adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 31 (2821)
3 sierpnia 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



Mord na dwustu partyzantach sprzed pół wieku ciągle owiany jest tajemnicą

Operacja "Lawina"

Anna Laszczka


Narodowe Siły Zbrojne ciągle wywołują kontrowersje wśród historyków. Jakkolwiek nie oceniać, wymordowanie oddziału NSZ jesienią 1946 przez komunistyczną bezpiekę było ludobójstwem. Czy wznowienie śledztwa przez IPN w sprawie akcji "Lawina" - taką nazwę nadano jej w latach 90. - pozwoli odpowiedzieć na pytanie, kto zabił i gdzie spoczywają ofiary?

"Żołnierze Armii Podziemnej! Nie damy się zwieść fałszywym i podstępnym głosom tych, co usiłują sprzedać Ojczyznę i naród bolszewizmowi. Wiemy dobrze o instrukcjach Moskwy do Bieruta i "osóbek", w jaki sposób drogą przyspieszonej ewolucji Polska ma się stać 17 republiką radziecką. Ślubujemy nie złożyć broni ani zaprzestać walki, dopóki horda bolszewicka nie pójdzie z naszego kraju, a wraz z nią wszyscy jej służalcy i hołdownicy" - to fragment rozkazu z jesieni 1945, wydanego przez szefa organizacyjnego Okręgu Śląskiego NSZ. Rozkaz odczytano pośród lasu żołnierzom oddziału NSZ, dowodzonego przez kapitana Henryka Flame (pseudonim "Bartek").

Henryk Flame, pseudonim "Bartek"


"Bartek" i "Lawina"

NSZ były jedną z większych organizacji konspiracyjnych w czasie II wojny światowej i w latach powojennych. Jej żołnierze walczyli przeciw Niemcom i Sowietom, a także wszystkim, którzy opowiadali się za nową władzą komunistyczną. "Bartek" był komendantem powiatu w rejonie Cieszyna, potem dowódcą zgrupowania w Okręgu Śląskim. W latach międzywojennych podoficer lotnictwa (prawdopodobnie mechanik samolotowy), po 1939 r. uciekł na Węgry, gdzie został internowany. W 1940 r. uciekł i wrócił do Polski; pracował na kolei. Do partyzantki trafił w 1944 r.

Po przejściu frontu został w 1945 r. na krótko komendantem posterunku milicji w Czechowicach. Groziło mu aresztowanie, uciekł znowu do lasu. Najpierw z 10 ludźmi, potem z 60; w najlepszym okresie było ich trzystu. Działali w powiatach bielskim i cieszyńskim. W 1946 r. "Bartek" prawdopodobnie awansował na kapitana.

Człowiek, który "zadecydował" o losie Henryka Flame, nosił pseudonim "Lawina", ale w istocie dowodził grupą pracowników Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, której zadaniem było nawiązanie kontaktu z oddziałem "Bartka". Przedstawiając się jako wysłannik sztabu Obszaru Zachodniego NSZ, funkcjonariusz UB zaczął namawiać "Bartka", aby zgodził się na przerzucenie jego żołnierzy na "ziemie odzyskane", a stamtąd do amerykańskiej strefy okupacyjnej w Niemczech. Podczas tej operacji bezpieka wymordowała być może nawet dwustu partyzantów NSZ.

Człowiek ukrywający się pod pseudonimem "Lawina" - od którego taką nazwę nadano w latach 90. całej akcji - nazywał się Henryk Wędrowski (lub Wendrowski).

W 1991 r. w Prokuraturze Wojewódzkiej w Opolu rozpoczęto dochodzenie "w sprawie masowego mordu, dokonanego jesienią 1946 na terenie Łambinowic [miasteczko na południe od Opola - red.] przez funkcjonariuszy byłego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego na około 200 osobach, należących do Zgrupowania "Bartka" Narodowych Sił Zbrojnych Podbeskidzia". Prokuratura uznała, że "zachodzi uzasadnione podejrzenie popełnienia zbrodni ludobójstwa".

"Przerzut" na Zachód

Mimo że wiele okoliczności sprawy do dziś jest niejasnych, przebieg wydarzeń z jesieni 1946 był mniej więcej następujący. W środowisku osób podejrzewanych przez władze o przynależność do NSZ pojawił się wywiadowca UB pseudonim "Grzegorz" (jego nazwisko do dziś nie zostało ujawnione). Wkrótce też w jego mieszkaniu doszło do spotkania komendantów NSZ i NOW [Narodowa Organizacja Wojskowa, organizacja o orientacji narodowej, w czasie wojny podporządkowana AK - red.] z bielskiego i cieszyńskiego.

Zanim dowódcy NSZ i NOW przybyli na miejsce, "Grzegorz" wpuścił do mieszkania funkcjonariusza UB, którego ukrył w szafie. Dzięki temu UB poznało przebieg narady. Jej uczestników aresztowano, a w strukturę Obszaru Zachodniego NSZ Urząd Bezpieczeństwa zdołał wprowadzić dwóch swych ludzi: "Lawinę" i "Kosowskiego". Ten drugi, używający także pseudonimu "Korzeń", nazywał się Czesław Krupowiec.

"Lawina" chwalił się przed "Bartkiem", że ma dobre kontakty z ludźmi nowej władzy z Katowic. Aby podbudować swą pozycję, informował o szykowanych przez UB zasadzkach, tak że oddział zawsze mógł wycofać się w bezpieczniejszy rejon. "Bartek" nie wiedział, że obławy te były pozorowane, jednak zagrożenie niepokoiło go.

Wtedy "Lawina" podsunął pomysł: zorganizuje przerzut oddziału na "ziemie odzyskane", a potem na Zachód. "Bartek" przystał na propozycję.

Dograno szczegóły i - jak pisał niejaki Jan Kantyka w książce "Na tropach Bartka, Mściciela i Zemsty" z 1984 r. -"w wyznaczonych miejscach i o ustalonej godzinie pojawiły się wojskowe samochody, które zabrały uzbrojonych"leśnych chłopców" i udały się na zachód. Podróż była krótka i bez przygód. Ku całkowitemu zaskoczeniu poszczególne grupy "wylądowały" w wyznaczonych miejscach, gdzie bez walki rozbrojono wszystkich. W ostatniej chwili zorientował się w sytuacji "Bartek" i zdołał zbiec. Mimo to akcję należy uznać za udaną, gdyż bez strat w ręce władz dostało się ok. 200 dobrze uzbrojonych członków groźnych band. Wszyscy stanęli przed sądem, otrzymali wyroki skracane przez kolejne amnestie".

W rzeczywistości nikt z aresztowanych nie stanął przed sądem: wszyscy zostali zamordowani. Flame, który nie jechał żadnym z transportów, do amnestii pozostał w lesie. Ujawnił się - i zginął w 1947 r., zastrzelony przez funkcjonariusza MO. W trakcie śledztwa w latach 90. znaleziono dokument sporządzony w 1962 r. w oparciu o materiały z 1946 r.: "Jedną z najbardziej udanych kombinacji operacyjnych organów Bezpieczeństwa Publicznego w celu zlikwidowania bandy NSZ "Bartka" było wprowadzenie w sierpniu 1946 r. pracowników organów w środowisko sztabu Obszaru NSZ w Gliwicach. (...) W wyniku udanej kombinacji zlikwidowanych zostało przez organa Bezpieczeństwa Publicznego ok. 200 członków NSZ (...)". To jedyny pisemny ślad, gdzie pada liczba zabitych.

Anna Szweda ("Anuszka"), łączniczka NSZ, zeznała w 1991 r.: "W tym czasie [jesienią 1946] mówiło się, że coś z tymi młodymi ludźmi należy zrobić, bo w kraju nasiliły się akcje mające na celu ich likwidację. "Lawina" i "Korzeń" również mówili o zorganizowaniu przerzutów ludzi "Bartka" na Zachód, z tym że formalnie przekazali "Bartkowi" rzekomy rozkaz dowództwa Okręgu o przeprowadzeniu tej akcji".

Potwierdzają to Stanisław Włoch ("Lis") i Antoni Biegun ("Sztubak"), którzy nie znaleźli się wtedy w podstawionych samochodach. Wspominają, że "Bartek" o losie żołnierzy dowiedział się od zbiegłego z transportu Andrzeja Bujaka: wrócił on do dowódcy i opowiedział o mordzie.

W 1991 r. Bujak zeznał, że samochody z NSZ-owcami zatrzymały się i umieszczono ich w niezamieszkałym budynku (na podłodze mieli słomę do spania). Gdy spali, do pomieszczeń wpadły granaty, wrzucone przez okna. Większość zginęła, a tych, którzy próbowali uciekać, zastrzelono. Bujak ukrył się na strychu, gdzie spędził dzień lub dwa, po czym - przekonawszy się, że zabójcy zniknęli - wrócił do "Bartka".

"Do kolejnych transportów po tym, co ujawnił Bujak, nie doszło, nie pojawił się [więcej] "Lawina" ani "Korzeń"" - zeznała w 1991 r. Aurelia Włoch, córka Stanisława (uniknął wtedy śmierci). Włoch latami zbierała informacje o tym wydarzeniu. Dla potrzeb śledztwa w 1993 r. odtajniono NSZ-owskie raporty "Lawiny", pisane między 9 sierpnia a 1 września 1946 r. (tajne zostały wówczas relacje z lipca i pierwszych dni sierpnia). W raporcie z 19-22 lipca Wendrowski pisał: "Przerzut odbędzie się grupami. Najpierw sprzęt, potem ludzie, którym w międzyczasie należy porobić zdjęcia i dokumenty". I dalej: "Opracowaliśmy terminy przerzutów. Przerzut rozpoczyna się 1 września i trwać będzie do 8 września, licząc po 2 maszyny co drugi dzień. Sprzęt pójdzie osobno. Do tego czasu dowódcy grup przygotowują najlepsze elementy tej grupy do drogi, ściągną zamelinowany sprzęt techniczny jak telefony, motocykle, aparaty wszelkiego rodzaju, a "Wichura" nawet radiostację. Przerzuty obejmą około 130 osób. Reszta ludzi pozostanie pod dowództwem wybranego przeze mnie człowieka, który będzie z nami w kontakcie i będzie wykonywał nasze zlecenia".

Akcję miał ubezpieczać oddział "Sztubaka". Biegun nie zgodził się jednak na przerzut swych ludzi. Po latach nie umiał wyjaśnić, dlaczego. Uratowało mu to życie.

Co wiedział "Lawina"?

Odnaleziony w archiwum UB plan zamordowania NSZ-owców ("Plan akcji likwidacji "B"") nie ma daty ani podpisu. Zawiera harmonogram transportów i wskazówki, jak postępować z partyzantami [pisownia za oryginałem]: "1.09.46 jedzie dwa samochody ciężarowe. (...) Po przyjeździe do Opolskiego "Jasiek" i "Emil" pozostają na punkcie, przyszykowują spanie i kolację dla nadjeżdżającej grupy "Bartka". (...) Broń z pierwszego samochodu zostaje zładowana i zmagazynowana w punkcie koncentracyjnym a ludzi rozdzielamy na dwie grupy po 9-10 ludzi i rozrzucimy na punkty likwidacyjne w powiecie nyskim. Na punkcie likwidacyjnym otrzymują wszyscy sute porcje wódki i jedzenia i idą spać. Likwidacja nastąpi we śnie i przeprowadzi ją grupa naszych ludzi (20). (...) Na punkcie likwidacyjnym będzie stała jedna maszyna w ukryciu, służąca tylko do przewożenia aresztowanych ewentualnie trupów. 3 września wyruszą znowu dwa samochody. (...) Postępować z tą grupą przy likwidacji tak jak poprzednio (...). 5 września jedzie znowu 2 samochody (...) 7 września jedzie dwa samochody. (...) Likwidacja bez zmian".

W dokumencie brak szczegółów i do dziś nie udało się ustalić, gdzie doszło do "likwidacji". W latach 90. przesłuchiwano żyjących funkcjonariuszy MBP.

Jedynie zeznanie niejakiego Jana Zielińskiego coś wniosło: "Ani ja, ani inni funkcjonariusze nie wiedzieliśmy, gdzie jedziemy. Na miejscu okazało się, że jesteśmy w Łambinowicach. W nocy otoczyliśmy cały teren a nad ranem przystąpiliśmy do akcji. Osowski Włodzio [funkcjonariusz UB do 1959 r., później mieszkał w ZSRR] nożem fińskim zasztyletował wartownika z grupy "Bartka", stojącego przy głównym wejściu. Następnie ktoś wrzucił przez otwory okienne do dwóch pomieszczeń dwa granaty. Po wybuchu większość ludzi jednak żyła. Zaczęli uciekać. Byli oszołomieni zarówno wybuchem, jak i wypitym wcześniej alkoholem. Cały teren był otoczony, wszyscy zostali wyłapani. Po zatrzymaniu wszystkich kazano im rozebrać się, następnie pojedynczo sprowadzano nagich nad wykopany dół około trzech metrów głębokości i tam mordowano. Każdego strzałem w tył głowy. Po zastrzeleniu wszystkich zatrzymanych osób ropą lub benzyną z kanistra oblano ubrania rozstrzelanych i spalono".

Zieliński zeznał też, że były dwa doły, do których wrzucano ciała.

Po długich poszukiwaniach prokuratorzy odnaleźli Wendrowskiego. Zeznał: "Zadaniem moim było przeniknięcie do zgrupowania "Bartka". Zostałem skontaktowany z zastępcą szefa WUBP w Katowicach. On skontaktował mnie ze swoim agentem, który przez swego łącznika skontaktował mnie z "Bartkiem". Po nawiązaniu kontaktu przedstawiłem mu się jako członek władz NSZ w kraju. Otrzymałem rozkaz [od UB - red.] zawiadomienia "Bartka", że (...) część jego ludzi zostanie samochodami ewakuowana na Zachód z tym, że informowałem ich zgodnie z otrzymanymi instrukcjami, że będą dowiezieni do granicy zachodniej. Na tym skończyło się moje zadanie".

Wendrowski twierdzi, że partyzanci mieli być dowiezieni do UB w Katowicach i aresztowani: "Byłem przekonany, że zostaną postawieni przed sądem". Mówi, że nie wiedział o planowanym mordzie.

Trzy pytania

W lipcu 1992 w okolicach Łambinowic przeprowadzono wizję lokalną z udziałem Jana Zielińskiego. Dała niewiele. Niewiele dało też zeznanie niejakiego Stanisława Beera, który w 1975 r. w pobliskim Wierzbiu (na terenie PGR) zaczął budowę domu: "Zacząłem kopać kilkanaście metrów od fundamentów starej szklarni i natrafiłem na zbiorowisko kości. Było to duże zbiorowisko. Uznaliśmy, że to kości bydlęce". Szczątki wywieziono na śmietnisko, którego Beer nie był dziś w stanie wskazać. Powiedział tylko: "Teraz uważam, że nie były to kości bydlęce tylko ludzkie. Od frontu budynku także wysypywały się kości".

Śledztwo umorzono w grudniu 1993 r.

Antoni Biegun wiele lat poświęcił na odnalezienie miejsca śmierci kolegów. Bezkutecznie. Niedawno zmarł. Dziś śledztwo w sprawie mordu z 1946 r. zostało wznowione. Prokurator Piotr Piątek z IPN mówi, że chce znaleźć odpowiedź na trzy pytania: kto podjął decyzję o wymordowaniu partyzantów, gdzie zostali pochowani i jaka jest pełna lista ofiar.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny