dotb.gif

„TP”, Nr 31 (2821), 3 sierpnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2821/felhennel.php

Nadmiar

Józefa Hennelowa


To drobne, ale nie dające się zapomnieć wydarzenie znam z opowiadania żony Stanisława Stommy, Elwiry. Dotyczy matki pisarki Hanny Malewskiej, jest bardzo dawne. Elwira wspomina, że była to osoba bardzo cicha i nie zwracająca na siebie uwagi. Kiedyś sąsiadki w kamienicy zaczęły na klatce schodowej jakiś gwałtowny spór i pani Malewska wyszła dowiedzieć się, o co chodzi. Nawet nie zdążyła zapytać, gdy obie przeciwniczki raptem zgodnie oświadczyły, że "dla tej pani" gotowe są do natychmiastowego zaprzestania awantury. To tylko tyle - tak zadziałał sam charyzmat obecności...

Nieraz wspominałam sobie to nie widziane przecież zdarzenie, zastanawiając się nad tajemnicą pokoju działającego nie obfitością słów, tylko ich niedostatkiem, a może nawet nieobecnością. To coś zupełnie przeciwnego naszym obiegowym przekonaniom. Wierzymy w słowa wypowiadane, i to jak najobficiej, jak najbardziej bezpośrednio, słowa koniecznie obecne. Krzyżują się w naszej codzienności na sto sposobów, tak jakby zamilknięcie, wyciszenie było w naszym odczuciu niedostatkiem, groźnym brakiem, niewydolnością, którą trzeba koniecznie rekompensować. Poczynając od "komórek", których promotorzy zachęcają nas nieustannie w reklamach: możesz mówić jeszcze więcej, jeszcze częściej, jeszcze dłużej, z jeszcze większą liczbą tych, co z kolei do ciebie się odezwą - aż po wszystkie dostępne transmisje i komunikaty, radiowe, telewizyjne, internetowe, otwierające się na nasze z kolei wypowiedzi, tak że wymiana zagęszcza się do niewyobrażalnie splątanej sieci. Czy więc samotność została już ostatecznie pokonana? Czy każdy znajduje echo u innych? Czy tak mówiąc i mówiąc dosięgamy doskonałości w byciu rozumianymi i rozumieniu drugich?

Media muszą nieustannie wytwarzać w nas przekonanie, że na pewno mają coś do powiedzenia i dlatego warto czytać, słuchać, oglądać. Ale w tych samych komunikatach zapewniają nas, że i my mamy im coś do powiedzenia - więc powinniśmy pisać, dzwonić, mailować, wysyłać esemesy. Jedno i drugie wcale nie musi być prawdą, ale nad tym nie ma kiedy się zastanowić. Więc refleksja: czy warto? zdarza się nam rzadko. Chyba że przysłuchamy się akurat publicznemu dyskursowi, w którym uczestnicy nie są w stanie nikogo wysłuchać do końca i rozmowa polega tylko na przerywaniu sobie nawzajem, byle co prędzej wkroczyć z własnym monologiem.

A to jest przecież jedna z najbardziej fascynujących i przewrotnych rzeczywistości: przestrzeń słów przemilczanych. Z różnych przyczyn. Bo mogły być po prostu niepotrzebne. Ale także niesprawiedliwe albo nietrafne, także odbierające odwagę (komuś innemu czy mnie samej?), także słowa-pomyłki, prowadzące na fałszywe ścieżki. Wreszcie takie, które zniszczyły ciszę potrzebną, by odnaleźć coś prawdziwego: myśl albo słowo właściwe? Gdzieś we wszechświecie musi być przestrzeń tych słów, które dzięki Bogu nie zostały wypowiedziane. Wyobrażam sobie, że matka pani Hanny Malewskiej, której przecie nie znałam, w tamtym wspomnieniu wyszła do kobiet mówiących sobie słowa niepotrzebne i złe, z ciszą, która ratowała. Myślałam sobie nad tym także dzisiaj, czytając w sobotniej prasie ciąg dalszy smutnej krakowskiej awantury dokoła świetnych przedsięwzięć artystycznych i wspaniałych artystów i działaczy. Konflikt, w którym nadmiar słów, niewczesnych i niedobrych, pewnie nie zrodzi niczego dobrego.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl