dotb.gif

„TP”, Nr 31 (2821), 3 sierpnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2821/main02.php

Cena dobrego urzędnika

Krzysztof Burnetko


Poseł SLD Andrzej Brachmański (szef sejmowej komisji administracji) ogłosił właśnie, że można by zawiesić konkursy na wyższe stanowiska urzędnicze w państwie. To dalszy ciąg odwiecznej wojny o łatwiejszy dostęp do posad dla partyjnego towarzystwa kolesiów. Wojny, której koszty ponoszą tak wszyscy petenci urzędów, jak państwo - choćby w postaci błędnych decyzji niekompetentnych urzędników i straconych w efekcie pieniędzy oraz słabnącego prestiżu.

Kilka innych przykładów z paru ostatnich tylko dni:

Przedstawiciele Komisji Europejskiej ostrzegają, że Warszawa może stracić zasadniczą część z 12, 5 mld euro tzw. pomocy strukturalnej przewidzianej przez Brukselę - powodem są opóźnienia w przygotowaniach do przyjęcia pomocy, wynikające m.in. ze słabości polskiej administracji. Komisja - co jest rzadkością - z nazwy wymieniła Ministerstwo Infrastruktury, które odpowiedzialne jest za spożytkowanie ok. 1/3 środków przyznanych Polsce przez UE, a tymczasem - w ocenie Komisji - "zdaje się niejako samo wyłączać z procesu przygotowań do wykorzystania pomocy strukturalnej".

Przesłuchania przed sejmową komisją śledczą do zbadania afery Rywina wykazują, że wysocy urzędnicy Ministerstwa Kultury i Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji najprawdopodobniej manipulują na życzenie swoich politycznych szefów tekstem projektu ustawy kluczowej dla kształtu rodzimych mediów elektronicznych i - co ważniejsze - wolności słowa w III RP. Urząd Zamówień Publicznych ogłasza raport o naruszaniu przez urzędników wszystkich szczebli reguł obowiązujących przy przeprowadzaniu przetargów na kontrakty opłacane z budżetów państwowych bądź samorządowych: okazuje się, że urzędnicy odpowiedzialni za przetargi nie tylko wymyślają coraz to nowe sposoby obejścia prawa, ale i czują się praktycznie bezkarni, bo sankcje to najczęściej pouczenie, nagana bądź upomnienie. Równocześnie niemal połowa postępowań kontrolnych wszczętych przez Urząd ujawnia nieprawidłowości przy przetargach, a co dziesiąta kontrola wydatków gmin prowadzona przez izby obrachunkowe kończy się zawiadomieniem o naruszeniu dyscypliny finansów publicznych. Prócz tego pozostaje bliżej nieznana szara strefa: dochodzi do tego, że nawet firmy w oczywisty, zdawałoby się, sposób pokrzywdzone przy przetargach nie skarżą się na urzędników w obawie przed szykanami w przyszłości.

Kumulacja takich sygnałów w ciągu niespełna dwóch tygodni zatrważa. Dowodzi bowiem stanu administracji publicznej III RP - i to tak samorządowej, jak rządowej. Równocześnie każdy z tych przypadków obrazuje też inne niebezpieczeństwa. Pierwszy: straty, jakie mogą przynieść państwu, a w efekcie i jego obywatelom, zaniedbania w tworzeniu sprawnego aparatu urzędniczego. Chodzi zarówno o wizerunek Polski, jak o wymierne pieniądze. Wizerunek: bo stan administracji - a zwłaszcza służby cywilnej, czyli w ideale neutralnego politycznie korpusu kompetentnych urzędników - traktowany jest w Unii Europejskiej jako jeden z głównych mierników rzeczywistego funkcjonowania demokracji (zwracał na to niedawno uwagę w "TP" [24//03] Cezary Lewanowicz). Pieniądze: bo to od profesjonalizmu administracji w dużej mierze zależy zdobywanie i wydawanie środków publicznych. Za niekompetencję (choćby właśnie w przygotowywaniu wniosków o fundusze pomocowe z Unii Europejskiej) bądź wszelkiego rodzaju nadużycia urzędników zapłaci w efekcie - to banał, który w Polsce wciąż nie może przebić się do powszechnej świadomości - każdy podatnik. Na dodatek wkrótce dojdzie do prawdziwego przełomu: przygotowywana nowelizacja kodeksu cywilnego przewiduje przyznanie każdemu prawa do wynagrodzenia szkody, jaką poniósł wskutek niezgodnego z prawem działania organów władzy publicznej (chodzi przy tym zarówno o naruszenie prawa przez urzędników, jak o ich bezczynność). Zasadnie wzmocni to pozycję obywatela wobec z natury silniejszego aparatu administracyjnego, ale też nie sposób oszacować, jaka będzie skala wynikających z odszkodowań obciążeń dla państwa, powstałych w efekcie wpadek bądź nieuczciwości jego funkcjonariuszy.

Przykład drugi obrazuje najgroźniejszą dziś chorobę polskiej administracji - jej upolitycznienie. Administracja - a zwłaszcza służba cywilna - stanowi bowiem rodzaj systemu naczyń połączonych i wszelkie odstępstwa od reguł (czy to wynikających z przepisów prawa, czy też dobrych obyczajów) momentalnie odbijają się na jakości jej pracy. Tymczasem w III RP tradycją kolejnych ekip rządzących stało się obsadzanie kluczowych stanowisk urzędniczych - tak na szczeblu rządowym, jak samorządów - ludźmi z klucza partyjnego bądź towarzyskiego bez względu na ich przygotowanie i predyspozycje do pełnienia takich funkcji. Skutkiem stosowania takiej selekcji negatywnej (kumoterstwo wyklucza przecież konkurencję) jest - poza niekompetencją - polityczna dyspozycyjność (za nominację trzeba się przecież zrewanżować). W efekcie gangrena obejmuje coraz to niższe szczeble aparatu państwa - i w ten sposób polityzację administracji odczuwa każdy, który ma nieszczęście być petentem w urzędzie.

Przykład trzeci wreszcie symbolizuje związek między kondycją administracji a jednym z najdotkliwszych dziś problemów III RP: wszechobecną korupcją i związanym z nią brakiem zaufania obywateli do swojego państwa. Nie bez przyczyny przecież wedle sondaży CBOS z lutego b.r. jedynie 7 proc. badanych Polaków deklaruje wiarę w uczciwość urzędników państwowych, a aż 90 proc. uważa, że w urzędach państwowych panuje nepotyzm i kumoterstwo. Równocześnie śladowa jest świadomość znaczenia, jakie w ograniczaniu tych zjawisk może mieć prawidłowo funkcjonująca służba cywilna. Tymczasem powstała w ramach reform Williama Pitta w Anglii na przełomie XVIII i XIX w. idea stworzenia korpusu niepodatnych na polityczne naciski, lecz służących kolejnym ekipom rządowym niezależnie od ich orientacji profesjonalnych urzędników, okazała się skuteczną odpowiedzią na korupcję i klientelizm w państwie.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl