adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 31 (2821)
3 sierpnia 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



Szumy

Stanisław Lem


Kiedy moja mama w naszym domu we Lwowie smażyła konfitury, z wierzchu gromadziły się tak zwane szumy. Zbierało się je łyżką, a ja chciwie je pożerałem. Podobny proces dotyczy nie tylko konfitur i możemy go dziś w Polsce obserwować: szumy i szumowiny, czyli to, co gorsze, wypływa niestety na wierzch.

Głosy, wedle których z afery Rywina czy raczej z przesłuchań sejmowej komisji śledczej narodzi się Rzeczpospolita numer cztery, wydają mi się dziecinadą. Ja w dalszym ciągu nie wiem, kto posłał Rywina do Michnika, i nie wiem, czy ktokolwiek to wie, oczywiście poza samym Rywinem i tymi, którzy go posłali. Z przesłuchań, których dokładnej lektury od pewnej chwili nie byłem już w stanie kontynuować, wiem tylko, że Rokita jest człowiekiem rozsądnym, ale raczej samotnie rozsądnym.

Z lektury gazet wyłania się obraz dziwnego rozwarstwienia naszego społeczeństwa. Na samym dnie znajdują się rzesze drobnych złodziejaszków, którzy wykradają, co się da. Potem mamy warstwę, przez panią profesor Świdę-Ziembę nazwaną lumpenburżuazją. To ludzie dość zamożni, którzy nie biorą książki do ręki, żyją wpatrzeni w telewizor, w jakiegoś tam kolejnego Brata, albo w ekran komputera. Najbogatsi nie rozliczają się z podatków w kraju, bo są rezydentami na rozmaitych Kajmanach. Nad tym wszystkim zaś, bardzo wysoko, unoszą się dwie warstewki. Jedna, cieniusieńka, zawiera szczątki Unii Wolności i jej sympatyków. Osobną warstwę obłoczną tworzą duchowni, z takimi sympatycznymi, choć wyjątkowymi postaciami, jak dwaj jezuici: ksiądz Obirek i ksiądz Musiał.

Unia wydaje teraz periodyk "Komentarze", dwa albo trzy jego numery przysłano mi razem z listem podpisanym przez Frasyniuka - ale to są głównie sążniste wypisy z książek humanistycznych. Jedyne, co moją uwagę zwróciło, to felieton na ostatniej stronie, którego autor przyznaje, że chyba nie jest Europejczykiem, bo internetu nie studiuje, a telewizor omija szerokim łukiem. Zupełnie jak ja: nazwiska gwiazd telewizyjnych nic mi nie mówią, przekonany byłem, że "pazura" to genetivus od słowa "pazur", tymczasem dowiaduję się, że to nazwisko znanego aktora.

Sytuacja jest po prostu bolesna. Otwieram "Wyborczą" - znowu jakiś prokurator przechwycony na braniu łapówek. Nic tak nisko nie upadło, jak morale społeczne. Podobno trzeba nam żelaznej ręki - cóż, kiedy dzisiaj mogłaby to być tylko ręka Leppera. A jednak - to nieprawda, że Polska ginie. Miejscami trochę gnije, miejscami się rozpada, ale lektura "PRL dla początkujących" Kuronia i Żakowskiego, do której niedawno wróciłem, przywraca równowagę.

Konflikt iracki to moneta, która ma dwie reszki, bez orła. W pewnym sensie dobrze było pójść z Ameryką, skoro i tak do Iraku weszła, nie mieliśmy przecież żadnego głosu przy podejmowaniu decyzji o wojnie. Ryzyko dla naszych żołnierzy jest jednak olbrzymie. Amerykanie mieli płonne nadzieje, że zabijając dwóch synów Saddama trochę sytuację uspokoją - tak się chyba jednak nie stanie.

Warto pokusić się o komparatystykę zachowań ludów wyzwolonych. Kiedy alianci weszli w 1945 roku do Niemiec, Hitler wezwał wprawdzie naród do stworzenia Werwolfu, ale oprócz ręczników i prześcieradeł białych nikt niczego na powitanie zwycięskich armii nie wystawiał. W Japonii grupa wyższych oficerów usiłowała storpedować wysiłki cesarza Hirohito, który chciał zawrzeć hańbiący ich zdaniem pokój z Amerykanami. Przed ostateczną batalią Japończycy rzucili na amerykańską flotę inwazyjną samobójczych kamikadze. Jednak po podpisaniu bezwarunkowej kapitulacji z zachowaniem władzy cesarskiej ani jeden Amerykanin nie został ugodzony przez Japończyka.

W Iraku jest całkiem inaczej: każdego dnia słyszymy o nowych ofiarach, przeciwnicy tak zwanej okupacji amerykańskiej uderzają w elektrownie, w ropociąg, w infrastrukturę, działając przeciwko własnemu narodowi. Równocześnie Amerykanie usiłują odgrywać rolę wyzwolicieli, a nie okupantów. W jaką rolę wepchnięci zostaną Polacy? Nie wiemy. Część Irakijczyków wierzy, że Amerykanie zabili synów Husajna, część w to nie wierzy, jedna grupa zgromadzonych wokół zrujnowanego pałacyku w Mosulu wydawała okrzyki na cześć nieboszczyków, inna - okrzyki zadowolenia z powodu tego, że ich zgładzono. Gdyby mnie kto zapytał o podstawową różnicę między krajami Europy chrześcijańskiej, ale i buddyzmu czy szintoizmu, a islamem, wskazałbym na hasło: "Miłujcie nieprzyjacioły wasze, czyńcie dobrze tym, którzy was nienawidzą", którego brak w Koranie. Najłagodniejsi z muzułmanów mówią co najwyżej o tolerancji.

W poprzednim "Tygodniku" Joachim Trenkner relacjonuje dyskusję wokół antyamerykańskiej w gruncie rzeczy diatryby Habermasa i Derridy. Jeden z politologów amerykańskich napisał w odpowiedzi - choć to właściwie nie była odpowiedź - że wydatki militarne Stanów Zjednoczonych są większe aniżeli wszystkich krajów europejskich należących do Unii, łącznie z tymi, które do niej kandydują. Francusko-niemiecka koncepcja "twardego jądra" Unii pozbawiona jest zarówno siły militarnej, jak i zaplecza społecznego. Co z tego, że powiemy: wszyscy będziemy od dzisiaj trzeźwi i szlachetni, skoro jesteśmy skorumpowani i zgnili. Trenkner słusznie napisał na końcu swego artykułu: intelektualiści bardzo stracili na poważaniu, czego dowodem, że politycy w ogóle nie podjęli debaty wszczętej przez Habermasa.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny