "Więź", odwołując się do zdania ks. Józefa Tischnera: "Sensowna krytyka Kościoła to taka krytyka, która wcześniej czy później musi stać się afirmacją Kościoła - musi przerodzić się w jego obronę", pokazał pułapki, które czyhają na krytyków i spróbował sformułować "dekalog sensownej krytyki Kościoła". Polemikę podjęła w poprzednim numerze Halina Bortnowska. Dziś głos Wojciecha Bonowicza, za tydzień - Jarosława Makowskiego.

Czuję się zobowiązany do zabrania głosu w sprawie tekstu Zbigniewa Nosowskiego o "Potrzebie sensownej krytyki Kościoła". Kiedy Autor zaprezentował ów tekst podczas tegorocznych Dni Tischnerowskich, sala przyjęła go gromkimi oklaskami. Ale ja byłem trochę wkurzony, więc wstałem i powiedziałem, że gdyby zastosować zaproponowany przez Nosowskiego dekalog krytyki Kościoła, to... nie byłoby Tischnera.

I dodałem: "Zbyszku, sam wiesz, że czasem w krytyce trzeba być ostrym, i trzeba uogólniać, a nawet trzeba być niesprawiedliwym. Niekiedy jakaś sprawa tak nabrzmieje, że tylko zdecydowane cięcie jest w stanie uzdrowić sytuację. To jest dekalog poczciwej krytyki Kościoła. Ale czasem trzeba być mniej poczciwym".

Nie wiem, czy Autor zrozumiał moją polemikę, w każdym razie jest okazja, żeby wrócić do problemu. Teraz, po przeczytaniu tekstu, wiem już, że wkurzył mnie nie tyle sam zaproponowany dekalog krytyki, ile raczej ogólny ton wystąpienia. Redaktor naczelny "Więzi" starał się ustalić warunki twórczej krytyki Kościoła. Ale tego właściwie nie da się zrobić. Krytyka - każda krytyka - stanowi nieodzowny element społecznego dialogu. A warunki dialogu ustala się w... dialogu. Mówiąc bardzo ogólnie: są sytuacje czy zjawiska, wobec których trzeba działać i występować śmielej; wtedy najbardziej twórcze może się okazać to, co niepoprawne, i co wydaje się bezsensowne, a to, co pokorne i cierpliwie rozróżniające, może przebić się do społecznej świadomości dopiero w ślad za tym pierwszym, śmiałym gestem czy słowem.

Rzecz jasna, bardzo trudno określić z góry, które sytuacje, i które zjawiska wymagać mogą takiej interwencji. Czujemy, że "coś jest w powietrzu" albo że "coś tu nie gra" - i nagle znajduje się ktoś, kto nazwie te nasze niepokoje po imieniu. Wtedy dostaje społeczne przyzwolenie (oczywiście nie całego społeczeństwa, bo to przecież nie monolit) na tego rodzaju krytykę. Tak właśnie działał ks. Tischner, zresztą bynajmniej nie tylko - i nie przede wszystkim - w sprawach dotyczących Kościoła.

Można robić rozmaite założenia, ale rzecz - w moim odczuciu - wygląda bardzo prosto: ludzie mają prawo mówić i pisać o takim obliczu Kościoła, jakie widzą. Jeśli robią to z dobrą wolą, jeśli wskazują na fakty i szczerze mówią, dlaczego tak a nie inaczej te fakty interpretują, nie ma powodu nakładać na nich dodatkowych ograniczeń. Jako członkowie Kościoła musimy być (tu sparafrazuję tytuł znanego szkicu ks. Tischnera) przygotowani do każdej rozmowy na jego temat - nawet tej, która odbywa się nie na naszych warunkach. Nie dlatego zresztą, że jesteśmy tacy dobrzy, otwarci i każdego kochamy, ale dlatego po prostu, że inaczej nie wypada.

Uprzedzę w tym miejscu jeden zarzut, którego spodziewam się od części czytelników (ale bynajmniej nie od Nosowskiego): że pisząc tak, jak piszę, pozwalam, by Kościół był traktowany na równi z innymi instytucjami. A przecież nie jest taką samą instytucją jak inne i ci, którzy chcą zabierać głos na jego temat, powinni brać to pod uwagę. Co jednak zrobić, jeśli komuś Kościół ukazuje się właśnie jako jeszcze jedna rzeczywistość ziemska, ani lepsza, ani gorsza od innych? Co zrobić z tymi, którzy nie potrafią w nim dosłyszeć głosu Transcendencji? Obrazić się na nich? Zignorować? Odmówić prawa do wypowiadania się na jego temat? Ale w imię czego? Bo ktoś z nas nie dał dostatecznie czytelnego świadectwa, czym nasz Kościół jest naprawdę?

Oczywiście świat krytyki jako takiej rządzi się rozmaitymi prawami i nie wszystkie z nich muszą nam być miłe. Za dobrego polemistę uchodzi na przykład ten, po kim "nie trzeba poprawiać", kto wdepcze przeciwnika w ziemię. Rozumiem, że to kwestia temperamentu, ale w moim przekonaniu w takich sytuacjach razem z wdeptanym znika też pod ziemią jakaś cząstka prawdy. Nie lubię więc - podobnie jak Nosowski - ostrych, osobistych ataków. Ale byłbym za tym, żeby tak całkiem tej ostrości z naszej rozmowy o Kościele nie rugować. Bo ostre sądy, jeżeli nie są tylko osobistymi "wycieczkami", często - powtórzę - działają trzeźwiąco. A im większym autorytetem cieszy się osoba, która je wypowiada, tym większa szansa, że słowa krytyki zapadną głębiej.

Podam przykład bliski, jak sądzę, nam obu - prof. Stefana Swieżawskiego (którego Nosowski zresztą cytuje). Oj, zdarza się, że Profesor przywali tak, że nawet w "Więzi" się oburzą... Opublikowane niedawno listy Profesora do Jana Pawła II (w tomie "Pełny wymiar") to - obok świadectwa miłości i podziwu - także bardzo surowa krytyka polskiego katolicyzmu lat 80. i 90.: odchodzenia od soborowego dziedzictwa, od idei Kościoła służebnego, w stronę Kościoła "bogatego i władczego". "Im bardziej postępuję w latach, tym bardziej kocham Kościół, to wspaniałe dzieło Ducha Świętego, ale też coraz bardziej staję się antyklerykałem - pisał w październiku 1989 roku ten wybitny znawca św. Tomasza. - Odnosi się wrażenie, że księża i zakonnicy oraz zakonnice są wychowywani w strachu: boją się swoich wychowawców, a potem swoich przełożonych, a także wzajemnie, "aby się nie wychylić". Brak otwarcia wobec każdego człowieka; brak zrozumienia w praktyce, że i w Polsce są nie tylko katolicy, że są inne wyznania i liczni niewierzący, których trzeba może bardziej kochać i ochraniać niż tzw. przekonanych katolików".

Jest w tych listach więcej takich surowych sądów i ostrych sformułowań, są - by nawiązać do dekalogu sformułowanego przez Nosowskiego - uogólnienia i uproszczenia, jest pokorna forma, ale bardzo niepokorna treść. Wiem, że szereg osób było zszokowanych tą bezpośredniością, z jaką Profesor pisze do Papieża o swoich obserwacjach. Tym większa wdzięczność należy się tym, którzy wyrazili zgodę na opublikowanie książki... To nie jest z całą pewnością pusta krytyka - to krytyka, która posuwa sprawy naprzód. Być może te gorzkie prawdy, których nie chciano przyjąć od Tischnera, zostaną przez niektórych przyjęte od Swieżawskiego.

Krytyki Kościoła jest zresztą w dzisiejszej Polsce bardzo mało. Odkąd hierarchia wycofała się z wpływania na życie polityczne, media przestały się w zasadzie interesować głosem Kościoła (a także jego oponentów). Rodzi to rozmaite konsekwencje, w tym i tę, że zwykłe opublikowanie informacji - jak choćby tej, że biskup spowodował wypadek samochodowy albo że jakiś ksiądz zdefraudował powierzone mu pieniądze - traktuje się wciąż jako rodzaj zamaskowanej krytyki duchowieństwa. (O tych, którym samo zestawienie słów "krytyka" i "Kościół" już wydaje się obrazoburcze, nawet nie wspomnę.) Z drugiej strony - nagłaśnia się głupawe wypowiedzi polityków, którzy nastroje antyklerykalne (lub anty- -anty) próbują wykorzystywać do partyjnych celów. Łatwo zaobserwować, że niemal każda rozmowa o Kościele bardzo szybko się upolitycznia. Ale krytyki z prawdziwego zdarzenia nie ma wiele, a jeżeli nawet się pojawia, nie może liczyć na szeroki rezonans. O wiele większą publiczność (co skądinąd godne uwagi a wciąż słabo opisane) mają ci, którzy Kościół bezpardonowo atakują - jak pisma "Nie" czy "Fakty i Mity".

Przykro to powiedzieć, ale poważna krytyka Kościoła - poza nielicznymi wyjątkami - płynie dziś głównie z wnętrza samego Kościoła, a i to dość wąską strugą. Kto jednak - pisał ks. Tischner - "zna historię Kościoła i historię jego wewnętrznych reform, ten łatwo spostrzeże, że nasza dzisiejsza samokrytyka wygląda na tle tamtej jak nieśmiałe brzęczenie much". I tak to jest.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl