dotb.gif

„TP”, Nr 31 (2821), 3 sierpnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2821/main01.php

Prasa i telewizja wobec interesu publicznego, czyli

Jak nie być organem

Ernest Skalski


"Wszystko, co mogę dla ciebie zrobić, to nikomu nie powiedzieć, z czym tu przyszedłeś. I zapomnijmy o tym". Ostatnie zdanie mogłoby również brzmieć: "S... i nie pokazuj mi się na oczy!" Taka reakcja na niegodziwą propozycję ze strony znajomego byłaby zdaniem niektórych lepsza niż nagłośnienie sprawy. Nie byłoby wówczas gorszącego skandalu. Faktycznie. Tyle że obowiązywałaby już ustawa o radiu i telewizji, którą premier w końcu wycofał spod obrad Sejmu.

Ustawa, którą przemiennie nazywają medialną, czy zgoła: o ładzie medialnym. Określenie jest tu o tyle istotne, że ustawa regulująca funkcjonowanie radia i telewizji ograniczała dostęp mediów drukowanych do telewizji. Byłby to więc jednocześnie akt regulujący obszar znajdujący się pod rządami ustawy o prawie prasowym.

Równolegle z rozregulowanym rynkiem radia i telewizji funkcjonuje rynek prasowy. Każdy, kto ma pomysł i pieniądze, może na nim wydawać pismo. Jakie chce i zamieszczać w nim, co chce. Pomysły weryfikuje rynek. Pisma powstają i upadają. Za łamanie prawa i naruszenie czyichś dóbr osobistych wydawcom i dziennikarzom grozi odpowiedzialność karna i cywilna. Co by komu szkodziło, gdyby obok wolności prasy istniała wolność radia i telewizji? Oczywiście szkodziłoby tym, którzy je kontrolują i próbują na różne sposoby rozciągnąć kontrolę na prasę.

Ustawa prasowa, jeszcze PRL-owskiej proweniencji, znowelizowana w III RP zupełnie dobrze służy nam do dzisiaj. W każdym razie jest lepsza od wszystkich projektów prawa prasowego, które w ostatnich latach przedstawiano i które udało się torpedować zgodnym wysiłkiem konkurujących ze sobą na co dzień wydawców. Regulując kwestię sprostowań, wchodzi ona na obszar radia i telewizji. Nie ma niczego złego, jeśli jakiś problem jest jednocześnie w sposób niesprzeczny regulowany przez więcej niż jeden akt prawny. Ważny jest rodzaj regulacji. Projekt kontrowersyjnej ustawy o radiofonii i telewizji godził jednak także w interesy prasy. Dość teoretyczne na razie, ale można się było obawiać, że był to początek ofensywy na większą skalę: w interesie klasy politycznej, ze szkodą dla kontrolnej funkcji prasy w społeczeństwie. Ta funkcja bowiem coraz bardziej doskwiera; przeszkadza rządzić. Mamy NIK, prokuraturę, niezliczone inspekcje, lecz większość afer jest wykrywana i nagłaśniana przez kilka gazet.

Dochód znaczy wolność

Atak na nie, taki jak w tej ustawie, trudny jest do odparcia, gdyż prowadzi się go pod chwytliwym hasłem. Na słowo "cenzura" reakcja społeczna jest szybka i jednoznaczna, prasa broniąca wolności słowa, może liczyć na szerokie poparcie, natomiast obrona jej interesów ekonomicznych jest odbierana jako coś niestosownego. "Aha, tu przecież chodzi o pieniądze". Reagują tak nawet ludzie, którzy - zdawałoby się - powinni rozumieć, jaki jest związek między wolnością wypowiedzi i wolnością ekonomiczną.

Dla Sprawy, w Polsce, wypadało poświęcać majątek, zdrowie i życie. Zaś zarabiać, w naszej tradycji, można było na produkcji butów czy prowadzeniu sklepu. Z tym, że aktywność gospodarcza była przeważnie traktowana jako coś nie tak wzniosłego jak walka o wartości. Coś z tego zostało do dziś. Przykładowo: prof. Janusz Reykowski chwaląc "Gazetę Wyborczą" na jej łamach, ma jednocześnie za złe, że "zostały kompletnie splątane dwa różne wątki: z jednej strony interes publiczny, jakim jest wolność mediów, z drugiej interes grupowy, jakim są cele spółki "Agora" wydającej "GW"".

Jakże jednak zachować wolność "GW", "Rzeczpospolitej", "Super Expressu", "Życia Warszawy" i innych pism bez ochrony ich interesów, określanych jako grupowe? O jakie zresztą grupy tu chodzi? Właśnie o te gazety, o ich redakcje i wydawnictwa. Konfuzja wywołana przez połączenie interesu i misji na początku istnienia "GW" nieobca była nawet jej ojcom założycielom. Podobnie odczuwano w przepoczwarzającej się, pod redakcją Darka Fikusa, "Rzeczpospolitej".

W redakcji "GW" pewną niezręczność czuliśmy do końca 1989 r. Potem, gdy nastał rynek, trzeba było myśleć o tym, za co "GW" ma istnieć i się rozwijać. Bo w demokracji i gospodarce rynkowej medium, już nawet nie, aby być czwartą władzą, lecz aby uniknąć wszelkiej zewnętrznej zależności i swobodnie się wypowiadać, musi być firmą komercyjną i dochodową. Inaczej może być tylko czyimś organem. Ważne więc, by dla właściciela działalność medialna była jedyną, lub choćby główną, formą obecności na rynku. Bo medium, nawet w rękach prywatnych, nawet gdy przynosi dochód, może nie być niezależne, jeśli jest własnością banku, kompanii naftowej, wielkiej spółki informatycznej czy innego rekina mającego poważne interesy w życiu publicznym. Dowodem Rosja, gdzie media należały do oligarchów, dla których stanowiły, kosztowne niekiedy, narzędzie propagandy, a nie źródło dochodów. Albo też są one finansowane z pieniędzy państwowych, przez władze lokalne i centralne. Więc to chyba w porządku, że krytykowany przez prof. Reykowskiego: "interes grupowy, jakim są cele spółki "Agora" wydającej "GW"" - podobnie jak interesy innych firm medialnych - idzie w parze z interesem publicznym, polegającym na istnieniu wolności słowa. Wykorzystywanie jej dla głoszenia poglądów władza, jak dotąd, toleruje dość dobrze, nawet gdy poglądy są wobec niej krytyczne. Gorzej jest z faktami, do których prasa dociera. Przy czym w ostatnich czasach coraz częściej i sprawniej. Szczególnie chodzi o afery ukazywane przez dziennikarstwo śledcze.

Jest to drogi i trudny kawałek chleba. Z reguły grupa dobrych dziennikarzy musi długo i mozolnie pracować. Trzeba nie tylko zbierać fakty, lecz również dowody, dokumenty i zeznania świadków, gotowych powtórzyć je w sądzie. Co zresztą nie zawsze się sprawdza; ludzie się nieraz załamują. Publikacja często pociąga za sobą proces, w którym ciężar dowodu spoczywa na dziennikarzu i gazecie. Nieraz można nawet udowodnić fakty, a przegrać proces cywilny o naruszenie dóbr osobistych powoda. Często sądy, przenosząc bez zmian praktykę z klasycznych procesów cywilnych, zabezpieczają interes powoda w ten sposób, że zakazują publikacji na dany temat aż do wydania wyroku, co może nastąpić po latach. Jest to faktycznie stosowanie cenzury, skądinąd zakazanej w III RP.

Wielką pomocą okazał się wyrok Sądu Najwyższego w sprawie nieistniejącego już "Życia", które nie udowodniło, iż pisało prawdę o Aleksandrze Kwaśniewskim, w teście "Wakacje z agentem". Aleksander Kwaśniewski uzyskał należną satysfakcję, a dziennikarze uniknęli kary, gdyż wykazali należytą staranność, działając w interesie publicznym. Wbrew pozorom, nie jest to furtka otwierająca drogę do bezkarnych pomówień. Owa "należyta staranność" to nie abstrakcja, lecz rzecz do udowodnienia przed sądem. Zawsze istniejąca możliwość popełnienia błędu nie powinna odstręczać od podejmowania starań, a za pochopność i nierzetelność czeka kara.

Tak czy inaczej, dziennikarstwo śledcze, czy jeszcze lepiej: kontrolne, wymaga pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy. Nie chodzi tylko o koszty samego zbierania materiału. Potrzebna jest mocna pozycja ekonomiczna wydawcy, aby mógł się on oprzeć naciskom. Często również ze strony wielkich reklamodawców. Trzeba mieć możliwość wytrzymania bojkotu z ich strony lub tak mocno stać na rynku reklam, aby to dającemu je nie opłacało się wycofać ich z poczytnej gazety, nawet gdy jest z nią w konflikcie.

Ważny i trafny materiał demaskatorski opłaca się, oczywiście, gazecie. Nie ma on specjalnego przełożenia na sukces finansowy. Nawet podniesienie nakładu pociąga z sobą wzrost wydatków na papier i druk - najważniejsze pozycje w kosztach. Liczy się prestiż pisma, skutki finansowe przychodzą, lub nie, później. Publikacje tego rodzaju liczą się natomiast coraz bardziej w opinii publicznej. Nadal istnieje przekonanie: złodziej na złodzieju, wszyscy kradną, popiszą, popiszą i nic się nikomu nie stanie. Ale stopniowe gromadzenie takich faktów prowadzi do wyczerpania cierpliwości społecznej, zmusza władze do reakcji. Włochy pokazały, że może dojść do przełomu. Lecz zagrożeni przystępują do obrony: w najskuteczniejszy sposób - przez atak.

Tak chyba można zinterpretować to, co się działo wokół ustawy o radiofonii i telewizji przez ostatnie półtora roku.

Stan interesów

Interes polityczny grupy sprawującej władzę polega przede wszystkim na władaniu pierwszym programem TVP, a w szczególności, "Wiadomościami". Nie chodzi o trafność argumentów i docieranie z nimi do większości odbiorców, lecz głównie o częstotliwość, czas i miejsce pokazywania promowanych polityków i sugestywnych obrazków. Wszystko inne jest mniej ważne.

Równolegle owa "grupa" zauważa możność zrobienia dobrego interesu na mediach. Stąd pomysł ukierunkowanej prywatyzacji drugiego programu. Równoległa kontrola nad prywatnymi stacjami radiowymi i telewizyjnymi pozwala wyperswadować nadawcom głoszenie treści, które mogłyby być niewygodne dla rządzących i liczyć na lewe dochody. Zygmunt Solorz powiedział kiedyś, że nie może liczyć na poważną transakcję z udziałem swego Polsatu, jeśli nie ma stuprocentowej pewności, że w następnym roku będzie miał przedłużoną koncesję na nadawanie. Co więc mają mówić właściciele niewielkich stacji radiowych, którymi Włodzimierz Czarzasty dyryguje jak chce. Nie słyszało się jeszcze o bezpośredniej łapówce za koncesję, ale bez wstydu podsuwano w charakterze współudziałowców czy partnerów firmy, z którymi decydent jest związany. Prasa nie jest traktowana jak obszar, na którym ludzie władzy mogą zarobić, ale jako coraz groźniejszy przeciwnik. Łatwo sobie wyobrazić, jak groźna by była niezależna, mocna ekonomicznie gazeta, związana z dużą telewizją, trudno poddającą się kontroli, a władającą właściwą temu gatunkowi dziennikarstwa siłą sugestii.

Można się więc obawiać, że Adam Halber, po zakończeniu kadencji w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji, powróci do prób ujarzmienia prasy. W 1994 r. wystąpił jako pomysłodawca Rady Prasowej, odpowiednika KRRiT, która tak samo byłaby ustanawiana przez Sejm, Senat i prezydenta. Jej zadaniem byłaby ocena rzetelności prasy i przedstawianych w niej wartości. Przyjmowałaby i rozpatrywała skargi na czasopisma. Pomysł lewicowego posła podtrzymywał prawicowy polityk Ryszard Czarnecki z ZChN i prawicowy publicysta Maciej Łętowski z pisma "Ład". Organizacje wydawców i dziennikarzy były przeciw pomysłowi instytucji ograniczającej wolność słowa w prasie.

W następnym roku Halber popierał projekt nowego prawa prasowego, opracowany przez prof. Bogdana Michalskiego, prasoznawcę. Niesłychanie restrykcyjny projekt ponawiał propozycję powołania Rady Prasowej, która m.in. prowadziłaby rejestr dziennikarzy. Dziennikarstwo miało być zawodem zamkniętym, dostęp doń zawarowany licznymi barierami. Wykształcenie, specjalistyczny egzamin, okres kandydacki, najrozmaitsze kary, łącznie z usunięciem z zawodu, co byłoby uzurpowaniem sobie uprawnień sądu. Specjalnym wymaganiom miał podlegać redaktor naczelny, którego obowiązywałby dziesięcioletni staż. Prawo ingerowałoby w strukturę i tryb pracy redakcji, regulowałoby stosunki własnościowe. Wprowadzenie ograniczenia własności zagranicznej w prasie, jak to ma miejsce w radiu i telewizji, oznaczałoby ruinę i zamknięcie wielu, jeśli nie większości gazet w Polsce. Byłoby to więc ograniczenie wolności słowa oraz wolności gospodarczej.

Teraz, kiedy upadł, przynajmniej na jakiś czas, pomysł zawarty w zatrzymanej ustawie o radiofonii, władza może ponownie sięgnąć po inne narzędzia. Skrajna, agresywna wersja ładu medialnego SLD, lansowana przez Włodzimierza Czarzastego, chyba nie ma szans w najbliższej przyszłości. Na pierwszy plan wysuwa się łagodna wersja Danuty Waniek, ale nadal trzeba się starać o równouprawnienie na rynku mediów prywatnych w stosunku do publicznych, praktycznie partyjnych i rządowych. O ograniczenie, jeśli już nie o zniesienie, kurateli ze strony politycznej instancji, jaką jest KRRiT. Władza w Polsce jest największym przedsiębiorcą telewizyjnym i radiowym, który z jednej strony zmusza podatników do płacenia dodatkowej daniny - abonamentu - na rzecz swojej firmy, a z drugiej - uzurpuje sobie prawo administracyjnego ograniczania swego konkurenta, jakim są prywatne media.

Znowu mówimy o radiu i telewizji, ale już wiemy, że żadne medium nie może się czuć pewne, gdy wszystkie nie są prawdziwie wolne.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl