dotb.gif

„TP”, Nr 31 (2821), 3 sierpnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2821/kraj01.php

Po publikacji wyników Narodowego Spisu Powszechnego (IV)
Polska bomba geriatryczna

z Krystyną Slany, socjologiem rodziny, rozmawia Anna Mateja


ANNA MATEJA: - Czy Polacy lubią dzielić życie z drugą osobą, rodzić i wychowywać dzieci, spędzać dorosłe lata w gronie założonej przez siebie rodziny?

KRYSTYNA SLANY: - Narodowy Spis Powszechny pokazał to, co i inne badania socjologiczne: rodzina jest dla Polaków wartością najważniejszą. Najwięcej ludzi żyje w małżeństwie - 59 proc. (łącznie ze związkami nieformalnymi). Rozwiedzionych jest 3,3 proc., owdowiałych 9 proc. (biorąc pod uwagę strukturę stanu cywilnego według płci, 16 proc. kobiet jest wdowami; z mężczyzn tylko 2,8 proc. to wdowcy). 1/3 ludności jest stanu wolnego.

Rodzina dla Polaków jest ostoją, gwarancją bezpieczeństwa i najlepszym środowiskiem dla wychowywania dzieci. Zdecydowana większość związków ma charakter sakramentalny, choć zawarcie małżeństwa w Kościele niekoniecznie wynika z przekonań religijnych. Często robi się to także dla tradycji albo świętego spokoju ze strony rodziny.

- Skoro Polacy bardziej preferują uroki życia rodzinnego niż życie w pojedynkę, dlaczego mamy coraz mniej dzieci?

- Wartość rodziny dyktują Polakom religia i tradycja, a trudne warunki życia podnoszą jej znaczenie jako grupy oparcia. Związek nie oznacza jednak decydowania się na dziecko i realizacji hołubionych wartości. Obawy związane ze zmniejszającym się przyrostem naturalnym pojawiły się już w 1995 r., ale wtedy mówiono jeszcze o odkładanej dzietności, która kiedyś się zrealizuje. Dziś wiadomo, że to mrzonki.

Polskie społeczeństwo się starzeje. W 1992 r. urodziło się 515 tys. dzieci. W 2001 r. było ich 368 tys. Tymczasem w jednym roku boomu demograficznego z lat 50. przyszło na świat 794 tys. dzieci! Dorosłość osiągnęły osoby drugiego wyżu demograficznego z lat 70. i początku 80., ale założenie rodziny odkładają na później. Dlatego, statystycznie, Polka rodzi 1,3 dziecka. Jeśli połączymy to z faktem, że jeszcze chwila i na emeryturę zacznie przechodzić wyż z lat 50., czeka nas "bomba geriatryczna": miliony starszych osób, które mają prawo oczekiwać emerytury i opieki na odpowiednim poziomie.

- Starzenie się społeczeństwa można przewidzieć: liczby urodzeń czy osób na emeryturze nie są tajne. Tymczasem młodzi ludzie drugiego wyżu demograficznego, którzy mogliby wypracowywać dochód narodowy, zasilają szeregi bezrobotnych. Nie mają pracy, zabezpieczenia socjalnego, nie stać ich na mieszkanie. Jak można wymagać od nich założenia rodziny?

- Wyniki badań naukowych są jak wyrocznia. A akurat te były znane wszystkim rządom. Szkoda tylko, że kolejne ekipy ograniczały się do lansowania hasła, że trzeba prowadzić politykę prorodzinną. Więcej: rozumiały ją niekiedy tylko jako nakłanianie do rodzenia większej liczby dzieci. Tymczasem społeczne aspiracje krążą wokół "dzieci wyższej jakości": zdrowych i wykształconych.

Rodzinie trzeba oferować szereg wspierających instrumentów materialnych i niematerialnych, które pomogłyby jej wychować potomstwo: odpowiednio wysokie (nie groszowe jak obecnie!) zasiłki macierzyńskie, aby rodziców było stać na wynajęcie, choć od czasu do czasu, opiekunki do dziecka; wydłużony urlop wychowawczy; odpisy podatkowe, np. na kształcenie dzieci; pomoc dla rodziców samotnie wychowujących dzieci i rodzin wielodzietnych (Spis jako wielodzietne traktuje rodziny z trojgiem i więcej dzieci; a jeszcze kilkanaście lat temu wskaźnikiem wielodzietności było posiadanie minimum pięciorga). Niskooprocentowane kredyty uczyniłyby dostępnym kupno dużego mieszkania, a najlepiej domu (badania pokazują, że rodziny mieszkające w domach rzadziej się rozwodzą). Wybudowane w czasach komunizmu "ludzkie termitiery" nie sprzyjają tworzeniu rodzin wielopokoleniowych ani atmosfery familiarności. Z drugiej strony, trzeba stworzyć warunki do godnej i aktywnej starości.

Pomoc rodzinie musi być kompleksowa i powszechna. Tymczasem nasze instrumenty pomocy są ekskluzywne: jeśli jesteś biedny i masz niskie zarobki, możemy ci pomóc, a jak nie - radź sobie sam. Takie "kierunki strategiczne" pomocy rodzinie opracowała Rządowa Rada Ludnościowa, która zebrała się w połowie lipca. Pozostaje pytanie: kto podejmie się ich realizacji?

Spis pokazał, że jesteśmy społeczeństwem starszym, aniżeli wynikało to z innych szacunków. Jesteśmy więc zobowiązani dowartościować rodzinę za to, że podjęła się trudu wychowania dzieci - tym bardziej, że wzrastają koszty ich utrzymania. Optymalną liczbą potomstwa stała się dwójka, a w dużych miastach coraz popularniejsze jest posiadanie jednego dziecka. W ten sposób nie zapewnimy sobie jednak wymiany pokoleń.

- A może młodzi ludzie rodzinne aspiracje realizują w związkach nieformalnych? Akurat ich liczba systematycznie rośnie, co pokazują także wyniki Spisu. Poza tym, jako że związki te nie są w Polsce rejestrowane, ich potomstwo traktowane jest jako dzieci samotnych matek - może więc korzystać z większej pomocy państwa. Tyle że jest to oszustwo.

- W spisie z 1978 r. wykazano istnienie 90 tys. par kohabitujących, w 1988 - 125 tys., 1995 - 148 tys., 2002 - 198 tys. (nazwano je wówczas partnerskimi). Doliczając osoby, które nie wiedzą, że tworzą taki związek lub nie ujawniają tego faktu, związki nieformalne są już zjawiskiem masowym.

- Jak można sobie nie uświadamiać bycia w związku?!

- Przykładowo: kobieta mieszka z partnerem tylko od czasu do czasu, bo oboje wolą prowadzić osobne gospodarstwa, ale ona przygotowuje mu posiłki, na które on daje pieniądze. Razem wyjeżdżają na wakacje, on opiekuje się jej dzieckiem z poprzedniego związku, ona pomaga jego rodzicom. To może trwać lata, ale nie mówią o sobie, że tworzą związek, tylko że, np. są przyjaciółmi. Tymczasem jest to kohabitacja typu living apart together, czyli "żyjąc razem, ale osobno". Nie chcą tego ujawniać z przyczyn religijnych, czasami ich rodzice nie dopuszczają tego do świadomości. Często nie wiedzą, że to się tak nazywa, jak większość z moich "sparowanych" studentów, którzy razem wynajmują mieszkanie, tworzą wspólny budżet i uważają, że "tylko ze sobą chodzą".

Kohabitacja, przynajmniej w Polsce, jest prologiem do małżeństwa i nie będzie konkurencyjna wobec formalnego związku. Ronald Inglehart, amerykański socjolog, pisał, że nie możemy wybrać innych wartości niż te, w których żyjemy. W polskiej tradycji szacunkiem otaczano związki formalne (najlepiej sakramentalne), a nie kohabitację. Inaczej niż np. w krajach skandynawskich, gdzie brak pieniędzy na ślub, wesele i posag wymuszał życie bez ślubu.

Badania, np. amerykańskie i kanadyjskie, pokazują, że kohabitacja jest mniej trwała od małżeństwa, bo niezobowiązująca. Przyciąga osoby nastawione na samorealizację czy "wypróbowywanie się". Z reguły, jeśli związek przetrwa dwa lata, albo się formalizuje, albo rozpada. Często dlatego, że partnerzy nie mają pojęcia o zobowiązaniach i powinnościach, wynikających z życia razem. To zresztą problem także związków formalnych.

Młode osoby, szczególnie jeśli nie posiadają wzorców w rodzinie, nie wiedzą, czym ona jest. Kultura masowa opiera się na apologii "miłości aż po grób". Nikt nie uczy, jak spędzić życie między ślubem a grobem oraz że życie małżeńskie składa się z pewnych etapów. Młodzi zatrzymują się na fazie "słodkiej czekoladki" i obietnicach: "będzie inaczej niż między moimi rodzicami", "nie pozwolę być bita", czy "nie będę lekceważony". Już w gimnazjum powinno się uczyć, że życie w stadle jest procesem dynamicznym, w którym miłość zmysłowa powinna przerodzić się we współodpowiedzialność i troskliwość.

- Ale mimo braków w zakresie przygotowania do życia w rodzinie, jak pokazuje Spis, jest tylko 3,3 proc. osób rozwiedzionych. Czy polska rodzina jest stabilna?

- Biorąc pod uwagę wskaźniki rozwodów, tak. W 2001 r. na tysiąc zawartych małżeństw rozpadały się 232 związki. W przeciętnym kraju europejskim rozpada się 500, a w krajach byłego ZSRR - ponad 800! Niewiele jest też w Polsce separacji: mężczyzn - 0,7 proc., kobiet - 0,1 proc. Istotna jest jednak także jakość rodziny. Polską rodzinę osłabiła transformacja: musiała zmierzyć się z prawami wolnego rynku. Bieda dotknęła przeciętne rodziny pracownicze, w których pensja oscyluje w granicach wynagrodzenia minimalnego. Przykładowo: para młodych nauczycieli z małym dzieckiem, zarabiająca ok. 1400 zł, kwalifikuje się do strefy ubóstwa! Są tzw. working poor - biednymi pracującymi.

Ponad 15 proc. ludzi ma 65 i więcej lat. Dochody z pracy (poza lub w rolnictwie) osiąga według Spisu ok. 32 proc. ludności; w poprzednim spisie powszechnym z 1988 r. - prawie 46 proc. Dramatycznie zwiększyła się liczba osób z niezarobkowym źródłem utrzymania, czyli pobierających emerytury, renty lub zasiłki: z 18 w 1988 r. do 28 proc. Na utrzymaniu pozostaje 38 proc. ludności. Liczba osób utrzymywanych jest większa od posiadających dochody z pracy czy niezarobkowych źródeł utrzymania. Wzrosła liczba matek samotnie wychowujących dzieci do 1,8 mln (samotnych ojców jest tylko 232 tys.).

Przemiany ekonomiczne uderzyły więc przede wszystkim w rodzinę, bo jeśli musiała sobie radzić sama na rynku, to normalne, że ludzie nie chcieli mieć więcej dzieci czy tworzyć nowych związków. Na tym polega polski chaos aksjologiczny: wartości są święte, ale wyborów praktycznych dokonuje się, jakby obok nich. Niby jesteśmy przekonani, że "rodzina dobrem najwyższym", jednak z powodu zaniedbań ostatnich lat de facto to dobro zdewaluowaliśmy. Lekceważenie problemów rodziny zauważyłam też w "Tygodnikowej" dyskusji o antykoncepcji. W sytuacji dramatycznie niskiej dzietności rodzin, zamiast zastanawiać się, jak rodzinie pomóc, skupiamy się nad tym, jakie środki regulacji wolno stosować, bo okazuje się, że Polacy korzystają z niedozwolonych przez Kościół.

- Na Zachodzie Europy wzrost dochodów nie przełożył się jednak na powstanie wielodzietnych rodzin. Życie w pojedynkę ma przecież swe uroki: dochody, których nie trzeba wydawać na pieluchy czy szkoły, możliwość nieograniczonej pracy zawodowej, swoboda w życiu prywatnym. Czy poprawa koniunktury gospodarczej nie zaowocuje m.in. singularyzacją życia?

- Spis pokazał, że przybyło osób w wieku do 30 lat, zakładających jednoosobowe gospodarstwa domowe. Dotąd dotyczyło to raczej starszych osób: po odejściu dzieci i śmierci małżonka. Widać więc, że w Polsce, podobnie jak na Zachodzie, gdy koniunktura gospodarcza jest dobra i jest praca, młodzi ludzie szybko się usamodzielniają. Nowe wzory życia docierają dzięki westernizacji kultury.

Nieprzypadkowo amerykański serial "Przyjaciele" bije rekordy popularności. Także "Ally McBeal" trafiła do młodej części polskiego społeczeństwa, bo uświadomiła problemy wspólne obu płciom: konflikty wynikające z samorealizowania się, wykorzystywanie seksualne, poniżanie przez partnera, dyskryminację w pracy. Film zwrócił też jednak uwagę na to, jak duże znaczenie ma jakość związku. Dzisiaj nie zakładamy rodziny "po coś": aby wyrwać się spod skrzydeł rodziców, być na swoim czy mieć dzieci. To możemy zrobić i bez wizyty w kościele czy USC. Oczekujemy czegoś więcej.

W Polsce dopiero w latach 90. zaczęto mówić się o zjawiskach, o których na Zachodzie jest głośno od lat 50.: przemocy w rodzinie, poczuciu satysfakcji z życia rodzinnego. Przeciętny Polak mało czasu poświęcał temu, jakie jest jego stadło, bo ciężko pracował. Zwracał uwagę przede wszystkim na funkcje wychowawczą i ekonomiczną. Przeciętna Polka natomiast - "dzielna ofiara", jak pisała o niej socjolog Mirosława Marody - pracowała zawodowo, stała w kolejkach i z reguły wykonywała wszystkie domowe obowiązki.

Teraz podkreśla się indywidualizm, poczucie satysfakcji i spełnienia w rodzinie. Dąży się do partnerskiego podziału obowiązków domowych. To rewolucja podobna do tej, jaką było upowszechnienie wiedzy, że praca domowa ma określoną wartość na rynku. I że tym samym nie można mówić o kimś, kto poświęcił życie rodzinie, że nie pracuje.

- Na kompleksową ochronę rodziny mogą sobie jednak pozwolić tylko najbogatsze państwa, a do takich Polska długo nie będzie należeć. Może więc powinniśmy się nastawić na przyjęcie rzesz imigrantów, którzy będą pracować na naszą emeryturę albo się nami opiekować?

- Gdy Europa Środkowo-Wschodnia zaczęła się transformować, uważano, że powstanie tu nowy honey pot - garnek miodu, jakim była kiedyś Ameryka. Nim staniemy się "kolorowym społeczeństwem", musimy jednak coś imigrantom zaoferować: ziemię, zasoby surowcowe albo miejsca pracy. A że - co także wykazał Spis - stopa bezrobocia jest o wiele wyższa, niż wynika to z ewidencji bieżącej: 21,2 proc. (22 proc. kobiet i 20,6 proc. mężczyzn), więc jeszcze długo będziemy krajem homogenicznym. Imigrantów jest niewielu - 34,1 tys., ale dane Spisu nie ukazują rozmiarów imigracji nielegalnej. W Polsce jest jednak aż 109 różnych narodowości i grup etnicznych. Inną niż polska narodowość zadeklarowało 471, 5 tys. osób (1,2 proc.). Polska powinna prowadzić otwartą politykę imigracyjną choćby dlatego, że jeszcze kilka lat temu to Polacy dobijali się do obcych drzwi, uciekając przed biedą w kraju. Do naszych drzwi zaczynają pukać coraz natarczywiej obywatele wschodnich państw. Ukrainka prowadząca dom czy opiekująca się obłożnie chorym nie jest już czymś odosobnionym. Polki robią to samo we Włoszech, Niemczech czy USA. Według Spisu ponad 786 tys. Polaków przebywa czasowo poza granicami kraju dłużej niż dwa miesiące. Większość z nich jest tam dłużej niż rok. Jak starać się o dzieci czy je wychowywać, gdy większość życia spędza się gdzie indziej? Często, jak pokazują badania, żyjąc tam w "drugim związku"?

- Czy z członków rodzin wielopokoleniowych, później zamkniętych w klatkach blokowisk, staniemy się indywidualistami?

- Tak, ale ograniczonymi ramami instytucji. Mimo apetytu na niezależność, musimy się podporządkować, choćby systemowi zabezpieczeń społecznych. Inaczej stajemy się free riders - jadącymi na gapę, korzystającymi z pomocy społeczeństwa. Musimy przejść stopnie scholaryzacji, podporządkować się wymaganiom rynku pracy. Życie jest indywidualnym projektem, ale jego zawartość jest coraz mocniej zależna od wymagań konkretnych instytucji.

Prof. KRYSTYNA SLANY specjalizuje się w zakresie demografii społecznej, socjologii płci, małżeństwa, rodziny i migracji. Jest wicedyrektorem Instytutu Socjologii UJ, członkiem Rządowej Rady Ludnościowej. Ostatnio wydała "Alternatywne formy życia małżeńsko-rodzinnego w ponowoczesnym świecie" (2002).

Wstępne wyniki NSP z 2002 r. znajdują się na stronie internetowej Głównego Urzędu Statystycznego: www.stat.gov.pl. Materiały, dotyczące spisu publikowaliśmy też w "TP" nr 26, 27, 29/03.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl