adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 31 (2821)
3 sierpnia 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.tygodnik.onet.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



Syn niewolników

Czesław Miłosz


Czego nauczyła ją wojna

Moja matka nauczyła się, że seks jest zły,
Mężczyźni są nic nie warci, jest zawsze zimno
I nigdy nie ma dosyć jedzenia.

Nauczyła się, że jeśli masz dwie lewe
Ręce nie przeżyjesz
Zimy, nawet jeśli przeżyjesz jesień.

Nauczyła się, że tylko młodzi przeżywają
Obozy. Starzy zostają na stercie
Jak makulatura, a niemowlęta
Zdarzają się tak rzadko jak kurczęta i chleb.

Nauczyła się, że świat to takie rozbite miejsce
Gdzie nie śpiewają ptaki i nawet anioły
Nie mogą unieść smutku, który zadaje im Bóg.

Nauczyła się, że nie należy się modlić
O to aby wrogowie cię nie torturowali.
Modlić się trzeba o to, żeby cię nie zabili.

Wiersz bardzo polski, sumujący niektóre z doświadczeń wojennych pewnego pokolenia. A jednak nie. Nie został napisany przez polskiego poetę. Jego autor, John Guzlowski, jest poetą amerykańskim i pisze po angielsku. Jest nie tylko poetą, również wykładowcą literatury angielskiej i amerykańskiej oraz autorem prac z zakresu krytyki literackiej. Wiersz zacytowałem w przekładzie Bohdana Zadury i wyjąłem z dwujęzycznego tomu pt. "Język mułów / Language of Mules. I inne wiersze", wydanego przez Bibliotekę Śląską w Katowicach w 2002 roku.

Na ogół w mojej rubryce nie wykraczam poza wiersze polskie, robię tutaj wyjątek, bo wypadek jest szczególny. Autor urodził się w Niemczech, w roku 1948, w rodzinie przymusowych robotników rolnych (ojciec z Poznańskiego, matka spod Lwowa). Sam nie pamięta tamtych czasów, ale drogą jakiejś osmozy czy empatii w jego wierszach powracają opowiadania i wspomnienia rodziców. Może to nieco osobliwe, to szukanie więzi z przeszłością, podczas kiedy w Polsce poeci młodego pokolenia nie bardzo się kwapią do pamięci. Co prawda Guzlowski nie jest już taki młody - dzisiejsi młodzi urodzili się gdzieś około roku 1980.
W jego wierszach kraina jego rodziców i obozy pracy są ciągle obecne, choć zarazem stanowią one tylko część jego poetyckiego rynsztunku. W tomie, który wziąłem do ręki, wiele jest wierszy zupełnie innych, całkowicie wyzwolonych z obciążeń przeszłością. Ten tomik nawet zdziwił mnie swoją dwuskrzydłowością. Pierwsza część przywołuje właśnie obozowe obrazy życia rodziców autora, traktowanych przez nazistów jak zwierzęta pociągowe. Ich język nieporadny, bo oboje półanalfabeci, był dla Niemców językiem mułów. Druga część wykazuje ogromną zdolność do ujmowania rzeczywistości z dystansem, niejako obiektywnie i nie mogę powstrzymać się od zacytowania wiersza pt. "Melon", który mógłby znaleźć się w mojej antologii "Wypisy z ksiąg użytecznych", wiernej mojemu ideałowi poezji, będącej jakby odpowiednikiem holenderskich martwych natur XVII wieku.

Melon
Gabrielowi Josipovici

Kiedy patrzymy na melon błyszczący na stole
w porannym świetle, czemu nasze serca biją radośnie,
wyrywają się do niego tak właśnie, jak to robią? Czemu chcemy
naszkicować ten melon, zamknąć go w słowach
lub umieścić w krótkich melodycznych frazach?

Czasami myślę, że robiąc tak, chcemy
w pewien sposób ten melon posiąść, nie w znaczeniu
kupna, nie to mam na myśli,
lecz świadomość, że ten melon nie jest
częścią mnie, nie mnie, nie może być, w rzeczy samej nigdy

bliżej mnie niż jest teraz,
w tej chwili, kiedy widzę go przed sobą
na stole jak mały świat, o którym śniłem
jako dziecko w piaskownicy snów,
i widząc go jak ten świat jestem

urzeczony przez niego tak pewnie jak wiosna
bierze klon, rozpuszczając go aż zima
przestaje znaczyć cokolwiek w jego życiu, aż skóra
jego utraconych liści jest niczym. Wówczas staję się
melonem, istnieję tylko po to aby podziwiać

jego piękno, jego białą jak wapno skórę i chłodną słodycz,
jego Betlejem i Golgotę, istnieję tylko po to by podziwiać jego
odrębność i widzieć moje ja w oderwaniu od niego,
nigdy bliżej niego niż teraz, nigdy bardziej wolny
niż teraz od mojego własnego wzgórza czaszek.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny