dotb.gif

„TP”, Nr 31 (2821), 3 sierpnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2821/felkrol.php

Barany i turystyka

Marcin Król


Jeszcze lato w pełni, więc pozwolę sobie na kilka uwag i wskazówek dla turystów wybierających się za granicę. We Włoszech nie tylko jest bardzo ciepło, ale są także tłumy. Rząd włoski od kilku lat poważnie zastanawia się nad zamknięciem Wenecji, Florencji i Rzymu, i wpuszczaniu chętnych do zwiedzania miasta za biletami. Włosi dobrze wiedzą, jak kolosalne są dochody z turystyki, więc budują - rocznie tysiąc razy więcej niż premier Pol - nowe autostrady do mniejszych a wspaniałych miejscowości, jak na przykład Gubbio, Arezzo czy Perugia. Jednak miliony Niemców, Skandynawów czy Amerykanów (oraz Polaków) za nic nie chcą jechać tam, gdzie jest przepięknie, a nieco mniej ludzi. W bajecznym Montepulciano (Toskania) nie spotkaliśmy nikogo, a w takich miejscowościach, jak Lucignano czy Panicale (najwspanialsze obrazy Perugina) w ogóle nie ma turystów. Jest tylko, jak zawsze, kawiarnia na rynku, w której kawa i lody są tańsze niż w Polsce, wokół Średniowiecze i Renesans, a turyści stoją we Florencji po siedem godzin w kolejce do Uffizi (w upale około 36 stopni w cieniu).

Czy naprawdę są aż tak pewni, że zobaczenie kilku znakomitych obrazów w stanie skrajnego wyczerpania i odwodnienia aż tak nasyci ich dusze? Natomiast w Arezzo, gdzie są przepiękne, niedawno odrestaurowane freski Piera della Francesca, trzeba na kilka dni naprzód zamówić bilet (wpuszczają co pół godziny dwadzieścia osób). Myśmy to uczynili i okazało się niepotrzebnie, bo była tylko nasza czwórka. Potem zobaczyliśmy Marię Magdalenę tegoż Piera della Francesca w katedrze i ukrzyżowanego Chrystusa namalowanego przez Cimabue w kościele św. Dominika, który to obraz Vasari uznał za początek włoskiego malarstwa. Wszędzie pusto.

W Wiedniu wprawdzie na Graben nie można się nawet przepchać, ale wystarczy przejść dosłownie dwieście metrów do kościoła św. Ruprechta, by spokojnie wypić kawę i oglądać, jak szykowny, chociaż nieco przyprószony wiekiem pan, który mieszka za rogiem, wypija dwa czerwone wina patrząc w dal i nic w niej widząc. Podobnie jest w Czechach. Cudowny Czeski Krumlow jest oblegany, ale już w niemal równie pięknym mieście Tabor (stolicy husytów, ale także pikardów, którzy wyprawiali w XV wieku takie rzeczy, że wstyd dzieciom opowiadać), nie ma prawie nikogo, wreszcie w Kromieryżu, gdzie są niebywałe ogrody i parki, a kamienic renesansowych dziesięć razy więcej niż w naszym Kazimierzu, nie ma żywego luda, do tego stopnia, że z czterech restauracji na rynku czynna była tylko jedna.

Po co się jedzie zwiedzać obce kraje? Czy po to, żeby "zobaczyć i umrzeć" z innymi baranami w tłoku i upale, czy też po to, żeby popatrzeć, zjeść dobre rzeczy, a potem mieć przed oczami te wszystkie widoki? Wiem przecież, że człowiek nie baran i nie musi być tam, gdzie inni też jadą. Może warto przed podróżą coś przeczytać, czegoś się dowiedzieć i - dzięki internetowi - tak sobie ułożyć drogę, żeby mieć trochę przyjemności. Ale czy turyści słuchają rad? Nie, turyści to stado, banda straszna, niszcząca wszystko i doprowadzająca do tego, że za kawę na placu św. Marka płaci się tyle, ile za obiad w Arezzo. A niech sobie jadą i niech mają za swoje.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl