dotb.gif

„TP”, Nr 30 (2820), 27 lipca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2820/wiara03.php

Wspomnienie o ks. Marcinie Popielu

"Zawsze lubiłem nowinki"

Izabela Jaruzelska


Marcin Popiel urodził się w 1904 r. w Kurozwękach (woj. krakowskie). Zgodnie z praktyką rodzin ziemiańskich, najpierw uczył się w domu. Później skończył Gimnazjum Klasyczne Nowodworskiego w Krakowie. Studiował leśnictwo w Wiedniu i Nancy, a po powrocie do kraju nostryfikował dyplom i stopień leśnika w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Służbę wojskową zakończył jako podporucznik rezerwy. W 1937 r., po konsultacji z kierownikiem duchownym i przyjacielem domu ks. Konstantym Michalskim, wstąpił do sandomierskiego seminarium. Przygotowania do kapłaństwa przerwała wojna: musiał opuścić seminarium i zająć się rodzinnym majątkiem. W czasie okupacji pomagał wielu ludziom, także ukrywającym się Żydom. Dekret PKWN z września 1944 r. wygnał rodzinę z majątku w Kurozwękach. Marcin wrócił do seminarium, które ukończył w 1945 r. W następnym roku został skierowany do Szewnej, gdzie pozostał do końca życia. Zmarł 12 lat temu, 22 lipca 1991 r. "Nieprzebrana rzesza wiernych żegnała swego pasterza i opiekuna, który całe życie poświęcił wiernej służbie" - pisał wówczas Jerzy Turowicz.

Mojego Wuja, Marcina Popiela, cechowała niezwykła otwartość. Powtarzał często: "Zawsze lubiłem nowinki". Do Szewnej k. Ostrowca Świętokrzyskiego, gdzie pracował, przyjeżdżały znakomitości Kościoła zachodniego, np. Jean Vanier. Po pobycie Jacquesa Loewa mówił o nim "notre cher Jacques" (nasz drogi Jacques). Loew, działający wśród dokerów w Marsylii, stykał się z lewicowymi kręgami, dlatego był zainteresowany skomunizowanym środowiskiem ostrowieckim. Wuj sprowadził też Małe Siostry, zgromadzenie założone z inspiracji Karola de Foucauld. Zachwycał się ich przełożoną, małą siostrą Madeleine. W jej samochodzie, prawdopodobnie o nazwie "Étoile" (Gwiazda), znajdował się Najświętszy Sakrament. "Kto jej pozwolił?" - komentował pełen podziwu.

Rozmówców traktował po partnersku. Ta postawa imponowała mi od początku, gdy w latach 70. po raz pierwszy przyjechałam do Szewnej jako licealistka. Z uwagą wysłuchiwał moich poglądów, wówczas krytycznych wobec Kościoła. Zakładał, że każdy może mieć coś ważnego do przekazania mu od Boga.

Jego pokoik odzwierciedlał pragnienie ubóstwa; biurkoobwieszone obrazkami i fotografiami, łóżko i półki z książkami. Za oknem, o ile pamiętam, rósł słonecznik. Cela pustelnika. Na tak niewielkiej przestrzeni można było rozmawiać tylko wtedy, gdy jedna osoba siadała na krześle, a druga na łóżku. Pokój harmonizował z wytartą sutanną, która zawsze kojarzyła mi się z pokorą Wuja.

Lubił wykładać własne zasady funkcjonowania parafii. Podkreślał, że wzorował się na ks. Alim Fedorowiczu. Od początku parafialnej "kariery" zawsze był w Szewnej - z parafianami łączyła go "wspólnota losu". Znał ich po imieniu, odwiedzał w domach - także poza kolędą. Budował kaplice, by ułatwić im udział w liturgii. Uważał, że odległość do kościoła nie powinna przekraczać dwóch kilometrów. Doskonale rozumiał znaczenie uczestnictwa w Eucharystii, a równocześnie był wrażliwy na ludzki trud. Pragnienie przybliżenia ludziom Boga odzwierciedla też fakt, że - jak pisał ks. Jan Pałyga w książce "Wyprzedził swój czas" - jako pierwszy wprowadził soborowy ołtarz zwrócony do ludzi.

Jego chrześcijaństwo było wcielone. Rozumiał wagę problemów życia małżeńskiego, stworzył pierwszą w Polsce poradnię życia rodzinnego. Wielokrotnie mówił o konieczności współpracy sióstr i księży, podkreślając, że mężczyźni i kobiety uzupełniają się nawzajem. Dlatego sprowadził do parafii urszulanki. To było ujmujące, gdyż czynił tak ze względu na walory kobiety, a nie w celu posiadania personelu do obsługi parafii. Pierwszą przepuszczał mnie przez drzwi i podawał płaszcz, tłumacząc, że takie są zasady dobrego wychowania.

Nie uważał się za właściciela parafii. Mówił, że proboszczem jest Maryja. Wikarzy mogli swobodnie rozwijać swe umiejętności w organizowaniu życia parafialnego - każdemu powierzył jedną z kaplic. Wuj pragnął kształtować we współpracownikach brak przywiązania do spraw materialnych przez ustalenie stałych pensji; chciał uniknąć rywalizacji w przyjmowaniu intencji, udzielaniu ślubów i prowadzeniu pogrzebów.

Na drzwiach plebani nie było informacji o godzinach urzędowania, bo - zdaniem Wuja - ksiądz powinien być do dyspozycji w każdej chwili. Ta dyspozycyjność osiągnęła wymiar heroiczny, kiedy w czasach "Solidarności" trwał kryzys i za pośrednictwem cioci Maryni Popiel z Lyonu do Szewnej trafiły transporty z lekami. Wuj, choć w podeszłym wieku, zrywał się z łóżka, gdy ktoś przychodził po lekarstwa.

Lubił zakładać nogę na nogę. Ten salonowy gest był bardzo zabawny w kontekście wytartej sutanny i nie wyczyszczonych butów. Pamiętam też powiedzenie Wuja o stawianiu kroków tak daleko, jak mamy ziemi pod stopami, co wyrażało jego głęboką wiarę i niezachwianą ufność. Ciągle się zastanawiał, czy jest wierny natchnieniom. Podkreślał, że trzeba je poddawać ocenie spowiednika. Pamiętam, jak w płaszczu stał przed domem i czekał na s. Władysławę, która zabierała go samochodem do spowiedzi.

Był człowiekiem modlitwy, rozumiał jej wartość i sens. Gdy był młodszy, modlił się nocami w kościele. Uważnie studiował Biblię: miał kilkutomowe wydanie Pisma św. z komentarzami po francusku, w którym pełno było podkreśleń. Opowiadał mi o powołaniu, które poczuł kiedyś przy tabernakulum, jakby słysząc wezwanie: "Jeśli chcesz, to przyjdź i pomóż Mi".

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl