dotb.gif

„TP”, Nr 31 (2821), 3 sierpnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2821/kultura02.php

Niki de Saint Phalle (1930-2002) w krakowskim Muzeum Narodowym

Drzewo życia

Agnieszka Sabor


"Sztuka kobieca" nie musi szufladkować jakościowo ani ideologicznie. Prezentowane niedawno w Zachęcie dzieło Louise Bourgois wydaje się intelektualne i nieco surowe. Niki de Saint Phalle posługuje się raczej emocją i intuicją. Ale obydwie mówią o bogactwie kobiecego losu, bogactwie, którego najnowsze pokolenie feministek zdaje się nie zauważać.

Kluczem do twórczości jednej z najoryginalniejszych artystek XX wieku może być serigrafia z 1987 roku, zatytułowana "Drzewo życia". Rozłożyste drzewo dzieli się na dwie części. Pierwsza, bajecznie kolorowa, obrośnięta jest liśćmi-słowami: "radość", "sztuka", "słońce", "miłość". Drugą, pogrążoną w czerniach i szarościach, wypełniają inne: "śmierć", "głód", "ból", "nienawiść". Z dziupli wyłania się mężczyzna. Z jego oczu płyną rzęsiste łzy. Ale wśród zwojów pnia dostrzec można jeszcze jedną postać - wspierającą opadające konary kobietę.

Doświadczenie podwójności kobiecej egzystencji - balansowania między bogactwem a biedą, szczęściem a nieszczęściem, nadzieją a rozpaczą - towarzyszyło Niki de Saint Phalle przez całe życie. Wtedy, gdy jako trzyletnia Catherine Marie-Agnčs dołączyła do rodziców, którzy wyjechali z Francji do Ameryki, bo po krachu na giełdzie w 1929 roku zbankrutował rodzinny bank. Gdy już jako Niki, osiemnastoletnia modelka znana z okładek "Vogue" czy "Life", brała potajemny ślub z pisarzem Harrym Mathewsem. Gdy rodziły im się dzieci, Laura i Filip. Gdy przechodziła załamanie nerwowe. Gdy rozstawała się z mężem i poznawała rzeźbiarza Jeana Tinguely'ego, który odtąd miał jej towarzyszyć w życiu i w sztuce. Gdy na początku lat 60. urządzała pierwsze "sesje strzeleckie" - do pokrytych gipsem przedmiotów-asamblaży strzelano, a ukryte pod gipsem pojemniki z farbą rozpryskiwały się, dając nieoczekiwane efekty, które tak zachwyciły Nowych Realistów, że zaprosili ją, jako jedyną kobietę, do współpracy. Gdy projektowała dekoracje i kostiumy teatralne, biżuterię, domy, ogrody-rzeźby. Gdy pisała swój pierwszy dramat "Ja - wszystko o mnie" i scenariusz do filmu "Sen dłuższy od nocy". Gdy amerykańska firma Jacqueline Cachran proponowała jej stworzenie własnych perfum. Gdy w japońskim Nasu i francuskiej Nicei otwierano jej muzea. Gdy w wyniku wielu lat pracy z poliesterem zaczynała chorować na płuca. I gdy przed rokiem umierała przedwcześnie w San Diego.

Radość koloru

Podwójna - a przez to nieoczywista jak tarot, który stał się jedną z najważniejszych inspiracji Niki de Saint Phalle - jest jej sztuka, przedstawiona w Krakowie (a wcześniej w warszawskiej Zachęcie). Na wystawie zgromadzono 79 prac - 23 obrazy i rzeźby, a ponadto litografie i serigrafie.

Najpierw zwraca uwagę radosna dynamika czystego koloru, coraz wyraźniej ujawniająca się od końca lat 60. To ona sprawia, że automatycznie szukamy w tych pracach prostoty, naturalności, witalności, seksualności, lekkiego żartu. Patrzymy więc na poliesterową rzeźbę przedstawiającą krowę i człowieka czytającego gazetę. Zwierzę ma czerwone uszy i błękitne rogi, a jedna z racic wygląda jak bukiet jesiennego wrzosu. Na mlecznobiałej skórze oprócz czarnych łat pojawiają się jeszcze żyły oplatające serce, żołądek i wymiona. W porównaniu z czytającym człowiekiem zwykła krowa wydaje się monstrualnie wielkim potworem. Ale pasterz w garniturze i krawacie, pogrążony w lekturze, kompletnie zdaje się tego nie zauważać. Apoteozą witalności są rozpędzeni "Piłkarze" z 1994 roku: różnią się kolorem skóry (jeden jest czarnym blondynem, drugi przypomina Indianina, tyle że z reklamowych neonów Las Vegas), błyszczą skomplikowanymi, pełnymi kół, kwadratów i jakichś dziwnych zawijasów wzorami na spodenkach i koszulkach. I "Nany", cykl, który przyniósł Niki sławę. Jego nazwa wzięła się z żargonu paryskiego, w którym słowem tym określa się atrakcyjną kobietę. Trochę "kociak", a trochę "laleczka". Okazuje się jednak, że żywioł koloru, pozostawiając kokieterię, uwalnia od uległości. Każda "Nana" Niki de Saint Phalle jest pewna siebie, radosna, zatopiona w tajemniczym świecie kobiet, w którym możliwe jest nawet to, że serce znajdzie się po prawej stronie.

Czasem kolor ma naiwność odpustowego świecidełka udającego drogą biżuterię - jak wtedy, gdy słońce przypomina konfetti i niezorientowanym trzeba je pokazać wyraźną, czerwoną strzałką. Albo jak w wyobrażeniach nosorożców-złotych cielców: statecznych i nieruchawych, a przecież migotliwych i rozjaśnionych, co nadaje tym pracom jakiś nieokreślony, ale wyraźnie erotyczny podtekst. Nosorożce należą do bestiariusza Niki de Saint Phalle. Jej "Nanom" i "Pannom młodym" często towarzyszą latające smoki, skamieniałe koty, prążkowane jaszczury, sprężynowe węże z jednym okiem. Śmieszą, ale budzą też pewien niepokój. I to właśnie potwory zapowiadają drugą, dramatyczną stronę tej twórczości.

Czarna sukienka

Najwyraźniej widać to w mozaikowym dyptyku "Smok". "Pozytyw" bestii jest przedziwnym, bizantyjsko-afrykańskim połączeniem barw i form, w którym pojawiają się zarówno wielkie złote guzy na granatowym tle, jak skróty i deformacje kultowych masek. "Negatyw" to srebro, szarość czerń. Z tej tonacji wybija się tylko czerwień, przywołująca na myśl krwawiące, obolałe wnętrzności.

Bo śmierć i emocjonalna niezgoda na nią zdają się powracać w tej twórczości jak barokowe memento. I nie oswaja tego fakt, że czaszki pojawiają się w kolorowych rzeźbach jako atrybut miłości i, ustawione w równych rzędach, przypominają obowiązkowe "szlaczki" w uczniowskich zeszytach. Ani to, że na zegarach Niki de Saint Phalle godziny liczy się tylko od pierwszej do dziewiątej.

Najbardziej przeraża łatwa przyswajalność śmierci. Wśród licznych serigrafii-listów, pisanych przez artystkę słowem i obrazem, zwraca uwagę jedna, nosząca tytuł "Kochanie, co ze mną będzie, kiedy umrzesz?" (1968). Ta praca to swoisty "poradnik wdowy", która będzie płakać przez wiele miesięcy, kupi piękną czarną sukienkę, zbuduje fantastyczny nagrobek w hołdzie swojej miłości - a potem zapomni. Cynizm? A może właśnie wrażliwość.

Poliesterowa "Joséphine Baker" z 1999 roku różni się diametralnie od wcześniejszej, wełnianej "Wenus" z 1964. Nie wiadomo wcale, która z nich jest bardziej kobieca. Choć można pomyśleć, że w miarę upływu czasu coraz bardziej schorowana artystka zaczynała tęsknić za traconą pomału cielesną doskonałością młodości. Figura późniejsza - jędrna, gładka i kolorowa - cała pogrąża się w ruchu. Wcześniejsza pozostaje nieruchoma - zniszczona i zmęczona światem, który wczepił się w jej skórę w postaci szczątków zabawek, plastikowych kwiatów, kratek, jakie wkłada się zazwyczaj do kuchennego zlewu. Ale i w tej kobiecie nie ma niezgody. Raczej spokojna otwartość Ziemi.

Prehistoryczny idol

Bo jednocześnie każde z tych przedstawień Niki jest rodzajem totemu, prehistorycznego idola, podobnego do znajdywanych w całej Europie "Wener oryniackich". Stanowi kwintesencję kobiecości. Mówi o jej erotycznym wdzięku, który zamienia ciało w bukiet kwiatów. O macierzyństwie i opiekuńczości symbolizowanej wielkim, pulsującym sercem. O kobiecej solidarności, która na wiadomość o ciąży przyjaciółki każe odpowiedzieć podwójnym portretem: matki i ukrytego w jej łonie dziecka. Ale serce bywa też niespokojne i poranione, jak u "Bigotki". Zagracone monumentalnymi popiersiami, bezmyślnymi zakazami i nakazami, strachami i przestrogami, straciło całą urodę koloru. Czyżby tak bolesne były wspomnienia z czasów, kiedy jedenastoletnią Niki wydalono za niesubordynację ze szkoły zakonnej w Nowym Jorku?

Poradzić sobie trzeba nie tylko ze wspomnieniami, ale także z codziennym, zwykłym trudem. Jedna z serigrafii to obrazkowy list do Laury. Jak znaleźć w ciągu jednego dnia wystarczająco dużo czasu, by zdążyć ze wszystkim? Można rozpisać harmonogram: zabawa z dziećmi - przynajmniej cztery godziny, gotowanie (nawet jeśli pomaga mąż, którego nie można zostawić samego w kuchni) - półtorej godziny, sprzątanie - pół godziny, zakupy (znów z mężem) - tyle samo... I tak do wieczora. A trzeba jeszcze znaleźć kilka minut na gimnastykę, książkę i telefon do przyjaciół. Wielki jaszczur z zegarem zamiast serca ściga uciekającą kobietę.

To prawda, twórcza wolność wymaga wyrzeczeń i wysiłku. Na szczęście czasem wystarczy "Portret mojego kochanka" (1961) zredukowany do przybrudzonej koszuli, której kieszeń wypchana jest otwartą paczką papierosów, i zwykłej tarczy strzeleckiej, do której w chwili złości można strzelać lotkami. Bez nienawiści, irracjonalnego poszukiwania wroga. Raczej z przymrużeniem oka i zrozumieniem dla słabszej, ale jednak kochanej płci. Bo Niki de Saint Phalle ma odwagę naiwności.

"Niki de Saint Phalle", Muzeum Narodowe w Krakowie, wystawa prac ze zbiorów Musée d'Art Moderne et d'Art Contemporain w Nicei, 5 lipca - 31 sierpnia 2003.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl