adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 31 (2821)
3 sierpnia 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



Wydawało się, że po 1989 r. opieka psychiatryczna polepsza się, tymczasem chorzy znowu wracają do szpitali

Tam i z powrotem

Tomasz Potkaj


Stan zdrowia psychicznego Polaków pogarsza się - alarmują psychiatrzy. Chorujemy coraz częściej, ale też coraz częściej zgłaszamy się pomoc do specjalistów. Jednak system opieki psychiatrycznej - podobnie jak system opieki zdrowotnej w ogóle - jest chory. Trapi go brak opieki pozaszpitalnej, niedostępność psychoterapii, źle skonstruowane kontrakty, brak ogólnopolskiego programu, brak pieniędzy... A w tym roku będzie jeszcze gorzej: resort zdrowia postanowił zaoszczędzić na naszym zdrowiu psychicznym 8 milionów złotych.

Urszula długo zastanawiała się zanim przed kamerą zdecydowała się opowiedzieć swoją historię. Jej historią jest choroba, która piętnuje i naznacza. Jest metafizycznym piekłem, w którym nie istnieje nadzieja: schizofrenia. O tym, że jest chora Urszula dowiedziała się późno, czyli całkiem niedawno. W "poprzednim" życiu była inspicjentką w krakowskim teatrze "Groteska", dziś pracuje w hotelu "U pana Cogito": w zabytkowej willi przy ulicy Bałuckiego, kilka minut spacerkiem od Wawelu. Pierwsi goście pojawili się w hotelu pod koniec czerwca. To jedyny taki hotel w Polsce: większość z 20 zatrudnionych osób to leczący się chorzy psychicznie.

Historia Andrzeja także jest typowa: ostra psychoza, szpital psychiatryczny, potem tzw. oddział dzienny, w którym powoli wracał do rzeczywistości. Propozycja występowania w prawdziwym teatrze była formą terapii, dzięki której uczył się przełamywać lęk przed kontaktami z ludźmi. Dziś działający przy oddziale dziennym kliniki psychiatrycznej Collegium Medicum UJ teatr "Psyche" - prowadzony przez reżysera Krzysztofa Rogoża i psycholożkę Annę Bielańską - wystawia "Tristana i Izoldę" według Josepha Bediera. To sztuka o duchowej ciemności, o długiej wędrówce bohaterów. Oraz o miłości - uczuciu, którego Andrzej wcześniej nie znał. W sztuce jest scena, gdy Tristan zabija smoka, co może być metaforą choroby Andrzeja. Teatr, występy przed prawdziwą publicznością, pomagają mu utrzymywać się na powierzchni.

Urszula i Andrzej opowiedzieli swoje historie i pokazali twarze w filmie "Otwórzcie drzwi" Leszka Skuzy. W Ameryce podobne human stories są obecne w mediach od lat. W Polsce chorzy psychicznie na odwagę zdobyli się dopiero niedawno. Andrzej Cechnicki, krakowski psychiatra i koordynator ogólnopolskiego programu "Schizofrenia: otwórzcie drzwi", mówi, że te wypowiedzi przed kamerą to prawdziwa rewolucja: - Chorzy psychicznie doświadczają obcości, wykluczenia, stygmatyzacji bardziej niż inni. A oni mają prawo do tego, by być włączeni w życie.

Teatr, hostel, warsztaty terapii... Niestety: Kraków oraz parę innych podobnych miejsc to raczej wyjątki. Tylko niewielka część chorych psychicznie może korzystać z takich form pomocy, choć we współczesnej psychiatrii w świecie zachodnim stanowią one nie wyjątek, lecz standard. Rzeczywistość polskiej opieki psychiatrycznej wciąż jest inna: stanowią ją wielkie szpitale z setkami łóżek i publiczne poradnie zdrowia psychicznego, w których na wizytę czeka się często tygodniami.

Kwadrans dla pacjenta

W 15-tysięcznym Gryfinie w województwie zachodniopomorskim do lekarza trzeba zapisywać się na dwa miesiące przed terminem wizyty.

W czasie siedmiogodzinnego dnia pracy psychiatra przyjmuje około 40 pacjentów: wypada po kwadrans na jedną osobę, łącznie z wypisaniem recepty. Pacjentów byłoby jeszcze więcej, ale część leczy się na własną rękę w jednym z czterech prywatnych gabinetów w Gryfinie albo jeździ do pobliskiego Szczecina.

A część do lekarza po prostu nie chodzi.

- Niepokojąco wzrasta liczba zaburzeń reaktywnych, to znaczy takich, które są reakcją na sytuację, na przykład materialną, a z drugiej strony ludzie nie chodzą do lekarza, bo ich na to nie stać - zauważa doktor Bogdan Żukowski, psychiatra z Gryfina. - Dotyczy to zwłaszcza pacjentów z okolicznych wiosek.

W prywatnym gabinecie dr Żukowski miał dotąd po 20 pacjentów miesięcznie. Dziś ma ich zaledwie czterech. Na drugim końcu Polski, w Leżajsku (województwo podkarpackie) na wizytę czeka się krócej: "tylko" miesiąc. - Najczęstszymi powodami wizyt są depresja i schizofrenia, także zaburzenia związane z sytuacją materialną: biedą, długotrwałym bezrobociem - mówi psychiatra z Leżajska, dr Krzysztof Klocek. - Gdybyśmy mogli dać naszym pacjentom pracę albo zmienić ich otoczenie, połowa z nich nie musiałaby w ogóle pojawiać się w przychodni - dodaje. I choć najlepszą metodą leczenia depresji jest psychoterapia, dr Klocek nie ma swoim pacjentom wiele do zaoferowania: najbliższa psychoterapia dostępna jest w odległym o około 30 kilometrów Rzeszowie i właściwie nie zdarza się, by ktoś zdecydował się na dojazdy.

Dr Klocek stara się więc pomóc pacjentom inaczej: umieszcza ich na oddziałach dziennych w szpitalach w Lublinie lub Krakowie. Czasem dla ich dobra: zdarza się, że lekarz orzekający o grupie inwalidzkiej nie patrzy w historię choroby, tylko pyta o pobyt w szpitalu. Pacjent zaczyna więc zaliczać pobyty w szpitalu, by dostać rentę. I tak wchodzi w system "obrotowych drzwi".

Prawo dobre,ale papierowe

Po 1945 r. opieka psychiatryczna w Polsce musiała być odbudowywana niemal od zera: istniało kilka dużych przedwojennych szpitali psychiatrycznych i kilka poniemieckich na "ziemiach zachodnich". Szczególnie dużo wielkich szpitali znalazło się na Dolnym Śląsku: region ten do dziś ma najgęstszą sieć szpitali w Europie.

Kiedy w latach 50. w PRL - zgodne z XIX-wieczną koncepcją psychiatrii, wedle której chorych należało odgrodzić murem szpitalnym od społeczeństwa - budowano i odbudowywano duże szpitale, w USA i w zachodniej Europie rozpoczynał się proces odwrotny: wielkie szpitale zamykano, a na ich miejsce powstawały różne formy pozaszpitalnej opieki: hostele, domy pomocy, oddziały lecznictwa w systemie dziennym, hospitalizacje domowe. Z czasem pierwsze takie placówki pojawiły się i w Polsce, choć późno: pod koniec lat 70. zaszczepiali je polscy psychiatrzy, którzy podpatrzyli je na stażach i wykładach na Zachodzie.

Po PRL-u pozostały głównie szpitale i gęsta sieć poradni zdrowia psychicznego, choć dostępność lekarzy na prowincji ograniczała się często do jednego-dwóch dni przyjęć w tygodniu. - System poradni zdrowia psychicznego przy ZOZ-ach (Zakładach Opieki Zdrowotnej) w połączeniu z dużym szpitalem zdawał egzamin w stosunku do grupy tzw. poważnych zaburzeń - ocenia prof. Jacek Bomba, kierownik kliniki psychiatrii Collegium Medicum UJ. - Niestety, system ten utrudniał zmianę lekarza, co w przypadku błędnej diagnozy mogło mieć poważne konsekwencje.

Prof. Bomba i większość środowiska psychiatrycznego powitała z nadzieją zmianę systemu politycznego w Polsce w 1989 r.: mieli nadzieję, że decentralizacja wpłynie korzystnie na jakość opieki psychiatrycznej.

W 1994 r., po dziesiątkach lat oczekiwań, została uchwalona ustawa o ochronie zdrowia psychicznego, powstał też Narodowy Program Ochrony Zdrowia Psychicznego. Oba dokumenty promują środowiskowy model organizacyjny, w którym szpital pozostaje tylko jednym z ogniw leczenia chorych. Jednak narodowy program jest wyłącznie dokumentem: nie ma żadnego statusu, a tym bardziej funduszy. Część przepisów pozostaje martwa.

- Z tej ustawy w pełni realizowane są tylko dwa zapisy: prawo do decydowania o leczeniu (o ewentualnym przymusie decyduje sąd) i to, że chory psychicznie powinien być leczony nieodpłatnie (tzn. jeśli nie ma ubezpieczenia, środki znajduje opieka społeczna). Cała reszta jest mniejszą lub większą fikcją - ocenia prof. Bomba.

Z powrotem do szpitali

Wraz z wejściem w życie Kas Chorych rozwiązano ZOZ-y, a przy okazji działające przy nich poradnie zdrowia psychicznego. I choć w niektórych miejscach (np. w Krakowie) większość dawnych ZOZ-ów zorganizowała się na nowo, otrzymując kontrakt z Kasy Chorych (czyli z punktu widzenia pacjenta nic się nie zmieniło), to np. w Warszawie opieka nad zdrowiem psychicznym została niemal całkowicie przejęta przez gabinety prywatne, które otrzymywały większość kontraktów z Kasą.

- Gabinety prywatne, które świadczą usługi podpisując umowy z Kasą Chorych, same w sobie nie są niczym złym, bo pacjent tak czy inaczej za wizyty nie płaci - mówi prof. Bomba. - Problem polegał jednak na tym, że Kasy wykupywały za mało usług, system bezpłatnych poradni przestał funkcjonować, i przy braku współpracy ze strony lekarzy pierwszego kontaktu, którzy mogliby przejąć na siebie część pacjentów, system się "zapchał". W konsekwencji pacjenci, nie mogąc liczyć na przychodnie, znów zaczęli trafiać do szpitali, bo tam mieli zapewnioną opiekę i leczenie. W ten sposób pod względem standardów opieki psychiatrycznej cofnęliśmy się o jakieś 30 lat.

Co gorsza, w systemie kontraktowania prawie nie było miejsca na usługi alternatywne: dopiero po dwóch latach istnienia Kasy dostrzegły istnienie oddziałów hospitalizacji dziennej. Jeszcze dłużej trwało, nim zaczęły kontraktować psychoterapię. Poza tym Kasy Chorych - a obecnie Narodowy Fundusz Zdrowia (poza nazwą nic się nie zmieniło) - niechętnie płacą za prewencję i rehabilitację. Przy takim systemie psychiatria staje się tania, a szpitale, w których większość pieniędzy stanowią koszty płac, mogą być nawet dochodowe.

Minister zdrowia Leszek Sikorski wyciągnął niezdrowe wnioski z tej niezdrowej sytuacji i podczas sejmowego wystąpienia 9 maja stwierdził, że "tendencja do obniżania wysokości kontraktów dla szpitali psychiatrycznych wydaje się słuszna". W praktyce oznacza to 8 mln złotych rocznie mniej na opiekę psychiatryczną.

- Jeszcze przed wprowadzeniem Kas Chorych ostrzegano, że decentralizacja służby zdrowia jest niebezpieczna dla pewnych obszarów polityki społecznej i zdrowotnej - ocenia Marek Balicki, były minister zdrowia i z zawodu lekarz-psychiatra. - Zaobserwowano to w USA: wygrywają te programy, co do których łatwiej jest przekonać opinię publiczną, jak kardiologia czy opieka nad dziećmi, a przegrywają ci, którzy są najsłabsi i nie mają przedstawicieli reprezentujących ich interesy. Dotyczy to chorych psychicznie. A zwłaszcza kierunku nowoczesnej psychiatrii, jakim jest psychiatria środowiskowa, dzięki której chory może funkcjonować w swoim środowisku. Decentralizacja decyzji i przeniesienie jej na niższy poziom bez mocnego programu ogólnonarodowego sprawia, że inaczej ustala się priorytety. Na najniższym poziomie przegrywają najsłabsi.

Tam, gdzie do finansowania usług włączą się samorządy, jest lepiej. W Krakowie samorząd opłaca trzy ośrodki psychoterapii dla młodzieży, istnieje też Małopolski Program Ochrony Zdrowia Psychicznego. W dolnośląskich Polkowicach - 25-tysięcznym mieście na Dolnym Śląsku - na wizytę w poradni zdrowia psychicznego czeka się tylko dwa dni, bo kiedy kończą się pieniądze z Funduszu, włącza się gmina. Gmina finansuje też Ośrodek Terapii Kryzysowej i Gminne Centrum Pomocy dla Uzależnionych. Jednak jest pewne "ale": - Przydałby się psychiatra dziecięcy, bo najbliższy jest dopiero w Legnicy - mówi Jolanta Węgierska, lekarz-psychiatra. Jest jedynym psychiatrą w mieście, pracuje na pół etatu.

Samobójstwa: "lustro" kondycji psychicznej

Po trwającym przez kilka lat spadku, od trzech lat ponownie rośnie w Polsce liczba samobójstw. Według danych Komendy Głównej Policji, w 2002 r. życie odebrało sobie 5100 osób. Zdecydowanie więcej mężczyzn niż kobiet.

Naukowcy twierdzą, że częstość występowania samobójstw - ich najczęstszą przyczyną jest przewlekła choroba psychiczna - odzwierciedla kondycję psychiczną społeczeństwa. W wydanej przed pięciu laty pracy "Samobójstwo" socjolog prof. Maria Jarosz postawiła tezę, że wskaźnik samobójstw jest wręcz najczulszym wskaźnikiem kondycji społeczeństwa w ogóle: wzrost ich liczby świadczy, że kondycja ta pogarsza się.

Jednak statystyki w psychiatrii bywają mylące. - Kondycja społeczeństw Finlandii i Węgier jest niezła, a liczba samobójstw należy tam do najwyższych w Europie - mówi prof. Bomba. - Diagnostyka samobójstw jest trudna, bo istnieje duża liczba przypadków niezidentyfikowanych. Z całą pewnością część wypadków komunikacyjnych ma charakter samobójczy, choć statystyki tego nie ujmują - dodaje.

W Krakowie od wielu lat monitorowane są tzw. samozatrucia destrukcyjne wśród młodzieży. Ich liczba nie zwiększa się, jest stała. Ale w ogóle samobójstwa wśród młodzieży zdarzają się częściej niż 10 lat temu, są też bardziej "spektakularne". Także ogólna kondycja psychiczna młodzieży w ostatnich 10 latach znacznie się pogorszyła. W 1990 r. w poradniach zdrowia psychicznego leczyło się 63 tys. dzieci i młodzieży, w 2001 r. już 90 tys.

- W tym czasie zmieniły się kryteria diagnozowania, zwiększyła się także liczba stresów związanych choćby z ilością progów edukacyjnych. Następuje też, choć powoli, demitologizacja psychiatrii i psychiatry. Diagnoza psychiatryczna wciąż bywa niebezpieczna - mówi Krzysztof Szwajca, psychiatra z Collegium Medicum UJ.

Największa grupa młodzieży, która trafia dziś do poradni i szpitali, to młodzi ludzie z zaburzeniami jedzenia, anoreksją, bulimią, zaburzeniami adaptacyjnymi i zachowania. Wyraźnie zwiększyła się też liczba depresji wśród młodzieży, która przygotowuje się do wejścia na rynek pracy.

Prof. Bomba: - Poziom depresji jest zależny od sytuacji i stresu, jaki jest w społeczeństwie i od możliwości radzenia sobie z nim. Badania socjologiczne dowodzą, a badania kliniczne potwierdzają to, że jeśli jest więcej opresyjności, pęka najsłabsze ogniwo w rodzinie: dziecko lub babcia.

Z badań nad częstotliwością występowania depresji, które prof. Bomba przeprowadził w Krakowie 20 lat temu i powtarzał niedawno, wynika, że częstotliwość ta jest taka sama, choć wokół wszystko się zmieniło. - Proporcje między płciami nie są jednak już takie wyraźne - mówi profesor. - Ta płeć, która jest bardziej wrażliwa na reakcje (czyli dziewczęta po okresie pokwitania, a chłopcy przed) reagują też bardziej.

Oddział profesora Bomby dysponuje 20 łóżkami. Obsługuje cały region południowo-wschodniej Polski. Rodzice dzieci często rezygnują z terapii rodzinnych (koszty dojazdu). Wychodzenie z choroby bywa przewlekłe, z nawracającymi okresami depresyjnymi. Okres po chorobie jest czasem wzmożonej wrażliwości, człowiek ma masę spraw i lęków, z którymi nie zdążył sobie poradzić w trakcie choroby. - To jest czas na psychoterapię, czas na coś pomiędzy szpitalem a domem - mówi Krzysztof Szwajca.

Jednak psychoterapia jest trudno dostępna, a psychoterapeutów za mało. Trudno się dziwić: kurs trwa cztery lata i kosztuje ok. 20 tys. złotych; pieniądze trzeba wyłożyć z własnej kieszeni. W programie studiów medycznych psychoterapia jest "zalecana", ale nie obowiązkowa. Młodzi psychiatrzy często poznają ją dopiero na stażu. Jeśli mają szczęście i trafią do dobrej kliniki.

W lipcu ubiegłego roku ostatni pacjenci wyjechali z oddziału rehabilitacji dla dzieci i młodzieży w Rabce: jednego z dwóch miejsc w Polsce, w którym chorzy mieli zapewnioną naukę, opiekę wychowawczą, terapeutyczną i stałą opiekę psychiatryczną. Przez trzy lata trafiała tam młodzież po leczeniu szpitalnym, a czasem nawet zamiast niego. Dostawali szansę, jakiej nie mieliby gdzie indziej. Dla wielu z nich Rabka była przepustką do normalnego życia.

Powodem zamknięcia ośrodka była nieopłacalność finansowa.

Życie z chorobą

Warszawa. W warsztatach terapii przy tutejszym Instytucie Psychiatrii i Neurologii uczestniczy około 40 osób. Wszyscy cierpią na schizofrenię. Malują, robią ramy do obrazów, haftują, wyszywają, uczą się obsługi komputera, angielskiego. Dostają kieszonkowe: około 10 proc. najniższego wynagrodzenia. Żeby trafić do warsztatu, trzeba mieć skierowanie z powiatowej komisji orzekania o niepełnosprawności. W Warszawie procedura trwa osiem miesięcy.

- Choroba ma różne fazy, ale w wielu przypadkach chory może, a nawet powinien funkcjonować w swym środowisku, nie wolno skazywać go na bezczynność - mówi Barbara Kowalska, psychoterapeuta i pracownik socjalny. - Niestety, tylko znikoma część uczestników warsztatów ma szansę na znalezienie jakiejkolwiek pracy - dodaje.

Na początku lat 90. upadły tzw. spółdzielnie inwalidów. W minionych latach Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych finansował zakłady pracy chronionej, ale chorzy psychicznie tylko wyjątkowo dostawali w nich pracę: ich właściciele zatrudniali głównie tzw. zdrowych inwalidów (przy okazji robiąc na tym znakomity interes). I choć urzędy pracy osobno zbierają oferty dla osób niepełnosprawnych, wciąż zdarza się, że pracodawca, który chce zatrudnić niepełnosprawnych zastrzega, iż nie życzy sobie chorych psychicznie.

Choroba psychiczna najczęściej oznacza wypchnięcie z rynku pracy. Nie tylko w Polsce, także na Zachodzie.

- Przestrzeń pomiędzy warsztatem pracy terapeutycznej a firmą działającą w gospodarce rynkowej jest ogromna i na dobrą sprawę nie do pokonania dla chorych - mówi Andrzej Cechnicki, psychiatra i wiceprzewodniczący Stowarzyszenia na Rzecz Rozwoju Psychiatrii i Opieki Środowiskowej. - A praca to jeden z najważniejszych filarów rehabilitacji i leczenia. Większość chorych mogłaby pracować, gdyby stworzono dla nich odpowiedni system pracy. Praca stanowi 40 proc. kosztów pośrednich w leczeniu schizofrenii. Farmakologia tylko kilka procent. Nowa generacja leków sprawiła, że komfort życia chorych znacznie się poprawił. Nie mają już tak częstych nawrotów choroby, pobyty w szpitalu są tylko epizodami, chory spędza większość czasu w swoim środowisku.

Epizod z chorobą trwa przeważnie krótko, za to życie z chorobą trwa latami. Często całe życie.

Cechnicki: - System Kas Chorych sprawił jednak, że zajmujemy się tylko małym, szpitalnym epizodem choroby. W efekcie pacjenci wychodzą i wracają, wchodząc w system, który wiele lat temu opisano jako "obrotowe drzwi", a szpitale mają kolejny argument potwierdzający konieczność ich istnienia. Tymczasem chorzy po wyjściu ze szpitala pozostają poza opieką. - A opieka pozaszpitalna to kluczowy problem współczesnej psychiatrii - dodaje Cechnicki.

Będzie lepiej? Będzie gorzej?

W ubiegłym roku w poradniach zdrowia psychicznego w całej Polsce leczyło się ponad 600 tys. pacjentów. - Jeśli nic się nie zmieni, nadal będziemy mieć przepełnione szpitale, przebieg schizofrenii będzie cięższy niż w innych krajach Zachodu, wzrośnie też liczba samobójstw - prorokuje docent Joanna Meder z warszawskiego Instytutu Psychiatrii i Neurologii.

- Mam nadzieję, że po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej sytuacja chorych psychicznie poprawi się - uważa Marek Balicki. - Ruszą programy, zalecenia Rady Europy w tej kwestii będą musiały być przestrzegane.

Po wakacjach rusza druga edycja akcji "Schizofrenia: otwórzcie drzwi". Na ulice miast znowu wyjdą politycy, artyści i zwykli mieszkańcy, by w geście solidarności z chorymi otworzyć symboliczne drzwi i przejść przez nie w geście akceptacji dla chorych na schizofrenię. W Polsce jest ich ponad 400 tys.; to stała liczba, około jednego procenta każdego społeczeństwa.

W mieszkaniu na krakowskim Kazimierzu - należącym kiedyś do profesora Antoniego Kępińskiego, legendy polskiej psychiatrii - dziś znajduje się hostel. Mieszka w nim siedem osób wychodzących z choroby psychicznej. Niedaleko, na ulicy Miodowej działa kawiarnia i sklepik, w których od 10 lat sześciu pacjentów ma pracę. Krakowska "Fundacja Hamlet" i Stowarzyszenie Pacjentów "Braterstwo Serc" organizuje samopomoc pacjentów.

- Otwarta psychiatria to po prostu życie obok siebie - mówi Andrzej Cechnicki.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny