dotb.gif

„TP”, Nr 31 (2821), 3 sierpnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2821/kraj03.php

Liberia: pierwsza w Afryce republika rozpada się w chaosie wojny domowej

Wołanie o Amerykanów

Wojciech Pięciak


To było wołanie o ratunek, o militarną interwencję: zmasakrowane, rozkładające się w tropikalnym powietrzu ciała kobiet i dzieci - kilku tylko spośród tysięcy, zabitych ostatnio w stolicy Liberii, o którą bój toczą "rebelianci" z "rządem" - złożono przed ambasadą USA w Monrowii. Ci, co je przynieśli, pragną jednego: by amerykańscy żołnierze wylądowali wreszcie na zachodnim wybrzeżu Afryki i zakończyli siłą trwającą od 1989 roku wojnę domową.

Takie jest pragnienie trzech milionów Liberyjczyków (połowa ma mniej niż 14 lat), z których milion to uchodźcy. Cudzysłowy przy słowach "rebelianci" i "rząd" są zasadne nie tylko z prawnego punktu widzenia, a i dla zwykłego mieszkańca tego kraju, w którym wojna zniszczyła całą gospodarkę, powodując głód i brak wody (najgorzej jest w stolicy: tu mieszka 1/4 ludności, w większości uchodźcy).

To prezydent Charles Taylor, człowiek oskarżany o wszystkie przestępstwa, jakie popełnić może głowa państwa - od łupienia państwowego mienia po ludobójstwo - rozpoczął ten konflikt w 1989 r. i (chwilowo) wygrał. Był to "spór w rodzinie": Taylor wystąpił przeciw dawnym kolegom, z którymi 9 lat wcześniej dokonał puczu, mordując w publicznej egzekucji ówczesny rząd. Także pokonanych przyjaciół Taylor zamordował: umierali powoli, przez kilka godzin, a ich męki rejestrowano na wideo.

Dziś ustąpienia Taylora i opuszczenia przezeń kraju domagają się nie tylko "rebelianci", ale też społeczność międzynarodowa i sąsiednie kraje, zrzeszone we Wspólnocie Gospodarczej Afryki Zachodniej (ECOWAS), które od lat próbują zakończyć wojnę (interwencja sił pokojowych ECOWAS w latach 90. okazała się nieskuteczna) i okiełznać Taylora. Finansował on bowiem antyrządowe partyzantki w sąsiednich krajach, mając apetyt na tamtejsze złoża złota i diamentów. Ulubionym zajęciem "dzieci-partyzantów" było obcinanie rąk i nóg rówieśnikom na przykład z Sierra Leone.

Dziś chroniący ambasadę USA marines mogli tylko przykryć zwłoki; rozkaz zabrania im opuszczać ambasadę. Przynajmniej na razie, zanim do brzegów Liberii nie dotrze z Zatoki Perskiej USS "Iowa" z oddziałem desantowym 2300 amerykańskich żołnierzy. Zamiast do domu, trafią oni na kolejną międzynarodową interwencję, o którą modlą się Liberyjczycy, wołający do Busha o ratunek. Ameryka - a nie np. Francja, utrzymująca w sąsiednich krajach wojska, przyglądające się bezczynnie rzeziom w Monrowii - wydaje się jedynym państwem, mającym możliwości i wolę występowania w takiej roli. A tym razem Paryż - mający tradycje militarnej "obecności" w Afryce - gorąco namawia USA do interwencji.

Czy trzeba lepszego symbolu? Liberia to najstarsza niepodległa republika w Afryce - proklamowana w 1847 r. przez byłych niewolników murzyńskich, którzy zostali wyzwoleni w USA i założyli tam ruch na rzecz powrotu na kontynent przodków. Wybór padł na obecną Liberię: tu dawni niewolnicy osiedlali się od 1822 r., tu chcieli założyć nowoczesne państwo na wzór USA. I założyli - ochraniani przez wysłany do Afryki przez prezydenta Jamesa Monroe oddział amerykańskich (białych) żołnierzy. Eksperyment trwał szczęśliwie ponad 130 lat, nim nie pojawił się Taylor i jemu podobni. Dziś Liberia jest modelowym przykładem rozkładu struktur państwowych i społecznych w Afryce.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl